Kiedyś iPhone pierwszej generacji o przekątnej 3,5 cala, dzisiaj Oppo N1 mini o przekątnej 5 cali. Świat zwariował czy faktycznie nie istnieje coś takiego, jak zbyt duży smartfon?

Wszyscy zdajemy sobie doskonale sprawę z nieustannego wyścigu zbrojeń na rynku technologicznym. W sumie, na każdej gałęzi rynku technologicznego. Kiedyś producenci aparatów, czy to lustrzanek czy popularnych niegdyś „małpek”, ścigali się w wyścigu o megapiksele, a producenci procesorów walczyli o prym w kategorii szybkości taktowania czy, od stosunkowo niedawna, ilości rdzeni. Nie inaczej jest na rynku smartfonów, gdzie obowiązywać zaczęła zasada większe jest lepsze, co przełożyło się na astronomiczny wzrost przekątnych ekranów oraz tychże rozdzielczości. Wyścig ten doprowadził do stanu, w którym ekran najnowszej generacji iPhone`a przez wielu miłośników technologii mobilnych uznawany jest za zbyt mały. Obłęd? Daleki jestem od tak jednoznacznych sformułowań, bowiem kwestię wielkości ekranu czy rozpiętości jego przekątnej należy dzisiaj rozważać w kategoriach jego używalności. Otóż to, współczesne telefony z urządzeń służących do rozmów oraz pisania krótkich wiadomości tekstowych, wyewoluowały w przenośne centra komunikacyjne oraz małe, mieszczące się w kieszeni stacje robocze. Ponadto, stało się coś, czego niegdyś nie mogli spodziewać się pierwsi użytkownicy telefonii komórkowej. Telefony komórkowe stały się bowiem narzędziami używanymi przez różnych ludzi, których cechują różne potrzeby. Dziś często kupujemy albo miejskie samochody, które mają być małe, zwinne i ekonomiczne albo duże rodzinne SUVy, mające pomieścić całą rodzinę wraz z psem, kotem, deską surfingową oraz deską do prasowania. To oczywiście uogólnienie, ale podobna mechanika zachowań konsumenckich rządzi dziś użytkownikami smartfonów.iphone1vs5

Nie zamierzam rzecz jasna analizować różnych typów decyzji konsumenckich, gdyż jasnym jest, że oprócz wielkości ekranu, ludzie kierują się numerkami obrazującymi jego rozdzielczość, poziom maksymalnej jasności, ilość megapikseli jakimi poszczycić się może wbudowany aparat fotograficzny, poziomem wykonania i użytych do tego materiałów czy w końcu logo producenta z tyłu telefonu. Jasne, argumenty i ich wpływ na podejmowane decyzje jest bardzo zdywersyfikowany, a powiedzenie, że co kraj to obyczaj, jedynie w mizernym stopniu oddaje mnogość czynników wpływających na nasz wybór. Nie będziemy więc zastanawiali się nad tym, czy sprzęt Apple jest po prostu ładnie opakowanym byle czym, lub czy urządzenia Samsunga są plastikowe do bólu, tandetnie wykonane i bombardujące nas hurgotem wszędobylskich aplikacji do wszystkiego. Szczerze mówiąc, mnie osobiście w ogóle nie interesują tego typu rozważania, a mając wybrać między jakimś Galaxy S a jakimś Iphonem poszukałbym wśród tych urządzeń cech, które będą przeze mnie najczęściej wykorzystywane i które ułatwią mi życie, kontakty towarzyskie oraz uprzyjemnią mobilną pracę. Takie właśnie pragmatyczne kryterium wyboru przyświeca mi od zawsze w decydowaniu się na zakup tego czy owego sprzętu i pod kątem takiego właśnie kryterium można zastanowić się, czy istnieje coś takiego, jak zbyt duży smartfon.

Moja osobista historia, jaką zamierzam podzielić się z Wami poniżej, w pewnym stopniu odpowiada tendencjom na rynku smartfonów. Dlaczego? Ano dlatego, że sam wędrowałem od mniejszego ekranu, do większego, rozwijając siebie oraz swoje potrzeby dokładnie w ten sam sposób, co rozwijały się oraz zwiększały wyświetlacze telefonów różnych producentów. Weźmy sobie na przykład rok 2007, czyli mityczny i medialny początek ery współczesnych smartfonów związany z premierą pierwszego iPhone`a. Był to telefon na ówczesne czasy ogromny, bo mający wyświetlacz o przekątnej aż 3,5 cala! Na tle konkurencji, te siedem lat temu, iPhone był gigantem. Po premierze telefonu Apple`a konkurencja przez kilka ładnych lat trzymała się ekranów podobnej wielkości, czasem montując jakieś urządzenie o 4 calach, jak pierwszy Samsung Galaxy S. Przełom nastąpił zaś w roku 2011, gdy to Samsung wypuścił na świat pierwszego kolosa, czyli Note`a pierwszej generacji o gigantycznym, bo aż 5,3 calowym ekranie. Szok był spory, gdyż było to urządzenie nowatorskie i olbrzymie. Samsung stworzył zupełnie nową kategorię produktów określanych dziś jako phablety i przez kolejne lata zwiększał swoją dominację na tym segmencie rynku. Mamy więc rok 2007 i ogromnego iPhone`a z wyświetlaczem 3,5 cala i rok 2011 reprezentowany przez Samsunga Note`a i jego ekran o przekątnej 5,3 cala.

Jak zaś prezentuje się sytuacja wielkości ekranów dzisiaj? Otóż z jednej strony mamy gigantyczne phablety od Huawei, Sony, Nokii czy (rzecz jasna) Samsunga, urządzenia chwalące się przekątnymi ekranów w granicach 6 cali, z drugiej zaś flagowce, najwyżej pozycjonowane modele poszczególnych producentów, mające wyświetlacze w rozmiarze 5,5 cala, jak zaprezentowany niedawno LG G3. Dziwne? Bardzo, gdyż powoli dochodzimy do momentu zacierania świeżego i młodego segmentu phabletów przez inne smartfony, inaczej pozycjonowane choć nie odbiegające wyraźnie wielkością ekranów. Poza tym, trochę szkoda użytkowników, którzy chcieliby mieć telefon, który oferując olbrzymią szybkość i płynność działania oraz pełną gamę funkcji multimedialnych zmieściłby się przy tym w kieszeni oraz dałby się obsługiwać jedną, nienależącą do koszykarza dłonią. Dziś wybór tych, którzy stawiają przede wszystkim na mobilność i poszukują prawdziwie high-endowych choć małych urządzeń ogranicza się do najświeższego iPhone`a czy Xperii Z Compact od Sony. Mało tego, wyczytałem gdzieś ostatnio, że Samsung przymierza się do wypuszczenia na rynek telefonu o wyświetlaczu z przekątną 7 cali, a chiński producent Oppo zapowiada wersję mini swojego smartfona N1, która ma mieć ekran o przekątnej „tylko” 5 cali. Tak… przyszło nam żyć w ciekawych czasach rozwoju technologii mobilnych, ale do rzeczy! Wiemy już, że na przestrzeni lat ekrany telefonów ulegały systematycznemu zwiększaniu swoich przekątnych, pora więc bym opisał swoją własną przygodę z poszczególnymi smartfonami, których wielkość zmieniała się w stopniu podobnym, co światowe trendy.bigscreensmartphone

Moim pierwszym smartfonem z prawdziwego zdarzenia był HTC Desire. Wcześniej używałem i chwaliłem sobie bardzo Nokię 5530 z serii XpressMusic. Telefon ten działał na wiekowym Symbianie i choć pozwalał na przeglądanie zasobów sieci oraz aktywne korzystanie z poczty, to dopiero HTC pokazało mi, jak wyglądać powinien nowoczesny smartfon. Desire we wszystkim, za wyjątkiem jakości audio (ale 5530 była pozycjonowana jako smartfon muzyczny), był milion razy lepszy niż słuchawka Nokii. Telefon był szybki, świetnie wykonany, miał doskonały na ówczesne czasy ekran i ogólnie rzecz biorąc, wrażenia z obcowania z nim były jednoznacznie pozytywne. Mogłem płynnie korzystać z bogactwa internetu, sprawdzać i odpisywać na maile oraz redagować do pewnego stopnia rozmaite dokumenty, a także przeglądać PDFy, robić przyzwoitej jakości zdjęcia, słuchać przyzwoitej jakości muzyki, używać całkiem niezłej nawigacji online. Słowem wszystko, czego mogłem wówczas oczekiwać, HTC Desire mi oferował, przy czym jego ekran miał marną przekątną 3,7 cala, a jego rzeczywistą rozdzielczością było 800 na 480 pikseli, czyli tak zwane WVGA, choć rozdzielczość efektywna wynosiła 653 x 329 ze względu na zastosowanie przez producenta matrycy AMOLED w technologii PenTile, w której to na jeden piksel logiczny składały się nie trzy subpiksele w układzie RGB, lecz dwa, co powodowało, że do wyświetlenia całej palety barw zapalały się każdorazowo dwa pełne piksele, a to z kolei przekładało się na mniejszą ostrość ekranu. Minus z którym trzeba było żyć? A gdzie tam! Dla mnie ekran HTC Desire był doskonały, cudowny, normalnie miód, malina.

Po prawie dwuletnim użytkowaniu telefonu HTC uznałem, że przyszedł czas na zmiany. Nie było to powodowane spadkiem wartości użytkowej urządzenia, ale moimi własnymi preferencjami. Uznałem po prostu, że smartfon wykorzystywany jest przeze mnie przede wszystkim do surfowania po internecie oraz systematycznej kontroli maili i przeglądania dokumentów biurowych, a do tego lepiej nadawałby się większy ekran. Wybrałem więc sprzęt mniej uznanego na rynku technologii mobilnych koreańskiego producenta i kupiłem sobie LG L9. Drażniło mnie plastikowe wykonanie, to fakt. Irytował słabszy aparat i wrażenie taniości, jakie sprawiał mój nowy telefon. Niemniej, mniejsza waga, większy i jaśniejszy ekran oraz większa płynność i szybkość działania były plusami jednoznacznie dodatnimi (bo mamy przecież plusy ujemne i dodatnie), więc szybko przestałem narzekać na drobne potknięcia i cieszyłem się nową zabawką. Korzystając z LG, który na samym początku wydawał mi się ogromny, klockowaty oraz nieporęczny, uznałem że większy ekran ma bezdyskusyjne zalety. Przekątna wynosząca 4,7 cala wraz z rozdzielczością qHD liczącą sobie 960 na 540 pikseli, a do tego patryca wykonana w technologii IPS, cechująca się dużą jasnością więc i dobrą widocznością w jasnym, niemal pełnym słońcu oraz bardzo dobrymi kątami widzenia, a także sympatycznymi, stonowanymi kolorami, to było coś co miało stać się moim przenośnym centrum biurowym. Ekran nie wyświetlał może czerni w najlepszy na świecie sposób, ale to jakoś mało mnie bolało. Gdy do mieszanki dobrych podzespołów dodać, wówczas w miarę świeżego, Androida 4.1.2, który drastycznie zwiększał możliwości urządzenia w porównaniu z wersją 2.2., na której działał HTC Desire, smartfon był naprawdę nowoczesnym i szybkim urządzeniem, a komfort pracy był bardzo wysoki. Ekran zaś, był dla mnie znów przeskokiem w nową jakość i byłem nim zauroczony.imagen-real-LG-Optimus-L9

LG posłużył mi, przeleżał w kieszeni spodni czy marynarki ponad rok. Kupiłem mu ochronne plecki, bo gdyby wypadł mi z ręki i wylądował na jakiejś twardej powierzchni, mógłby zakończyć swój żywot oraz sporą kartę pamięci, by zawsze mieć miejsce na wszystko, na co musiałbym mieć miejsce. Niemniej, po wspomnianym ponad roku, ponownie przyszedł czas na zmiany. Byłem już wówczas użytkownikiem ze stricte określonymi potrzebami. Wiedziałem czego oczekuję od telefonu, co pozwalało mi świadomie rozglądać się za jego następnym aparatem. Wybrałem nienową już wtedy, Nokię Lumię 920. Poza nieco mniejszym, bo aż o 0,2 cala, ekranem – wszystko w Nokii było klasę albo i dwie wyżej. Wyświetlacz IPS o rozdzielczość HD z superczułym panelem dotykowym, świetnymi kolorami, oferujący jasność tak dobrą i kontrast tak wysoki, że praca w pełnym słońcu nie była żadnym, najmniejszym nawet wyzwaniem, doskonały aparat fotograficzny, rewelacyjne wykonanie, świetną jakość odtwarzanego dźwięki oraz w pełni darmową nawigację offline, a także pakiet biurowy Microsoftu – to były argumenty, które wpłynęły na wybór tego właśnie telefonu. Dziś stwierdzam, że przyjemność z obcowania z Lumią 920 była nieopisanym doświadczeniem. Urządzenie było tak ładne, tak świetnie wykonane, tak wpasowane w moją dłoń, iż śmiem założyć, że nigdy już nie będę używał tak genialnie spasowanego smartfona. Co więc sprawiło, że postanowiłem wymienić swoją 920`tkę na niżej pozycjonowaną, posiadającą gorszy aparat, milion razy gorzej wykonaną Lumię 1320?

Owszem, moja decyzja powodowana była wielkością ekranu, a więc i przestrzeni roboczej Lumii 1320. Świetny aparat w 920`tce nie był mi w zasadzie potrzebny poza zdjęciami imprezowymi, mniejsza ilość pikseli przypadających na cal wyświetlacza przekładająca się na współczynnik PPI na poziomie około 250 nie jest dla mnie żadnym problemem, gdyż nie spoglądam na ekran smartfona z odległości 5 centymetrów, tak by wypatrzyć pojedyncze piksele, a doskonałe wykonanie swojego poprzedniego telefonu i związany z nim dysonans czuciowy pojawiający się podczas trzymania w rękach Phabletu od Nokii, jakoś przełknąłem zamykając urządzenie w zamszowym etui. Teoretycznie więc, gdybym był sprzętowym purystą musiałbym uznać, że moja zamiana wyższego modelu na niższy była skrajną głupotą prawda? Niemniej, potrafię dobrze usprawiedliwić swoją decyzję. Otóż, częściej trzymam swój smartfon w obu łapskach niż przy uchu, co powodowane jest tym, iż częściej na telefonie piszę, czytam oraz przeglądam internet niż przezeń rozmawiam. To raz. Dwa, jeśli więc częściej używam telefonu do czynności związanych z oglądaniem jego ekranu i wykorzystywania jego przestrzeni roboczej, to większy ekran jest dla mnie zwyczajnie wygodniejszy. Trzy zaś, wszystkie przewagi starszego choć wyżej pozycjonowanego modelu tracą na znaczeniu w chwili uświadomienia sobie swoich rzeczywistych potrzeb. Moje rzeczywiste potrzeby już znacie, przewijały się przez cały tekst, więc mam nadzieję, że znacie już również moją osobistą odpowiedź na pytanie zadane w tytule tekstu. Dla mnie, nie ma czegoś takiego, jak zbyt duży smartfon.Nokia-Lumia-1320-Review-006Wielkość urządzenia jest postrzegana subiektywnie i każdy musi indywidualnie odpowiedzieć sobie, czy bardziej zależy mu na większej mobilności urządzenia oraz jego funkcjach czysto telefonicznych czy na wielkości ekranu, a więc w moim mniemaniu również jego powierzchni roboczej i walorów użytkowych. Poza tym, wygoda używania urządzeń mobilnych związana jest z determinantami czysto biologicznymi. Otóż, im większe mamy dłonie, tym lepiej będziemy obsługiwać większe telefony, smartfony, phablety oraz tablety. Ja całe szczęście, mimo mikrego wzrostu, mam stosunkowo spore i szerokie jak łopata łapska (bez problemu chwytam jedną ręką piłkę do koszykówki), co przekłada się na wygodę z użytkowania dużych urządzeń. Moja lepsza połówka zaś, ma dłonie sporo, naprawdę sporo mniejsze ode mnie, a używa telefonu, którego ekran ma przekątną 4,5 cala, więc też nie jest to jakiś mikrus. O ile jednak ja albo trzymam telefon w kieszeni spodni, a choć nie chadzam w „rurkach” czy innych leginsach, to ze dwie pary moich spodni nie nadają się do trzymania tam mojej „patelni”, albo w kieszeni marynarki, moja lepsza połowa zaś nosi telefon w torebce, co drastycznie niweluje problem zbyt dużego smartfona. Zresztą, nad praktycznymi aspektami używania dużych i bardzo dużych telefonów możemy rozwozić się bez końca, więc pozwolę sobie podsumować powyższe dywagacje bardzo skrótowo pisząc, iż powinno przyświecać nam pragmatyczne kryterium wyboru telefonu. Używajmy tego, czego potrzebujemy i dostosowujmy sprzęt pod kątem naszych potrzeb, a wówczas nawet najbardziej perswazyjne kampanie reklamowe nie wcisną nam do kieszeń czy torebek sprzętu, którego wartość użytkowa będzie dla nas żadna, lub co najmniej dyskusyjna.