IEM kojarzy się większości graczy głównie z rozgrywkami turniejowymi, w których mierzą się najlepsze drużyny w takich grach, jak Counter-Strike: Global Offensive, StarCraft 2 czy League of Legends. I rzeczywiście, stanowią one główna atrakcję imprezy. Zarówno w tym, jak i poprzednim roku w katowickim Spodku doszło do niebywałego wydarzenia – nie byliśmy (jako kraj) jedynie gospodarzami rozgrywek ligowych, ale tego najważniejszego z najważniejszych turniejów: finałowych meczów. Publiczność dopisała tłumnie, o czym świadczyły ciągnące się na setki metrów (albo i więcej) kolejki do głównego wejścia. Niektóre osoby czekały dobre kilka godzin, zanim dostały się do środka. I nie, nie była to wina organizacji – po prostu nie starczyło miejsca dla wszystkich, a hale wypełnione były po brzegi. Do tego stopnia, że nawet przepustka prasowa nie zawsze zapewniała miejsce na widowni, nieraz musieliśmy szukać jakiegokolwiek wolnego kąta, by zobaczyć, co aktualnie dzieje się na głównej scenie.

Rozgrywki turniejowe okazały się jednak tylko jedną z wielu atrakcji, które graczom zapewnili organizatorzy. Zanim jednak przejdę do konkretów, muszę przyznać, że bardzo duże znaczenie miała unosząca się wszędzie aura Wielkiego Wydarzenia. Tłumy czekające w kolejce dyskutowały o grach, wszędzie widoczne były wystawy sponsorów, a gdzie się nie spojrzało, zobaczyć można było osoby z handheldami, nawet w takiej sytuacji nie chcące się rozstać z ukochanymi produkcjami. Dlaczego uważam tę atmosferę za tak ważną? Cóż, powód jest prosty: pokazywało to, jak ważną dziedziną rozrywki jest w społeczeństwie gaming. Unaoczniało jednocześnie fakt, że czasy, gdy bycie graczem stanowiło powód do dziwnych spojrzeń, a czasem szyderstw – dawno minęły. Oprawa całego wydarzenia śmiało może konkurować z największymi eventami muzycznymi czy sportowymi.

1

Co jednak, gdy już jakimś cudem dopchaliśmy się do głównej areny, pooglądaliśmy rozgrywki, skandowaliśmy ksywkę naszego ulubionego gracza i zdecydowaliśmy się iść dalej? Otóż obok Spodka otwarta dla publiczności była hala, w której wystawiali się najwięksi producenci sprzętu czy przedstawiciele wydawców gier. Nic nie stało na przeszkodzie, by poobcować nieco z technologiami, które dopiero niedługo trafią na rynek, lub też są do kupienia raptem od kilku dni. Potężne PC-ty (których cena sięgała nawet ponad 20 000 zł), stylowe obudowy, najnowsze monitory – na tym wszystkim można było położyć ręce, przetestować, sprawdzić. Choć miały miejsce pokazy wyłącznie dla prasy, zdecydowana większość udostępniona była ogółowi odwiedzających.

Jedną z takich atrakcji okazała się możliwość przetestowania pioniera w dziedzinie wirtualnej rzeczywistości: Oculus Rift. Każdy mógł założyć na głowę rzeczony hełm i przejechać się wirtualnym rollercoasterem. Szkoda, że dostępny był jedynie pojedynczy zestaw testowy, jednak to i tak dużo: do tej pory nie przypominam sobie w Polsce imprezy, na której ktoś prócz prasy miałby do tego urządzenia dostęp. Inna ciekawa atrakcja to wzięcie udziału w wirtualnym wyścigu Formuły 1, siedząc w… rzeczywistym bolidzie. Niby drobiazg, niby gameplay’owo nic to nie zmienia, a jednak tworzy specyficzną, niepowtarzalną otoczkę.

Na osobny akapit zasługują udostępnione uczestnikom gry, z których niektóre nie miały jeszcze oficjalnej premiery. Można było chociażby przetestować Smite (wariacja na temat MOBA), pograć w HEX (karcianka polskiej produkcji) czy zanurzyć się w przeszłości, biorąc udział w rozgrywanym na starych CRT-kach turnieju Quake 3 Arena. To oczywiście nie zamyka listy produkcji, w których mogliśmy spuścić łupnia żywemu przeciwnikowi, udowadniając, kto jest najlepszy. Oczywiście na zwycięzców czekały nagrody, których wartość zaczynała się od zwykłych smyczy czy koszulek, a kończyła na potężnym, gamingowym PC-cie.

2

Mówiąc o akcesoriach, warto wspomnieć, że na stoiskach można było zakupić przeróżny sprzęt gamingowy, nieraz w bardzo atrakcyjnych cenach. Prym wiodły akcesoria dla graczy: klawiatury, myszy, headsety czy podkładki, jednak nic nie stało na przeszkodzie, by kupić całego PC-ta i dorzucić do tego ultrapanoramiczny monitor – wszystko zależało jedynie od zawartości portfela uczestnika. Z kolei mniej zamożnym pozostawały przeróżne gadżety (koszulki, smycze, kubki), które czasami dało się zdobyć, po prostu podchodząc do stoiska danej firmy.

Na koniec zostawiłem sobie atrakcję, która nie zależała w pełni od organizatorów. Chodzi tutaj o wielu znanych YouTuberów, streamerów i innych osobistości, które zwykle zobaczyć możemy głównie w Internecie. Mówiąc szczerze, nie należę do wielkich fanów tego typu mediów, ale sądząc po tłumach, czekających godzinami i skandujących bez opamiętania przeróżne ksywki swoich idoli – dla wielu osób możliwość uściśnięcia im dłoni czy zamienienia kilku słów była ważniejsza niż same rozgrywki turniejowe. Cóż, dla każdego coś miłego.

Czy było warto pojawić się na tegorocznym Intel Extreme Masters? Jak najbardziej! Nie ważne, czy jesteś „niedzielnym” graczem, czy hardkorowcem, czy lubisz strzelanki czy MOBA, czy zależy ci na wydarzeniu sportowym, czy gamignowej atmosferze – wszystkiego tego było tu pod dostatkiem, każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Liczę, że podobnych eventów będzie w Polsce znacznie więcej. Mam też nadzieję, że pomimo krążących tu i ówdzie pogłosek, kolejna edycja finałów również odbędzie się w naszym kraju.

promocja