Jeżeli nie jest się przywiązanym do jakiegoś corocznego, muzycznego wydarzenia, to można spotkać się z tym samym dylematem: który z festiwali zepsucia, testowania wytrzymałości swojej wątroby i bębenków wybrać tym razem?

Kilka miesięcy temu zadałem sobie to pytanie po raz pierwszy, mając do tej pory doświadczenia wyniesione jedynie z naszych rodzimych Woodstocków, a więc – jak się łatwo domyślić – były one dosyć ograniczone. W tym roku zapragnąłem jednak nadszarpnąć swój budżet i ruszyć gdzieś, gdzie organizatorzy gwarantują mi najwyższą jakość wykonywanej na żywo muzyki z „niszy” (nie jedynej), do której przynależę, a więc fanów rocka i metalu. Opcji było wiele, lecz wszystkie gdzieś mi się rozmyły, w momencie, w którym ujrzałem listę zespołów mających wystąpić na tegorocznym, francuskim Hellfeście. Mój pierwszy tego typu wypad i już miałbym ujrzeć ogromną część zespołów, których zobaczenie planowałem na osi czasu swojego całego życia, a nie zaledwie trzech dni? Nic dziwnego, że oczy szybko zaszły mi czerwienią, nie wytrzymując ciągłego ich przecierania.

HF2015_home_artistes_fr

Rzućcie okiem na powyższą grafikę a zobaczycie jakie tuzy pojawiły się podczas Hellfest Festival, odbytego od 19 do 21 czerwca pod francuskim Clisson. Dla mnie była ona wprost wymarzona, podzielona na różne atrakcyjne kategorie, jak zespoły należące do moich ulubionych, te, którymi jarałem się jako bajtel, legendy czy formacje, o których niewiele wiem, ale słyszałem o nich same dobre opinie. Śmiechem zareagowałem na myśl towarzyszącą mi podczas poprzednich Woodstocków, kiedy rozpaczałem, że przydałaby się możliwość przyjścia na ten sam festiwal trzy razy, aby podarować swój czas wszystkim godnym artystom. Teraz wiedziałem, że z jak wielkim zaangażowaniem bym nie próbował, będą czekać mnie wyrzuty sumienia związane z przegapieniem niektórych zespołów.

Zanim jednak ja i mój kompan, towarzyszący mi w czasie całej wyprawy, pomyślnie rozbiliśmy namiot, aby później oblać go trunkiem zwycięstwa, przemierzyliśmy wcześniej kawał Francji i korzystając z faktu, że zawitaliście nigdzie indziej, aniżeli na mojego prywatnego bloga, skorzystam z prawa do wypowiedzenia się również na temat tego etapu naszej podróży. Zdecydowaliśmy, po hipstersku, że puścimy się północnym szlakiem, a nie po obszarze, który zna każdy – mówię tu o tobie, Lazurowe Wybrzeże. Nie ukrywam, że pewnym czynnikiem były również pieniądze, na które zapotrzebowanie wzrosłoby znacznie, gdybyśmy postanowili wybrać się do Cannes kosztem Caen, Saint-Tropez zamiast Saint-Malo i Nicei w miejsce Nantes. Do położonego w zachodniej części Francji Clisson z Bretanii czy innej Normandii było również zwyczajnie bliżej, a że wrażenia turystyczne rysowały się jako wcale nie mniej ciekawe od tych, które czekałyby nas na południu (zwłaszcza, że nie jesteśmy fanami leżakowania na plaży), pozostało zabukować bilety lotnicze, dopiąć kilka szczegółów i czekać.

20150617_123803
Czekanie zakończyło się wraz z początkiem czerwca, kiedy to ja i mój kompan wylądowaliśmy na dwóch oddalonych od siebie o 40 kilometrów lotniskach Paryża, bez żadnej praktycznej wiedzy, jak komunikacja w tym mieście miałaby działać. Wyjątkowe nagromadzenie szczęścia zdecydowało jednak o tym, że udało nam się jakoś w jednym z największych miast Europy odnaleźć, a wtedy poszło już z górki. No, może poza gubieniem się, problemami z noclegiem, żandarmerią, kacem, rozczarowaniami i komunikacją. Ale po kolei: uznaliśmy za nadrzędne skosztować idei couchsurfingu, a więc korzystania z noclegu u obcych osób prywatnych, nie wymagających od nas żadnej materialnej zapłaty (liczy się jedynie wymiana doświadczeń i kultury). Pośredniczą tutaj różne strony, my korzystaliśmy z couchsurfing.com i zdecydowanie możemy ją polecić – początkowo postrzegaliśmy ją jako sposób na cięcie kosztów i załatwienie sobie darmowego noclegu, ale wraz z każdą godziną, którą spędziliśmy u życzliwych Francuzów, docierało do nas, że chodzi w tym wszystkim o coś więcej. Dostaliśmy możliwość wglądu w obce społeczeństwo czy miasto w sposób, jaki nie byłby możliwy, gdybyśmy skorzystali z usług przewodnika; doświadczenie kogoś, kto mieszka na danym terenie od urodzenia okazuje się w takich przypadkach bezcenne.

Dodatkiem do tego była podróż stopem, która dołożyła swoje w dziedzinie analizy zwyczajów i mentalności Francuzów (analiza wyszła niewątpliwie pozytywnie). Pomocy udzielano nam wielokrotnie, nawet wtedy, kiedy specjalnie się o nią nie prosiliśmy – musieliśmy po prostu wyglądać jak ktoś, kto niezbyt dobrze sobie radzi. Mało kto nie potrafił wydusić choćby słowa po angielsku, a w razie potrzeby testowano ograniczone zasoby naszego słownictwa z innych języków, zawsze osiągając jakieś porozumienie. Ba, młodzież z Paryża posługiwała się angielskim naprawdę nieźle i absolutnie nieuzasadnione okazały się mity, jakie usłyszałem w naszym kraju o Francuzach – jakoby znali oni angielski doskonale, ale po prostu nie chcieli go używać. Częściej spotykałem się z odwrotnym nastawieniem: mogli mówić słabo, ale zawsze się starali.

22

Francja na pierwszy rzut oka nie zaskoczy każdego, kto widział jakiekolwiek inne dobrze rozwinięte państwo europejskie: na każdym kroku można natknąć się na ludzi różnego wyznania czy koloru skóry, architektura w większych miastach jest stosunkowo do siebie podobna (z przewagą starych zabudowań), fast-foody są prawie wszędzie, a komunikacja działa sprawnie i tanio (w Paryżu było to 1,8 euro za całodzienne jeżdżenie po mieście metrem). Zabytki Paryża w dużej mierze zachwycały, choć byliśmy odrobinę rozczarowani Luwrem, do którego ludzie przyszli chyba tylko po to, by zrobić zdjęcie Mona Lisy, trzymając się z dala od tych mniej znanych a równie wartościowych ekspozycji (dla nas Orsay był znacznie ciekawszy). Niestety, prawdziwe okazały się opinie zasłyszane na temat czystości francuskich miast, a w szczególności stolicy (co składa się nawet na coś, co nazwano syndromem paryskim). Z wszechobecnej wolności i poniekąd luźnego stylu życia wynika fakt, że ten kraj winem płynący jest zwyczajnie mało schludny: co druga stacja metra potrafi odstraszyć kojarzącą się z „byłym” dworcem PKP w Katowicach gamą zapachów, ulice poza ścisłym centrum miasta są pełne śmieci, porozrzucanych warzyw i owoców z nieobecnych już stoisk, czy papierów. Żaden z powyższych elementów nie drażnił mnie jednakże tak bardzo jak ludzki margines, widoczny niemal na każdej przecznicy: obszczani alkoholicy czy narkomani potrafiący uciąć sobie drzemkę na bardzo uczęszczanych chodnikach, a także żebracy, których liczba w Paryżu osiągnęła poziom nieznany mi do tej pory. Sięgają oni po zagrywki psychologiczne, wśród których najbardziej popularną jest przygarnianie małych psów czy kotów, próbując wziąć paryżan na litość – nie były to objawy miłości człowieka do zwierzęcia, a skoordynowana wcześniej taktyka służąca do wywoływania współczucia i wyciągania kasy.

Za ten naturalistyczny opis należy Wam się jednak coś z drugiego bieguna piękna: Bretania. W większości przypadków świadomość, że mamy jedynie dzień czy dwa na rozkoszowanie się krajobrazami danego regionu nie ciążyła nam za bardzo, ot, taki los podróżnika ograniczonego czasem. W Bretanii jednak moglibyśmy zostać na całe tygodnie, bo wizja budzenia się kilkunastokrotnie na plaży w Saint-Malo czy Dinard, którego akurat nie byliśmy w stanie zwiedzić, jest poważną motywacją do przedłużenia urlopu każdego rozsądnego człowieka. Zmierzaliśmy w tamten rejon z zaledwie strzępkami informacji, kilkoma zdjęciami niezdolnymi do przedstawienia tego, co zobaczyliśmy na miejscu: idylliczne miasteczko, ludzie żyjący w absolutnym spokoju (chyba nigdy nie zapomnę chwili, gdy jakiś staruszek w Saint-Malo z niezwykle serdecznym uśmiechem na ustach życzył nam „bon apetit”, gdy zajadaliśmy się bagietkami na plaży), cisza przerywana jedynie szumem fal i niezwykle urokliwa plaża. To wszystko jest zaledwie ułamkiem atrakcji, bo kilkadziesiąt kilometrów na wschód mieści się bodajże drugie najczęściej odwiedzane miejsce Francji, czyli Mont Saint-Michel – niesamowity zamek, ulokowany na wyspie, której podnóże jest zalewane wodą podczas przypływu, więc o jednej porze dnia można się do niego dostać piechotą, a o innej co najwyżej specjalnym mostem. Zapewniam Was, że odwiedziny tego miejsca nie rozczaruje nikogo, niezależnie od pory roku.

44

Cel naszej wycieczki – Clisson, okazał się być małą miejscowością, której pomimo zachęty, jaką były dla nas zdjęcia znalezione w Google, nie mieliśmy okazji specjalnie zwiedzić. Wszelkie drogi na Hellfest zostały wytyczone tak, aby szarańcza jaką było kilkadziesiąt tysięcy fanów mocnej muzyki, ominęła centrum miasta, bo mogłoby się to różnie skończyć. Dotarcie na festiwal nie było specjalnym problemem, bo ogon ciągnących się nań samochodów był widoczny już z odległości kilku kilometrów, a samo to wydarzenie jest silnie promowane we Francji – wiele osób, nawet tych niezainteresowanych tego typu muzyką kiwało głową z uśmiechem, kiedy wyjawialiśmy im swój cel podróży. Kiedy już odwiedziliśmy centrum festiwalu, w oczy rzuciła się cała masa przeróżnych instalacji i ozdób, mających upewnić nas w przekonaniu, że nie trafiliśmy na festiwal w Opolu, ale jedną z najcięższych imprez tego typu w Europie. Rondo ozdobiono monumentalną gitarą, natomiast przed obszarem, na którym stała każda z sześciu scen, można było odwiedzić przeróżne stoiska: od jedzenia, przez sklep Martens, aż po darmowego fryzjera. Po przekroczeniu bramek dzielących nas od kwintesencji Hellfestu – muzyki, stawaliśmy przed jeszcze większą ilością budzących trwogę obiektów, wśród których wyróżniały się budowle zajmowane ogniem w późne godziny wieczorne, co budowało niesamowity klimat.

Szkoda jednak, że i Hellfest powielał tendencję, którą wytknąłem już stolicy i właściwie samej Francji: warunki sanitarne były tutaj tylko nieco powyżej wspomnianego wcześniej Woodstocku, mimo że różnicą cenową między tymi dwoma ofertami było 200 euro (0 w przypadku Przystanku i 200, jeśli chodzi o ten francuski). O ile jestem w stanie zrozumieć starania, by wszystko odbywało się w miarę ekologicznie, czego dowodem miały być porozwieszane w Toi Toiach statystyki dotyczące średniego zużycia wody przez jednego uczestnika festiwalu i zamiana H2O na coś w rodzaju piasku/trocin, którymi swoje ekskrementy zasypywaliśmy, o tyle brak bezwodnego mydła czy zlewów (tych nie było wcale) przy większości toalet uważam za skandal. Uwierzcie mi, nie jestem jakimś super czyścioszkiem, nie przyjechałem tam spać w hotelu i zmieniać koszulkę po każdym oblaniu piwem, ale jestem człowiekiem i jakieś podstawy higieny są mi do życia potrzebne. Wrażenia z festiwalu psuły również gigantyczne kolejki do pryszniców (na pierwszy rzut oka nie były one zbyt długie, ale ludzie najwyraźniej przesiąknęli myśleniem w stylu „ja czekałem, to wy też sobie poczekacie”) czy zdecydowanie za mało miejsca na namioty – ci, którzy przyjechali w dniu rozpoczęcia wydarzenia często rozbijali się gdzieś między krzakami winogron na pobliskiej uprawie, bo gdzie indziej byłoby to niemożliwe.

33

Zła organizacja objawiła się również wielokrotnie podczas samych koncertów – palców nie starczyłoby mi na zliczenie występów, podczas których artystom wysiadło nagłośnienie. Zaobserwowaliśmy to już na początku, kiedy pod scenami nie gromadziło się jeszcze tyle osób, ale uznaliśmy, że do headlinerów na pewno się tym zajmą. Nie – głośniki padły również na Kornie czy Scorpionsach, co solidnie zdenerwowało występujących oraz publikę. Panował również mały chaos związany z godzinami, o których powinny pojawić się dane formacje, bo poprzez odwołanie w dniu rozpoczęcia festiwalu kilku (dwóch?) koncertów, organizatorzy musieli zająć się poprzestawianiem zespołów w odpowiedni sposób; ale zamiast obwieścić to na głównych ekranach przy każdej ze scen, informacja ta pojawiała się zupełnie gdzie indziej.

To już jednak wszystko, co wpłynęło negatywnie na moje odczucia związane z Hellfestem – cała reszta zależała już wyłącznie od samych muzyków, którzy w dużej mierze spisywali się zaskakująco dobrze. Po jednym z pierwszych wystąpień tzw. „starej gwardii”, którą reprezentował Motorhead, zaczęliśmy się martwić, że dziadki, mimo całego szacunku jakim ich darzę, powinni już zająć się swoim zdrowiem i planami na emeryturę, bo w takiej formie fanów mogą jedynie rozczarować. Z czasem okazało się jednak, że jedna jaskółka wiosny nie czyni, a inne formacje mające kilkadziesiąt lat na karku, jak Judas Priest, ZZ Top czy przede wszystkim fantastyczny Alice Cooper mogą wciąż zachwycać. Zespoły ze znacznie mniejszym, ale wciąż ogromnym doświadczeniem reprezentował choćby Slipknot, Marilyn Manson, Faith No More, Korn, Limp Bizkit czy Slash i z tego całego grona zrugać mogę jedynie panów z pierwszego wspomnianego zespołu, którego fanem jednak nigdy nie byłem. Corey i reszta ferajny nie zrobiła na mnie niemal żadnego wrażenia, a szczególnie rozczarowany czułem się tym, że raptem kilkanaście tygodni po wydaniu nowego albumu, wokalista nie jest w stanie wyciągać większości ze swoich partii, kiedy Robowi Halfordowi po kilkudziesięciu latach wciąż wychodzi to całkiem dobrze.


11

Zaskoczył na pewno Marilyn Manson i Fred Durst z Limp Bizkit, którzy udowodnili, że udało im się przezwyciężyć mniejszy lub większy kryzys i wciąż potrafią bawić swoich wiernych fanów (największy mosh pit miał miejsce, o dziwo, bodaj właśnie na koncercie LB). Dwójka ta wyróżniała się naprawdę solidnym wokalem, zbieżnym z tym, co można było usłyszeć na ich albumach w przeciągu ostatnich piętnastu lat. Absolutnym królem festiwalu było jednak dla mnie Faith No More, od którego oczekiwałem, że niezwykle mi zaimponują i kwintet z Kalifornii z łatwością tego dokonał. Mike Patton zdeklasował każdego innego śpiewaka, którego ujrzałem na Hellfeście, a playlista zespołu była dynamiczna, zróżnicowana oraz świeża. Nie zabrakło więc miejsca dla starych hitów, jak „We Care a Lot„, coverów jak „This Guy’s in Love With You” czy piosenek nowych jak rozpoczynający koncert „Motherfucker” lub świetny „Matador„. Ekscentryczny wokalista był chyba w wyjątkowo dobrym humorze, bo z gbura, którym okazjonalnie jest na scenie nie zostało nic, a Patton przybrał maskę śmieszka, zamieniającego się z ochroniarzem na koszulki czy przerywającego jedną z najpopularniejszych piosenek – „Midlife Crisis„, wstawką z popowej piosenki, której tytułu za nic jednakże nie mogę sobie przypomnieć. Oczy uczestników tego koncertu potrafiły więc zajść obłędem, kiedy zespół wszedł z „Cuckoo for Caca„, ale również łzami spowodowanymi śmiechem. Mógłbym tych gości oglądać codziennie.

Ciężko więc tak naprawdę wysnuć jakiś ostateczny wniosek płynący z mojej obecności na Hellfeście – nie zachwycił mnie on z organizacyjnej strony na tyle, bym mógł rozważać w przyszłości wybranie się na niego jedynie z powodu sentymentu, ale jeżeli rokrocznie będzie on gromadził takie gwiazdy, jak w 2015, trudno będzie go ominąć. Przynajmniej będę wiedział, na co być przygotowanym. Jeżeli chodzi natomiast o moją turystyczną przygodę w samej Francji, rejonów zachwycających było tak dużo, jak tych raczej nudnych, co nie zmienia faktu, że liczę na powrót do tego pięknego kraju w mniej lub bardziej odległej przyszłości. Możecie zastanawiać się, co wpis tego typu robi na WhatNext.pl i odpowiem na to w ten sposób: bo może. Nikt specjalnie nie korzystał z prawa umieszczania różnych od codziennej tematyki tego portalu prywatnych artykułów, pomyślałem więc, że skoro i tak chciałem spisać w jakimś skrócie naszą wakacyjną przygodę, mogę to równie dobrze zrobić na moim blogu na WN. Mam szczerą nadzieję, że jeszcze w przeciągu tego roku, a najprawdopodobniej i tych wakacji, będę w stanie Was zainteresować nowym, podróżniczym artykułem już nie związanym z muzyką. Pozdrawiam mojego kompana Marcina i każdego, kto śledził nasze poczynania!

[Zdjęcia zapożyczone z mojej prywatnej kolekcji, jak i Facebooka Hellfest Open Air Festival]

promocja