Ludzie nie owładnięci bezlitośnie miłością do rudego giganta, prawdopodobnie popukają się w czoło widząc nagłówek tego artykułu, albo wręcz uznają go za pozbawiony sensu. Kto jednak spędził z Joshuą tak wiele godzin co ja, chłonąc każdą nutę wydaną przez jego Matona czy innego Gibsona, napawając się jego beztroskim stylem bycia i, jak przystało na popularnego muzyka, ekscentryzmem, będzie czuł zbieżne emocje.

Josh Homme urodzony 42 lata temu w kalifornijskim Palm Strings jest złotym chłopcem muzyki rockowej. Nie zgodzić się z tym to tak, jak zaprzeczać niegdysiejszemu prymatowi Schumachera w F1, Michaela Jordana w NBA lub rzec, że Pavarotti kompletnie nie potrafił śpiewać. Znane są przypadki muzyków, których artystyczne odnogi, tzw. „side projecty” były jedynie formą wypuszczenia z siebie jakiegoś nadmiaru inspiracji, co nie zawsze kończyło się uznaniem fanów. W przypadku Josha jest jednak znacznie inaczej: można wybrać obojętną formację, której był on członkiem lub wręcz założycielem, mając pewność, że podczas obcowania z nią odkryje się coś wyjątkowego.

Raczej nie zanosiło się na to, że obiekt tego tekstu zrobi karierę muzyczną, mało tego, los robił wiele, aby mu ją utrudnić. Co prawda Josh nie dorastał w toksycznej rodzinie, bo sam określa swoje dzieciństwo jako bardzo szczęśliwe, ale fakt, że mieszkał na kompletnym zadupiu, pozbawionym niemal jakiegokolwiek człowieka zdolnego do przekazania mu wiedzy na temat grania na instrumentach, był już poważnym utrudnieniem. Joshua Tree jest miejscem żywcem wyjętym z filmów z Johnem Wayne’m czy Clintem Eastwoodem, co – zdawałoby się – nie dostarcza inspiracji do tworzenia jakiejkolwiek muzyki. Wokół był niemal tylko piasek, okazjonalne kępy trawy, nudne i wręcz puste miasto. Doświadczając takich widoków na co dzień, trudno dziwić się wizerunkowi pierwszego szczebla kariery Josha Homme.

joshua-tree1

Młody wówczas artysta brał bowiem udział w założeniu kultowej formacji Kyuss, prekursora stoner rocka, a więc gatunku charakteryzującego się zbiorem zagrywek heavy-metalowych, ale także psychodelicznych czy podchodzących pod doom. Jest to więc muzyka bardzo ciężka, od słuchania której robi się wręcz duszno, z okazjonalnymi łamaniami tempa i gwarantująca raczej niewiele miejsca na gitarową wirtuozerię. Josh, którego instrumentalne fundamenty pochodziły z polki, na lekcje której uczęszczał przez dwa lata, czuł się w stonerze jak ryba w wodzie.

Mimo tego, że przez lata istnienia Kyuss nie doczekał się zasłużonej uwagi konsumentów i mediów, obecnie jest on przez wielu uważany za jeden z najbardziej niedocenionych zespołów wszech czasów. Do jego twórczości odwoływały się legendy, takie jak Dave Grohl, który przed śmiercią Kurta Cobaina mówił mu, że chciałby, aby następna płyta Nirvany brzmiała tak, jak Kyuss. Trudno tak naprawdę wskazać na którymkolwiek z trzech nagranych przez grupę albumów jakąś kulejącą kompozycję i duża w tym zasługa Joshuy, ale i Johna Garcii, wokalisty. Koniec końców, dwóch panów rozstało się w wyniku tajemniczego rozpadu Kyussa, a ewentualny powrót na scenę od wielu lat konsekwentnie blokuje sam Homme, argumentując, że nie pociągają go żadne pieniądze i zwyczajnie nie czułby się w tym projekcie naturalnie.

Rozstanie z Kyussem z pewnością było bolesne dla wielu słuchaczy, którzy być może niejeden raz rzucili jakąś wiązankę obelg w stronę upartego Hommego, ale gdyby nie ono, nigdy nie narodziłby się inny autorski wytwór Josha, cieszący nas swoją muzyką w epizodach po dziś dzień: The Desert Sessions. Inicjatywa ta była pewną formą kultywacji tradycji, jaka była popularna wśród dzieciaków mieszkających na pustyni na przełomie lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Na pakę pickupa pakowali oni wtedy instrumenty, worki przeróżnych używek i oświetleni światłem samochodowych lamp, grali kilkudniowe koncerty na samym środku piaszczystego „niczego”.

Kyuss

Od powyższych przeżyć The Desert Sessions różniło się tym, że spotkania rozpoczęte w roku 1997 odbywały się już na bardziej cywilizowanych zasadach, a całość była nagrywana i przekazywana do studia. Josh Homme, niebędący jeszcze wówczas gwiazdą światowego formatu, był zdolny dzięki swoim umiejętnościom i osobowości przekonać do współpracy takich geniuszy jak PJ Harvey, Mark Lanegan, Ben Shepherd, Chris Goss, Brant Bjork czy przyszłych kolegów z zespołu: Alaina Johannesa, Troya Van Leeuwena czy Nicka Oliveriego. Wynik radosnych, muzycznych improwizacji można usłyszeć na aż dziesięciu albumach, produkowanych na przestrzeni sześciu lat: od 1997 do 2003 roku; utwory na nich publikowane były często podstawą sukcesu kolejnych projektów Hommego. Można sobie jedynie wyobrazić, jak niesamowitą odskocznią od głośnego życia muzyków żyjących w okolicy Los Angeles, było rzucenie wszystkiego w cholerę i kilkunastodniowe integrowanie się z przyrodą, przyjaciółmi oraz muzyką. Niewykluczone, że Homme zdecyduje w najbliższym czasie zebrać drużynę ponownie, bo od kilku lat napomina o tym, że nie skończył jeszcze z The Desert Sessions, a lepszy czas (przerwa od trasy koncertowej i nagrywania albumów) może już nie nadejść.

Aby zostawić sobie danie główne na koniec, już teraz wspomnę o dwóch pobocznych projektach, którymi Homme zajmował się w ubiegłej dekadzie: Eagles of Death Metal i Them Crooked Vultures (polecam ich fantastyczny album z 2009 roku, stworzony we współpracy z Grohlem i basistą Led Zeppelin, Johnem Paulem Johnesem). Pierwszy zespół, założony już w roku 1998, wcale nie zmusił Josha do rozwinięcia u siebie umiejętności śpiewania growlem, wręcz przeciwnie – tworzy on bardzo radosną, podrywającą do podrygiwania nogą muzykę. Nazwa nie wzięła się jednak znikąd, bo była wynikiem krótkiej fascynacji panów Hughesa i Hommego polskim Vaderem. Choć dla założyciela Kyussa, EoDM jest bardziej piaskownicą, do której lubi on od czasu do czasu przyjść się pobawić (postukać w talerze), spędzając czas z całą masą swoich przyjaciół (gościnnie na płytach Eagles występowali Dave Grohl, Jack Black, żona Josha – Brody Dalle czy Taylor Hawkins), Hughes kontynuuje projekt na własną rękę i zespół wystąpi nawet w roli jednej z gwiazd tegorocznego Open’era.

orig_desert_sessions_1280x720

Niemal równolegle z powstaniem wyżej opisanego The Desert Sessions, Josh Homme uformował swoje opus magnum, a więc kapelę Queens of the Stone Age. Przez jej różnorodność ciężko tak naprawdę wskazać grupę audiofilów, której mogłaby się ona nie podobać: pierwsze albumy to kontynuacja tego, co stworzył Kyuss, a więc gitarowej młócki podpartej raczkującym wokalem Josha, później QotSA skłania się ku bardziej rockowym rytmom, by obecnie tworzyć coś w rytmach alternatywy/indie. Zdolność do kierowania rozwojem zespołu w tak różnych kierunkach jest oznaką wielkości, bo strach przed krytyką fanów, chęć ciągłego spełniania ich oczekiwań, aby tylko nie utracić źródła stałego dochodu, jest w muzyce słabością.

A nazwać niemal dwumetrowca o słusznej posturze słabym byłoby sporym niedomówieniem – coś na ten temat wie Blag Dahlia, przez konfrontację z którym Homme musiał spędzić 60 dni na kursie panowania nad swoją złością. Amerykanin w istocie znany jest z bardzo swobodnego postępowania, potrafiąc zbluzgać czy wręcz doprowadzić do bójki z uczestnikami swoich koncertów chcących zwrócić jego uwagę (albo po prostu zrobić mu krzywdę) poprzez rzucanie w niego przedmiotami. Przeszło Wam przez głowę, że jest to może zachowanie na pokaz, na które Josh może sobie pozwolić wobec chłystków chcących jedynie zyskać trochę uwagi? Poszukajcie, jak zachował się on całkiem niedawno wobec Jaya-Z.

Dla jednych nieumiejętność trzymania języka za zębami i przeświadczenie o tym, że można powiedzieć co się chce (vide Josh Homme na temat Imagine Dragons i Grammy) jest objawem megalomanii, dla mnie jest jednak cechą człowieka zdolnego do zostania symbolem pewnej generacji. Żyjemy w czasach, kiedy każda osoba publiczna – muzyk, dziennikarz, polityk, aktor – doskonale wie, co powiedzieć, bo stoi za tym cała gwardia speców od PR-u i marketingu, zdolnych do pokierowania ich losami tak, aby wydźwięk ich słów był jedynie pozytywny. Powoli nawet muzycy rockowi, uważani za tych prymitywnych, bezpruderyjnych i stanowiących sami o sobie, przejmują te smutne zwyczaje, wyzbywając się swojej szczerości w imię uznania i pieniędzy. To poniekąd dlatego pan Homme został przeze mnie wymieniony w tak zróżnicowanym towarzystwie – bo w pewnym szerokim kręgu jest symbolem najwyższych wartości, prawdziwości, spontaniczności i beztroski. Czy są szanse na to, by stał się on po latach tak rozpoznawalny jak Presley, do którego zresztą często jest porównywany (pseudonim „The Ginger Elvis” nie wziął się znikąd)? Wątpliwe, dla mnie jednak po haśle „prawdziwa gwiazda rock’n’rolla” zawsze będzie wyświetlał się Joshua Michael Homme.

promocja