W tym tygodniu fanów muzyki heavy metalowej czekało prawdziwe święto. W Poznaniu zagrały legendy.

We wtorek 24 czerwca na stadionie INEA w Poznaniu odbył się koncert Iron Maiden. Występ został poprzedzony dwoma supportami, z czego jeden to legenda dorównująca głównym gwiazdom wieczoru.

Zanim jednak przejdę do opisu koncertów, warto krótko omówić organizację całego wydarzenia. Trzeba przyznać, że władze miasta właściwie rozplanowały komunikację między centrum a stadionem. Do ruchu dopuszczono dodatkowe tramwaje i autobusy, kursujące na liniach łączących obiekt ze starówką oraz dworcem PKP. Po dotarciu na miejsce, okazało się, że niestety aby wejść na teren imprezy, na swój sektor, musiałem obejść dookoła cały stadion. Jest to spora różnica względem np. organizacji koncertów halowych, gdzie często przez bramki i kontrolę przepuszcza się wszystkich z biletami – obojętnie jaki kto ma sektor – a raz jeszcze sprawdza się ważność biletu w wejściu do konkretnej strefy. Dzięki temu, można szukać swej strefy już w środku obiektu. Tutaj, jako że posiadałem wejściówkę na trybunę naprzeciw sceny, byłem zmuszony przejść całą arenę – łącznie z przylegającymi do niej parkingami – naokoło. Co interesujące, widać było, że fizycznie jest możliwość przejścia drugą stroną stadionu, znacznie krótszą drogą, ale nie wiem czemu organizatorzy nie zdecydowali się zrobić tam wejścia dla tej trybuny. Podobnie było po całym wydarzeniu – większość publiczności wypuszczana była jednym wyjściem, właśnie tym najdalszym i znów trzeba było obejść cały obiekt, żeby dotrzeć do głównej ulicy i przystanków komunikacji miejskiej.

Po znalezieniu się na przeznaczonym mi miejscu, okazało się, że cały widok na scenę zasłania wieża nagłośnieniowa. Tu należy wtrącić, iż rzeczywiście na dużych obiektach i koncertach typu „oper-air” stawianie takich wież to norma. Czy było to jednak potrzebne na INEA Stadion? Śmiem wątpić, a wręcz uważam, że jeszcze negatywnie wpłynęło na jakość nagłośnienia gwiazdy wieczoru. Wracając do organizacji – z reklamacją miejsca nie było żadnego problemu. Obsługa szybko wskazała sektor obok, przeznaczony właśnie do osób takich jak ja, poszkodowanych przez ustawienie wieży. Tu należą się słowa uznania dla organizatorów za sprawne i błyskawiczne działanie. Jednak, na przyszłość, wielu klientom oszczędzono by nerwów, gdyby na planie obiektu przy kupnie biletów zasygnalizować istnienie takiej konstrukcji. Wtedy wielu ludzi zastanowiłoby się dwa razy nad kupieniem miejscówek w „zagrożonym” sektorze.

koncert_1

Dobrze, tyle na temat samej organizacji przed występami. A jak wypadły zespoły, które tego wieczoru się pojawiły na scenie?

Najpierw przyszedł czas na Ghost. Według mnie zespół ten nie pasował do klimatu występu stadionowego. Mają image podobny do black metalowych kapel. Ich wokalista – Papa Emeritus II – pozuje na kapłana-satanistę. Natomiast muzycy Ci grają bardzo spokojną, jak na swój mylący wygląd, muzykę. Momentami wręcz karykaturalnie to wygląda. Po samym dopracowanym co do szczegółów wyglądzie grupy widać było, że to całe sceniczne show jest przygotowane bardziej pod małe i ciemne sale. Niewątpliwie dużo lepiej wypaść musieli dzień później, na swoim samodzielnym występie w Warszawie w Stodole. Recenzje tamtego koncertu otrzymali dużo lepsze, niż za występ w Poznaniu.

Kolejna kapela, to już jedna z legend heavy metalu. Niech o ich klasie świadczy fakt, iż mimo, że osobiście nie słucham trash metalu, to występ Slayera uważam za jeden z najlepszych, jakie widziałem w swoim życiu na supporcie. Przede wszystkim, grupa zagrała bardzo energicznie, zwłaszcza pierwsze utwory dobrze wpadały w ucho, np. otwierający „World Painted Blood”. O dziwo, występ Slayera był bardzo dobrze nagłośniony. O dziwo, bo Ironi po nich bardzo źle. Ale nie uprzedzajmy faktów. Na pewno jednym z kulminacyjnych momentów był ciekawie pomyślany hołd dla zmarłego w tamtym roku gitarzysty – Jeffa Hannemana. Podczas „Angel of Death” z tyłu sceny pojawiła się płachta, stylizowana na logo Heinekena – z napisami: „Angel of Death”, pod spodem „Hanneman 1964-2013”, a poniżej „Still Reigning”.

koncert_2

Łączny set Slayera we wtorek wynosił 11 utworów, czyli występ trwał około 50 minut. Jedyne, czego mogli żałować zgromadzeni na INEA Stadion fani, to fakt, iż oglądać mogli tylko połowę klasycznego składu legendarnej formacji. Nie ma już wspomnianego gitarzysty, z zespołu odszedł także skłócony perkusista Dave Lombardo. Trzeba przyznać, że pozostała dwójka – Kerry King i Tom Araya – wraz z towarzyszącymi im nowymi muzykami, godnie starała się nadrobić braki i na pewno w przyszłości będę chciał jeszcze zobaczyć grupę ze słonecznej Kalifornii.
Przechodząc do gwiazdy wieczoru – Iron Maiden – no cóż, ten zespół jeszcze nigdy mnie swoją formą nie zawiódł. Panowie dali dobry koncert ale, jak na nich, tylko dobry. To był ich siódmy występ, który widziałem na żywo. Bardzo ten fakt pasuje do tego, że trasa „Maiden England 2014” skupia się na stylistyce i utworach z ich siódmej płyty studyjnej, zatytułowanej „Seventh Son of a Seventh Son”. Jest to jednocześnie trzeci koncert na tej samej trasie, który widziałem – po Berlinie i Gdańsku. W moim odczuciu z tej trójki najsłabszy. I chyba w ogóle najsłabszy z tych, w których miałem okazję uczestniczyć. Sama forma muzyków była dobra, choć momentami odnosiłem wrażenie, że się im melodie rozjeżdżają, a Bruce Dickinson jakby wolniej wszystko śpiewa niż w zeszłym roku. Totalną porażką było nagłośnienie. Siedziałem z tyłu w sektorze „dla reklamacji”, naprzeciw sceny, lekko z boku. U nas momentami było słychać ścianę hałasu. Zwłaszcza w pierwszych trzech utworach. Faktem jest, że zwykle początek koncertu pod względem nagłośnienia bywa słaby, gdyż dźwiękowcy muszą mieć czas, żeby wszystko jeszcze doregulować. Lecz zwykle trwa to jeden, góra dwa utwory a później już jest OK. Tutaj, te pierwsze trzy piosenki – gdybym ich nie znał na pamięć, to bym nie wiedział co grali. Potem, o dziwo, było lepiej i „2 Minutes to Midnight” oraz „Revelations” zabrzmiały nieźle. Dla tego drugiego właściwie pojechałem na ten występ i się nie zawiodłem. Utwór z płyty „Piece of Mind” powinien zagościć na stałe w secie. Zabrzmiał wprost potężnie i świetnie wokalista – Bruce Dickinson – wykorzystuje tu swoje warunki głosowe. Później z nagłośnieniem było zmiennie – raz lepiej, raz gorzej – ale generalnie nieciekawie. Na szczęście, kulminacyjne momenty występu – „Phantom of the Opera” i „Seventh Son of a Seventh Son” – zabrzmiały dość dobrze i fajnie się ich słuchało. Klimatu nadawała bogata scenografia nawiązująca do arktycznego tematu z okładki albumu oraz pojawiająca się w trzech odsłonach maskotka zespołu – Eddie. Była krocząca postać – generał Custer, był Eddie – jasnowidz, otoczony wielkimi świecami . Był też, tradycyjnie już podczas „Iron Maiden”, Eddie w swej formie żywcem przeniesionej z okładki siódmego albumu studyjnego. A do tego, jak przystało na występy stadionowe, bogata pirotechnika.

koncert_3

Ogółem, co do formy wokalnej, to w Ergo Arenie było lepiej. Generalnie w moim odczuciu w 2013 było trochę lepiej, choć w tym roku narzekać też nie można. W Poznaniu wokalista w swojej rozmowie z publiką, pomiędzy utworami, wspominał o słynnym weselu w klubie „Adria”, na które członkowie zespołu wpadli w 1984 roku, przypadkowo w zasadzie, i zagrali kilka utworów zdziwionym gościom pary młodej. Sami (już niestety ex-) małżonkowie byli obecni 24 czerwca na stadionie, o czym również Bruce nie zapomniał powiedzieć. Ta „przemowa” była jedną z dłuższych na tegorocznej trasie, co warto zauważyć. W tym roku panowie z Maiden dość mocno się spieszą: nie ma już przedstawiania w trakcie ostatniego utworu – „Sanctuary” – poszczególnych członków zespołu, nie ma zbyt długich rozmów z publiką. Ogółem cała tegoroczna część trasy, która przypomnę trwa już trzeci rok z rzędu – zdaje się być trochę na siłę. Osobiście, zadowolony z formy Iron Maiden, czekam już z niecierpliwością na ich nowy album i na kolejne koncerty, ze zmienioną już wreszcie setlistą.

Słowem końcowym, jeszcze chciałbym opisać reakcję publiczności na występy. Odniosłem wrażenie, że publika z płyty i trybun nie słyszy się nawzajem. Stadionowy klasyk „Fear of the Dark” w porównaniu do hali z Gdańska brzmiał cicho. Na moim sektorze, wbrew pozorom, wcale nie miałem samych siedzących w zadumie słuchaczy, niektórzy dość aktywnie uczestniczyli. Jednakże, najprawdopodobniej w wyniku akustyki obiektu, głos publiczności był słabo słyszalny. Co interesujące, w opiniach z wydarzenia każdy pisze co innego odnośnie nagłośnienia. Jego jakość zależała zatem ściśle od punktu w którym się stało lub siedziało.

Frekwencyjnie za to, nie zawiedliśmy. Jeśli rzeczywiście było te 25 tysięcy ludzi, które Dickinson podawał ze sceny, to o 10 tysięcy lepiej niż się spodziewałem, bo w końcu dopiero co u nas grali i to dwa koncerty aż, a ten miał być trzecim w przeciągu roku. Z nadzieją pozwala jednak patrzyć w przyszłość, gdyż baza fanów zespołu zdaje się rosnąć, a forma, niemłodych już przecież, muzyków jest nadal wysoka. Do następnego spotkania zatem! Up the Irons! \m/