Nieuczciwość producentów czy wydawców gier jest dla mnie cechą nie do wybaczenia i wydawanie produktów niekompletnych lub wadliwych zakwalifikowało na moją czarną listę już wielu twórców. Po średnim Batman: Arkham Origins oczekiwanie na pożegnanie Rocksteady z marką Batman: Arkham, która wniosła nową jakość do świata gier komputerowych opartych na przygodach superbohaterów, jakoś mnie ominęło. Poczułem się podwójnie niezainteresowany, gdy dowiedziałem się o tym, z jakimi problemami na komputerach osobistych muszą zmagać się posiadacze tej produkcji, ale kiedy już kilka miesięcy po opadnięciu medialnego kurzu ujrzałem niezwykle atrakcyjną promocję na Arkham Knight, zwyczajnie nie mogłem przejść obok niej obojętnie.

Uznałem więc, że znakomitymi Arkham Asylum i Arkham City Rocksteady Studios zapracowało na kredyt zaufania, wyceniony na nieco ponad pięćdziesiąt złotych. Poza obecnością tajemniczego Arkham Knighta, tak naprawdę nie wiedziałem o tej części nic (choć przeszedłem wszystkie pozostałe odsłony, więc nie przystąpiłem do gry z tabulą rasą), toteż moja ciekawość dwoiła się i troiła z każdym upływającym kwadransem rozgrywki. Okazało się, że gra w dużej mierze została pozbawiona licznych usterek, które tak diametralnie wpłynęły na postrzeganie jej przez graczy (2,1 – to ocena użytkowników na portalu Metacritic.com, która utrzymuje się od premiery), można było więc przejść do rozkoszowania się tym, co produkty z serii Arkham zawsze oferowały.

Jednym z głównych zastrzeżeń, jakie miałem wobec części Arkham Origins, było to, że właściwie nic się w niej nie zmieniło względem poprzedniczek. Obawiałem się, że co prawda diabelnie satysfakcjonujący, ale powoli mało zaskakujący system walki (czy to z ukrycia, czy w zwarciu) może znudzić po kilku godzinach, a wtedy przy ekranie mogłaby mnie utrzymać jedynie fabuła. Całe szczęście, tak odpłacanie kryminalistom za zbrodnie przeciwko Gotham, jak i śledzenie historii Batmana, mierzącego się z własnymi granicami, według których był definiowany, a także z własną trzeźwością psychiczną i duchami przeszłości, było znakomite. Sukces w tej pierwszej płaszczyźnie Batman: Arkham Knight zawdzięcza dwóm elementom: Batmobilowi oraz całej „rodzinie” Nietoperza, często wspierającej nas w walce.

2016-01-05_00001

Początkowo obawiałem się, że rozgrywka w Batmobilu będzie jedynie topornym dodatkiem mającym rozciągnąć czas obcowania gracza z produkcją, ale legendarny pojazd przewijający się przez właściwie już wszystkie formy adaptowania przygód Batmana stał się elementem, bez którego nie mógłbym wyobrazić sobie kolejnej gry z Nietoperzem. W Arkham Knight dysponujemy dwoma trybami kontroli naszego pojazdu – jeden to zwyczajny, można go nazwać „pościgowym”, drugi zaś przemienia Batmobil w prawdziwy czołg. Obydwa moduły podlegają ulepszeniom dokonywanym z poziomu naszego menu, tego samego które dotyczy również samego Batka. Możemy wpływać na wytrzymałość naszego wehikułu, jego sprawność w walce (która moim zdaniem jest naprawdę znakomita) czy różne dodatkowe usprawnienia, jak impuls elektromagnetyczny, pozbawiający naszych wrogów elektronicznych systemów. Dzięki możliwości sterowania Batmobilem zdalnie, często zostajemy postawieni w sytuacji, gdy będąc uwięzieni w jakiejś lokacji musimy wspomóc się naszym pojazdem, zdolnym do wyprawiania prawdziwych cudów. Niemal cały wątek związany z Człowiekiem Zagadką jest oparty właśnie o eksplorację możliwości Batmobilu, a nie składa się on przecież z kilkunastu minut zabawy.

Mimo tego, że Bruce Wayne rzadko lubi to przyznawać, Batman jest nikim bez swoich pomocników. W jego słuchawce przemawia głos Oracle, z rękawicy wynurza się twarz Alfreda, a w razie czego na pomoc pędzą mu Nightwing czy Robin, co wcale nie kończy listę przyjaznych postaci, z jakimi Nietoperz wchodzi w interakcję. Kilka razy dochodzi do scen, w których liczba wrogów przekracza nawet możliwości Batka, ale wtedy pojawia się właśnie któryś z wyżej wymienionych i zabawa nabiera rumieńców. Dynamiczne przełączanie akcji między bohaterami, wspólne kombinacje nokautów, różne style walki… Ciężko było wtedy nie pomyśleć, że gdyby Rocksteady chciało, mogłoby w świecie Arkham lub jakimkolwiek innym przeniesionym z kartek komiksów, stworzyć historię równie fascynującą, co ta która tyczy Batmana. Szczerze liczę, że londyńscy twórcy również mają tę świadomość i kiedyś zapragną dalej korzystać z możliwości, jakie stworzyli sobie serią Arkham.

Wciąż jednak, chyba największą zaletą najnowszego Batmana jest mistrzowski sposób prowadzenia narracji i niezwykle bogaty świat. Głównym przeciwnikiem Batmana jest w tej odsłonie Strach na Wróble, wspomagany przez tytułowego Rycerza Arkham, co tworzy parę niezwykle przebiegłą i wpływającą na zdolność realistycznej oceny wydarzeń przez głównego bohatera. Powrót starych antagonistów, z naciskiem na jednego, szczególnego z nich, miesza w głowie tak Batmanowi, jak i samemu graczowi, który często łapie się na nieodróżnianiu fikcji od prawdy. Za sprawą Arkham Knighta Rocksteady wzniosło się pod tym względem na najwyższą światową półkę, bo choć może fabuła nie należy do najbardziej zaskakujących i odkrywczych, jakie można by sobie było wymarzyć, to już sposób jej prezentacji tak. W grze znajdzie się kilka solidnych twistów fabularnych, z których jednak największy nie jest specjalnie chroniony przed rozgryzieniem przez twórców, wręcz przeciwnie, sukcesywnie podsuwają nam oni kolejne wskazówki dzięki którym możemy domyślić się go wcześniej.

2016-01-05_00002

Dodatkowym atutem jest to, że Arkham Knight wygląda fenomenalnie. Podkręcone do granic możliwości ustawienia graficzne i różne efekty gwarantowane przez technologię Nvidii sprawiły, że ciężko było się w tym brudnym, brutalnym świecie nie zakochać. Zachwycają różne drobne detale, ale Batman również nie traci przy całościowym spojrzeniu na produkcję: światło, efekty pogodowe, tekstury, cienie – wszystko wygląda tak dobrze, że czasem wątpimy, czy to dalej gra. Rocksteady nie potrzebuje żadnych odciętych wizualnie od silnika gry cutscenek, bo ten generuje wszystko w tak doskonałej jakości, że właściwie lepiej by już chwilami być nie mogło. Oczywiście, gorzej jest z tą sławetną optymalizacją, która pół roku po premierze wciąż potrafi przyprawić sporo problemów, co frustrowało mnie przy przygodzie z Arkham Knight (którą obecnie już prawie skończyłem), a prawdopodobnie doprowadziłoby do szewskiej pasji w dniu wydania gry. Nie zapominajmy, że mówię tu o teraźniejszej wersji, strach więc pomyśleć, jak zbugowana musiała być ta pierwotna.

Niemniej jednak, przy obecnej cenie (Arkham Knight często bywa przeceniane) i dobrej jakości produkcji naprawdę ciężko mi jej Wam nie polecić. Poprzez głupia decyzje przedwczesnego wydania niegotowego produkty, na jaką wcześniej zdecydowało się – prawdopodobnie – Warner Bros, ucierpiała reputacja znakomitego Rocksteady Studios, które teraz przez długi czas będzie oceniane przez pryzmat nieudanej premiery Rycerza Arkham. Czas leczy jednak rany i uważam, że pół roku to jego odpowiednia ilość, aby spróbować przekonać Was do ponownego wkroczenia do świata Arkham. Warto.