Ubisoft ewidentnie pokpił sprawę z najnowszą częścią swego flagowego produktu, po raz pierwszy wydanego na konsole nowej generacji. Piąta, pełnoprawna część „Assassin’s Creed” o podtytule „Unity” okazała się wizerunkową klapą, nie tylko dla samej marki, ale również dla francuskiego koncernu, który w poprzednim roku miał inną poważną wpadkę – „Watch Dogs”. Kilka miesięcy po premierze „Unity” miałem okazję nadrobić zaległości. Cieszę się, że nie ogrywałem tego tytułu na premierę, bo po tych wszystkich narzekaniach graczy, najprawdopodobniej nie obejrzałbym napisów końcowych, a i do marki poważnie bym się zraził. To nie oznacza, że ostatni „Assassin’s Creed” jest grą dobrą, pozbawioną błędów, bo nadal jest ich cała masa, ale już nie uprzykrzają rozrywki tak jak miało to miejsce jeszcze do niedawna. Czy po pięciu miesiącach warto w końcu odwiedzić XVIII-wieczny Paryż?

Z jednej strony to kawał niezłej gry. Zachwyca przede wszystkim oprawa graficzna, nie pod względem technologicznym, bo tu nie pozostawia miejsca na zachwyty, miejscami wyglądając gorzej niż Assassin’s Creed 4: Black Flag na PC w najwyższych ustawieniach (ogrywałem wersję na Xboxa One), ale za sprawą oprawy artystycznej. XVIII-wieczna Francja ma swój niepowtarzalny klimat. Może nie aż tak wyrazisty jak w oscarowych „Nędznikach” Toma Hoopera z 2012 roku, ale Unity przybliża nam wcześniejszą rewolucję francuską, z czego producenci nie omieszkali zażartować. Grze pod tym względem najbliżej do drugiej odsłony cyklu, która również wyznaczyła nowe trendy w kreowaniu wirtualnych światów. I choć w „Unity” Paryż ustępuje areną wydarzeń nawet tej z pierwszego „AC” (o czym za chwilę), to i tak rozmiar miasta potrafi pozytywnie zaskoczyć.

ac-unity-beta-3

Debiutancka część na nowe konsole posiada zbyt wiele ograniczeń. Po raz pierwszy w odsłonie serii nie mamy do dyspozycji żadnego środka transportu – w czwórce był to statek, w poprzednich koń. „Unity” oferuje nam jedynie wąskie ulice Paryża oraz kilka skromnych terenów wiejskich i garnizonowych pod samym miastem, więc siłą rzeczy jazda konna naszego bohatera skończyłaby się szybciej niż trwałoby przyzwanie wierzchowca wraz z dosiadaniem go. Ulice miasta puste są także od kurtyzan, które mogliśmy wynajmować w celu ukrycia się przed pościgiem czy rzezimieszków, których mogliśmy werbować aby pomagali nam w walce. Gdyby tego było mało, Ubisoft wykastrował w piątej odsłonie serii również takie rzeczy jak: obniżanie poziomu rozgłosu, polowania, gildie asasynów, zadania i wyzwania klubowe czy kupowanie sklepów (namiastkę ekonomii mamy jedynie w postaci zakupu lokali towarzyskich podlegających pod naszą siedzibę główną – Le Cafe Theatre).

Świat nie lubi próżni, dlatego też Ubisoft wprowadził nowe elementy rozgrywki, które niestety nie do końca sprostały oczekiwaniom. Pomysł na trzy odrębne frakcje (oprócz assassynów i templariuszy): sojuszników – zwykłych obywateli, straż oraz ekstremistów, nie do końca znajduje zastosowanie w samej rozgrywce. W założeniu Arno miał możliwość doprowadzenia do zażartej walki na ulicach miasta między różnymi stronami, ale w praktyce, nawet gdy dochodzi do takiej sytuacji, jest to kwestią przypadku, a nie zaplanowanej przez gracza czynności. I tu dochodzimy do samej walki, która miała być trudniejsza i tym samym mniej przewidywalna. Nadal mashujemy jeden klawisz/przycisk niczym w jakimś slasherze. Tym razem przeciwnicy co prawda nie atakują pojedynczo, ale mechanika zaczerpnięta z serii gier od Rocksteady nie zdaje egzaminu. Wystarczy być trochę bardziej uważnym i parować ciosy w odpowiednim momencie. Nie miałem żadnego problemu z wyżynaniem w pień całych armii przeciwnika. Nie stroniłem od walki również dlatego, że gra nie dała mi żadnego powodu do skradania się. Może i ukończenie misji po cichu daje większą frajdę, ale mechanika chowania się za różnymi elementami otoczenia nie do końca jest intuicyjna, tak jak ma to miejsce w typowych skradankach.

original

Może to też i wina sterowania, które po raz kolejne nie stoi na najwyższym poziomie. Seria „Assassin’s Creed” nigdy nie była wzorem do naśladowania pod tym względem, ale tym razem jest wyraźnie gorzej niż w poprzednich częściach. Ciekawą nowością jest szybkie schodzenie z budynków. Wcześniej po wejściu na wysoką kondygnację musieliśmy zeskoczyć z niej wprost na stóg siana. Tym razem za pomocą jednego przycisku możemy w kilka sekund płynnie zejść z każdej konstrukcji, co dynamizuje samą rozgrywkę.

Seria z biegiem wydawania kolejnych części miała coraz więcej elementów z gier RPG. „Unity” nie jest wyjątkiem, mało tego – idzie o krok dalej od poprzedniczek. Oprócz doboru wyposażenia według własnych preferencji, czyli wyboru broni białej, palnej, a także zasobów użytkowych w stylu bomby dymnej, ogłuszającej czy widmowego ostrza, możemy też kupować poszczególne elementy ubioru. Mamy podział na głowę, korpus, przedramiona, pas, nogi jak i całe gotowe stroje, które zmieniają jedynie wygląd (możemy odblokować stroje assassynów z poprzednich części). Każdy element cechują cztery współczynniki: walki, zdrowia, niewidzialności i skuteczności broni palnej. Coraz lepsze wyposażenie zdobywamy wraz z postępami w grze, a kupujemy je za główną walutę, czyli liwry. Każdy z elementów możemy ulepszyć punktami synchronizacji, które zdobywamy m.in. za zabójstwa w otwartej walce (z jakiegoś powodu nie liczą się zabójstwa po cichu).

Jakby tego było mało, za wykonywanie misji głównych oraz we współpracy otrzymujemy punkty kredo, za które kupujemy umiejętności dla Arno. Jest tu identyczny podział co w wyposażeniu. Niektóre umiejętności jak otwieranie zamków przydadzą się we wczesnych etapach, inne posłużą tylko do gry wieloosobowej. Z umiejętnością ślusarstwa również wiąże się nowa, ciekawa mechanika. Zamknięte skrzynie czy pomieszczenia odblokujemy za pomocą wytrychów. Uruchamia się wtedy minigierka polegająca na wciśnięciu w odpowiednim momencie jednego z przycisków na padzie. Skrzynie mają różne poziomy, co odzwierciedla ich poziom trudności. Zabawa choć monotonna, do prostych nie należy.

Assassins-Creed-Unity-Review-screenshot-6

Znajdźki cechują serię „Assassin’s Creed” od samego początku, ale w „Unity” producenci zwyczajnie przesadzili. Skrzyń, kotylionów i artefaktów jest mnóstwo i nie wiadomo za co się właściwie zabrać. Jestem jedną z tych osób, które lubią czyścić mapy ze wszystkich skarbów i w „Unity” nie było inaczej. Nie była to jednakże zbyt przyjemna część zabawy. Zmuszałem się do biegania po mieście i zbierania tych wszystkich irytujących ikonek na mapie. W połowie gry okazało się, że Ubisoft zdecydował się odblokować pozostałą jej zawartość, tą która była do odblokowania tylko w aplikacji towarzyszącej na Androida i iOS’a. Do zbierania przybyło kilkadziesiąt dodatkowych skrzyń oraz kilkanaście prostych zadań polegających na zabiciu jednego celu czy ochronie jakiejś osoby. Nic nie wnoszące zadania, które sprawiają, że rozgrywka jest jeszcze dłuższa, lecz przy tym nudniejsza.

Historia w grze nie jest zbyt porywająca. Oprócz początku samej opowieści, mamy do czynienia z nudną, popadającą w schematy fabułę z bohaterem, którego nie da się polubić. Nawet urodziwa Elise nie pomaga wczuć się w przedstawioną historię. Misje główne są trochę lepsze od słabych i powtarzalnych zadań z czwartej części cyklu, lecz nie znaczy, że są specjalnie porywające. Nawet ostateczna walka nie potrafi wywołać jakichkolwiek emocji. Jest zwyczajnie nudno. Sytuacja wygląda trochę lepiej w zadaniach pobocznych. Tych mamy trzy rodzaje: Paryskie Opowieści, Zagadki Nostradamusa i Tajemnicze Morderstwa. Te pierwsze to nic innego jak zwykłe misje poboczne, znane chociażby z poprzednich gier o asasynach. Na szczęście są zróżnicowane, a każda opowiada jakąś historię, dzięki czemu mamy dodatkową motywację do ich zaliczania. Więcej ciepłych słów można napisać o dwóch ostatnich typach misji. Zagadki Nostradamusa jak sama nazwa wskazuje polega na odgadywaniu zagadkowych wierszyków, pod którymi kryje się jakieś miejsce, które musimy odszukać, aby popchnąć zagadkę dalej. Ostatni typ jest zdecydowanie najciekawszy. W Tajemniczych Morderstwach bawimy się w Sherlocka Holmesa i próbujemy rozwiązać różnego rodzaju zbronie, przesłuchując świadków, badając dowody by za pomocą dedukcji wskazać winnego. Wszystko jest oczywiście uproszczone, więc nie możemy wskazać złego podejrzanego. Gdy mimo wszystko wskażemy niewłaściwą postać, nie zostanie ona niesłusznie skazana, po prostu my otrzymamy mniejszą nagrodę za zaliczenie zadania. Drugą bolączką są oddalone od siebie miejsca z poszlakami. W ciągu jednego zadania nabiegamy się po różnych dzielnicach, żeby na końcu okazało się, że mordercą jest postać, którą spotkaliśmy na samym początku. Wolałbym trochę bardziej pogłówkować kojarząc fakty niż biegać od jednego miejsca do drugiego, tym samym tracąc ciągłość prowadzenia śledztwa.

Assassins-Creed-Unity-PS4-1-Copy

Ubisoft przed premierą gry chwalił się głównie olbrzymim tłumem na ulicach Paryża oraz Katedrą Notre Dame, nad którą zespół pracował dwa lata. Nie wiem czy był sens by aż tak wiernie odwzorowywać, jak by nie było, ikoniczną paryską budowle. Wygląda ona prześlicznie i sporym atutem jest jej zwiedzanie, zarówno wewnątrz jak i na zewnątrz, ale wolałbym, aby moce przerobowe ekipy zostały przesunięte ku optymalizacji gry i usunięciu bugów. Tłum robi wrażenie ale tylko gdy stoimy na dachu jakiegoś budynku i obserwujemy wszystko z góry. Gdy podążamy wąskimi ulicami, przechodnie bardziej przeszkadzają niż pomagają, tym bardziej w momencie, gdy nagłym zbiegiem okoliczności zmieniają się modele całych grup przechodniów. W jednej sekundzie jedna armia klonów zmienia się w drugą, co nie powinno mieć miejsca w tego typu produkcji. Gra ma sporo błędów, o większości na pewno słyszeliście w czasie premiery. Żadne nowe się nie pojawiły, ale Ubisoft nawet po kilku miesiącach nie był w stanie wyeliminować wszystkich. Pod względem optymalizacji nie ma się już do czego przyczepić, choć miejscami konsola łapała zadyszkę i nijak nie przypominało to płynnej rozgrywki. Ale były to sporadyczne przypadki, maksymalnie kilkuminutowe, które nie utrudniały zabawy.

W grze zabrakło wątku współczesnego, który był ważnym elementem każdej poprzedniej części. Tym razem nie poznajemy tożsamości postaci za pomocą której wcielamy się w Arno, a cała narracja polega na kilku krótkich przerywnikach filmowych, które nie wnoszą zbyt wiele do opowieści, bo znów mamy złych templariuszy i dobrych assassynów. Miałem nadzieję, że DLC rozwiąże ten problem i rozszerzy nam wątek współczesny ale nic z tego. Za to każdy posiadacz gry w rekompensacie za premierowe problemy otrzymał za darmo dodatek „Dead Kings”. Jest to osobna historia rozgrywająca się po zakończeniu głównego wątku „Unity”. Bohaterem DLC pozostał Arno, ale zmieniła się arena wydarzeń – z Paryża przenieśliśmy się do miasteczka Saint-Denis. Asasyn musi zmierzyć się z grupą łupieżców grabiących królewskie katakumby. Dodatek ma mroczniejszy klimat, co jest bezpośrednio związane z podziemnymi tunelami. „Dead Kings” spodoba się osobom lubującym się w rozwiązywaniu łamigłówek. Dodatek ma zupełnie inny charakter od podstawki, przez co zaczynającym swoją przygodę z serią od tej części graczom może on nie przypaść do gustu. Historia może nie jest zbyt porywająca, ale DLC ma pomysł na siebie, który konsekwentnie od początku do końca realizuje – szkoda tylko, że koniec następuje dosyć szybko, bo już po trzech godzinach. Czas zabawy możemy wydłużyć zbierając kolejne znajdźki czy wykonując jeszcze więcej zadań pobocznych, ale obu czynności miałem wyraźny przesyt po podstawce.

„Assassin’s Creed: Unity” nie jest grą ani dobrą ani złą, miejscami jest nijaka, choć ma przebłyski oraz pomysły godne rozwinięcia w kolejnej części serii. Produkcji Ubisoftu brakuje charakteru, a przedpremierowe obiecanki skończyły się jedynie na słowach. Nie jest to udane otwarcie serii na nowe konsole. „Unity” jest nudne i wielu graczy będzie zmuszało się do ukończenia gry, bo czystej radości z grania jest tu niewiele. W tekście nie wspominam nic o misjach kooperacyjnych, bo ich nie próbowałem. Musicie wybaczyć, ale mojemu stylowi gry bliżej jest do Terminatora niż Sama Fischera, a raczej wątpię, abym miał na tyle szczęścia, że partner z rozgrywki nie miałby mi za złe mojej niezbyt subtelnej krwiożerczości. Dlatego też nie psując nikomu zabawy po drugiej stronie kabla, zdecydowałem się w ogóle nie ruszać trybu wieloosobowego.

promocja