Pierwszy sezon „Detektywa” zmienił oblicze telewizji. Nic Pizzolatto miał doskonały pomysł, a HBO zapewniło mu wolność twórczą. Dzięki czemu powstał jeden z najlepszych i najważniejszych seriali kilku ostatnich lat. Po zakończeniu pierwszego sezonu „Detektywa” pewne było to, że HBO nie zarżnie kury znoszącej złote jaja. Drugi sezon stał przed ogromnym wyzwaniem, nie tylko by osiągnąć poziom pierwszego, ale i stać się kolejną wielką, osobną historią, o której będziemy pamiętać jeszcze przez wiele lat. Ta sztuka twórcom się nie udała i już po pierwszym odcinku drugiego sezonu jasne stało się, że Pizzolatto zjada swój własny ogon, serwując na pozór coś ambitniejszego niż jest w stanie stworzyć. Czemu w takim razie drugi sezon „Detektywa” jest gorszy od pierwszego?

1. Śledztwo

Zacznijmy od najbardziej prozaicznej rzeczy, ale najistotniejszej. Już w pierwszym sezonie śledztwo było tylko przyczyną kolejnych działań nie tylko bohaterów, ale również rozwijania wszystkich innych wątków. Rozwiązanie sprawy posuwało się w różnym tempie, ale niemal każdy odcinek kończył się jakimś ważnym odkryciem Rusta i Marty’ego. W drugim sezonie nie dość, że cały główny wątek został niezwykle zagmatwany już w drugim odcinku, to śledztwo jest najmniej interesującym motywem. Ciężko połapać się kto jest kim i dlaczego podejmuje takie a nie inne decyzje. Jest nudno i nijako. W pierwszym sezonie wraz z bohaterami odkrywaliśmy tajemnice śledztwa, a Nic Pizzolatto bawił się z widzami, ukrywając w każdym odcinku jakieś odniesienia do różnych form kultury, jak np. inspiracja postacią w żółci, wiekową i niepopularną powieścią. W drugim sezonie tego brakuje, a podejmowane przez bohaterów działania nie wzbudzają żadnych emocji.

Cohle-Marty

2. Dwie linie czasowe

Ogromnym plusem pierwszego sezonu było podzielenie opowieści na wydarzenia z 1995 roku i 2012 roku. Od pierwszego odcinka śledziliśmy losy zarówno tych młodszych jak i starszych wersji dwójki detektywów, co pozwalało twórcom na skupienie większej uwagi na rozwój bohaterów. Nie tyle samo śledztwo było istotne dla widza, co relacje Marty’ego i Rusta, oraz odkrycie co działo się z bohaterami przez te 7 lat. Ten prosty zabieg pozwolił scenarzystom na zmianę charakterów detektywów. W drugim sezonie następuje również przeniesienie akcji w czasie, ale o zaledwie dwa tygodnie. Jeżeli tylko producenci mieliby jakiś pomysł na wykorzystanie takiego przeskoku, ten punkt moglibyśmy sobie darować, ale dostajemy praktycznie kalkę z pierwszego odcinka. Czyli nic innego jak ponowne poznanie bohaterów, ich aktualnego życia czy konsekwencji podjętych wcześniej decyzji. Nie tak to powinno wyglądać. Tym bardziej, że samo śledztwo dotyczy spraw jeszcze z 1992 roku (śledztwo prowadzone jest współcześnie), ale twórcy nie potrafili w logiczny sposób po raz kolejny połączyć przeszłości z teraźniejszością.

3. Przesłuchanie

Kolejnym bardzo ważnym wątkiem w pierwszym sezonie były sceny przesłuchań. Akcja działa się już w 2012 roku, a widz stopniowo, z odcinka na odcinek, odkrywał dlaczego bohaterowie nie doprowadzili śledztwa do końca w 1995 roku. Sceny te, często cliffhangerowe, potrafiły trzymać w napięciu. Ucieszyłem się, gdy już w pierwszym odcinku zobaczyłem, że bohater grany przez Colina Farrella siedzi przy stole przed dwójką ludzi i z czegoś się tłumaczy. Jak się po chwili okazało, nie ma to nic wspólnego ze świetnymi scenami z pierwszego sezonu, a jest to jedynie element rozwoju tego konkretnego bohatera. Może i Pizzzolotto puścił oko do fanów oryginału, ale efekt był odwrotny od zamierzonego. Drugiemu sezonowi przydałoby się poukładanie wątków śledztwa w ten sam sposób, jak zrobiono to w pierwszym sezonie. Trójka bohaterów, to zupełnie trzy inne opowieści tej samej historii. Potencjał był ogromny, ale producenci najwyraźniej zabili go już na fazie planowania.

Cohle_big.95159f6bb5680ee256c5cd5ddfc77d87

4. Detektywi…

Rusty Cohle i Marty Hart to obecnie najpopularniejsza para detektywów. Nie ma co się dziwić. Matthew McConaughey oraz Woody Harrelson stworzyli niezapomniane kreacje. Rusty to ćpający, filozofujący degenerat, sprowadzony na złą ścieżkę jeszcze przed pracą dla policji. Marty jest kochającym ojcem i mężem, prostym człowiekiem z prostymi potrzebami, często wątpiącym i nierozumiejącym zawiłych teorii partnera, ale im dłużej zadaje się z Rustym, tym coraz bardziej zaczyna go przypominać. Producenci zaryzykowali taką parą bohaterów, ale okazało się to strzałem w dziesiątkę. Dlatego oglądając drugi sezon z utęsknieniem wspominam parę genialnych detektywów. Tym razem otrzymaliśmy nie dwóch, ale aż czterech głównych bohaterów, z czego trzech to detektywi. Rey Velcoro, Ani Bezzerides oraz Paul Woodrugh to dziwna mieszanka grupy starającej się rozwiązać zagadkę. Już samo włączenie do śledztwa tego ostatniego, jest mało realne. Nie mówiąc już o tym, że to najmniej ciekawy bohater. Wszystko przez nijaką grę Taylora Kitscha, który mocno odbiega od poziomu reszty aktorów. Jest to postać z potencjałem, tym bardziej, że zmaga się on nie tylko z przeszłością, ale z określeniem własnego ja. Dużo lepiej wypada Rachel McAdams jako Bezzerides, ale aktorka zdaje się grać przez cały sezon na tej samej linii, zupełnie nie korzystając z własnych możliwości, bo bez wątpienia, jest zdolną aktorką. Najlepiej z całej trójki wypada Colin Farrell, może i też dlatego, że jego historia jest względnie najprostsza do zrozumienia. Mamy do czynienia z kolejnym degeneratem, który tym razem, ma poważne problemy rodzinne. Dodatkowego smaku dodaje jego współpraca oraz wspólna przeszłość z Frankiem Semyonem. Jednak żaden z trójki bohaterów nie dorasta do pięt Marty’emu, nie mówiąc już o Rustym.

5. …i ten zły

Wspomniany przed chwilą Frank Semyon to nowe spojrzenie na producentów na opowiadaną historię. Choć sam Vince Vaughn jest zaskakująco dobry w tej roli, to scenarzyści kompletnie nie mieli pomysłu jak wykorzystać, jakby nie patrzeć „niedobrego faceta” w fabule serialu. Aż prosi się o to, aby zrobić z niego głównego podejrzanego. Co prawda historia jest również szeroko prezentowana z jego perspektywy, ale wydaje się ona mało znacząca dla śledztwa. Ot, mamy biznesmena, który musi wrócić na starą ścieżkę gangsterki, bo ma problemy z kasą, a współpracownicy stają się coraz mniej lojalni. Nic ciekawego, a jedynie zabiera czas na stojące w miejscu śledztwo. Gdyby tylko zdecydowano się na sceny przesłuchań, mielibyśmy wtedy nie trzy opowieści, ale aż cztery, a ta szczególna byłaby najciekawsza i najbliższa prawdy. Tak, jestem zły na Pizzolatto, że nie wykorzystał tak genialnego pomysłu z pierwszego sezonu w drugim.

true-detective-frank-semyon-wallpapers-10

6. Brak punktów wspólnych

Tym samym dochodzimy do kwestii tożsamości marki. Pierwszy „Detektyw” wyznaczył samemu sobie pewne kryteria, które powinni znaleźć się również w drugim sezonie. Dwie (lub więcej) linii czasowych, przesłuchania głównych bohaterów, odniesienia do dzieł kulturowych, dzięki czemu widzowie uczestniczyliby w rozwiązywaniu zagadki wraz z bohaterami. Aż prosi się, aby „Detektyw” stał się w pewnych kwestiach schematyczny, aby stworzyć i zachować unikatową tożsamość serialu. Wiadomo już, że każdy sezon będzie opowiadał zupełnie inną historię z innymi bohaterami, ale takie wspólne punkty stworzyłyby za każdym razem niezapomniane widowisko, tym bardziej, gdyby producenci mieli na nie pomysły i odpowiednio je modyfikowali.

7. Luizjana vs Los Angeles

W pierwszym sezonie „Detektywa” sporo czasu poświęcono na ukazanie piękna, ale i zła oraz wrogości Luizjany. Zdjęcia były niemal baśniowe i dzięki nim czuć było dodatkowy ciężar historii. W drugim sezonie liczyć możemy jedynie na w kółko powtarzające się widoki autostrady z lotu ptaka oraz wielkiej fabryki gdzieś na obrzeżach Los Angeles. Oczywiście wszystko w scenerii nocnej. Za pierwszym razem można popatrzeć na takie – oczywiście nie najgorsze – obrazy, ale sceny te powtarzają się niemal w każdym odcinku, dodatkowo nic z nich nie wynika, a większość została dodana na siłę, jakby w postprodukcji losowo wybierano miejsca gdzie je wstawić. Nie tak to powinno wyglądać, tym bardziej, że twórcy obiecywali nam pokazanie tej mroczniejszej i brudnej części Los Angeles.

b0f96e527eb2eb20c58ed4894f2bcdc1

8. Pamiętne sceny

Na pewno pamiętacie genialną scenę z czwartego odcinka, której 8-minutowa sekwencja była nagrywana bez żadnych cięć. Właśnie dla takich odcinków oglądało się „Detektywa”. Był w tym pomysł, a serial tym odcinkiem wyraźnie przyśpieszył, serwując nam niezapomniane widowisko. Czegoś takiego w drugim sezonie po prostu nie ma. Przed premierą pojawiły się informacje, że na potrzeby drugiego sezonu kręcona jest scena wielkiej orgii, przy której miały pomagać dwie aktorki porno. Cóż, w 6 odcinku rzeczywiście otrzymaliśmy obiecaną scenę, ale ta odbiegała mocno od wyobrażeń widzów. Całą sekwencję oglądamy z perspektywy (lecz nie z oczu) naćpanej Bezzerides, więc obraz jest zamazany, trzęsie się, a z głośników dobiegają naprawdę fatalnie dobrane dźwięki. Co prawda są cycki i gołe tyłki, ale tylko migają na ekranie. Nie chodzi o to, aby perwersyjnie HBO pokazywało kilkuminutowe porno, ale to mogła być przełomowa dla drugiego sezonu scena. HBO udowodniło „Grą o Tron”, że da się pogodzić goliznę i sceny seksu z poważną fabułą.

9. Alexandra Daddario

Tego chyba nie trzeba tłumaczyć.