Najwspanialsze uczucie, które może spotkać człowieka przy obcowaniu z rozrywką, to zaskoczenie. Niełatwo jest sprostać oczekiwaniom, kiedy jakieś medium promowane jest przez godziny reklam, ogromne bilbordy, znane twarze celebrytów. Wraz z rozpoczęciem medialnego szumu rodzi się wyzwanie, którym niewątpliwie jest utrzymanie go, ale już nie z powodu chwytliwej komercyjnej propagandy, a jakości samego produktu. Netflix postanowił pominąć cały ten etap budowania potęgi swojego serialu, a w świat „Marco Polo” wypuścił może i nawet bez większych oczekiwań. Nie miała jej prawdopodobnie również tytułowa postać historyczna, wyruszając w swoją podróż na wschód, która miała okazać się jedną z najbardziej imponujących wypraw tego typu w dziejach.

Netflix jest jednym z internetowych symbolów naszych czasów – można nazwać go wypierającą telewizję platformą do oglądania przeróżnych dzieł kinematografii, jak i seriali. W tej drugiej kategorii Amerykanie zaczęli czuć się coraz pewniej, co pokazała choćby pomyślna próba zawojowania tej gałęzi rozrywki przy pomocy fantastycznego „House of Cards„. Kiedy więc fani trwają w niecierpliwym oczekiwaniu kontynuacji losów niezwykle czarującego swoją wiarygodną brutalnością i twardą, polityczną szczęką Franka Underwooda, włodarze stacji wyszli z założenia, że przydałoby się zaserwować im coś, co osłodzi te smutne chwile.

la-et-st-netflix-teases-series-marco-polo-20141029

W tej roli znakomicie odnalazł się „Marco Polo” – nie chcę mówić tu, że fani międzypartyjnych sztychów odnajdą się doskonale na Dalekim Wschodzie, bo mówimy tu o dwóch skrajnie różnych serialach, ale amatorzy dobrej rozrywki i sprawnie poprowadzonej fabuły, już na pewno. Jak delikatnie nakreśliłem, produkcja z końcówki ubiegłego roku koncentruje się na losach jednego z największych podróżników w historii – Marco Polo. Pomimo tego, że część jego losów owiana jest sporą tajemnicą, a grono historyków uważa go za osobnika, który lubił dużo mówić, ale w rzeczywistości nie miał czym się pochwalić. Nie da się nie docenić też faktu, że to w dużej mierze jemu zawdzięczamy tak szybkie poznanie wschodnio-azjatyckiej kultury.

Czy omawiany serial można w ciemno nazwać dokumentem z zatrudnionymi aktorami? No cóż, byłoby to jedno z największych niedomówień, jakie kiedykolwiek mogliście przeczytać na tej stronie. Autorzy bardzo luźno podchodzą do konwencji przedstawienia znanego, historycznego bohatera, swobodnie lepiąc wokół metaforycznego kadłubka, którym będzie jego pochodzenie, zawód i dane osobowe, swoją własną opowieść. Jakie elementy fantastyczne wpleciono więc w i tak już ekscytujący żywot wielkiego podróżnika? Codzienne, bardzo bliskie obcowanie z ówczesnym władcą Mongolii – Kubilaj-Chanem, a i właściwie wywalczenie pewnej rozbieżnej z faktami pozycji na jego dworze, standardowe dla Dalekiego Wschodu sztuki walki, których nawet liźnie trochę sam Marco, wzgląd w konflikt na linii potomków Czyngisa i Chin, czy też standardowe wątki miłosne.

Nie chcę obedrzeć Waszego potencjalnego seansu z jakichkolwiek niespodzianek, więc wspomnę tylko, że odstępstw od prawdy historycznej jest wiele. Weźmy pod lupę na przykład początkowe sceny, przedstawiające z wielką dramaturgią rozstanie między ojcem a synem, niejako wbrew ich woli, zupełnie inaczej wyglądające w rzeczywistości: zafascynowany zachodem Chan chętnie przyjął młodzieńca na swoim dworze, a ten równie entuzjastycznie zareagował na propozycję bratania się z wielkim mongolskim władcą. Ciężko również wyobrazić sobie, jak doświadczony strateg i wojownik z krwi i kości, jakim był Kubilaj, dopuszcza choćby do podstawowego szkolenia w szeregach swojej armii, co prawda bardzo poważanego, ale wciąż cudzoziemskiego skrybę.

maxresdefault

Rzeczywisty Marco skupiał się na obserwacji, notując różnice między ludami zamieszkującymi ogromny teren pomiędzy Wyżyną Środkowo-Syberyjską a Górami Południowo-Chińskimi, co w serialu możemy zaobserwować zdecydowanie zbyt rzadko. Lorenzo Richelmy, wskakując w popularną konwencję człowieka renesansu, spisał się co najmniej porządnie, przedstawiając w pełnej krasie sylwetkę persony, jaka z pewnością mogłaby być uznawana za wzór mężczyzny tysiąca ostatnich lat. Ton jego głosu zsuwał podwiązki nawet najbardziej pasywnych kobiet, umięśnione ciało budziło zazdrość wśród innych samców, a kiedy trzeba było zaimponować inteligencją i bystrością – Marco Polo z pewnością to robił. Znając konsekwencję, z jaką obchodzili się scenarzyści z postacią prawdziwego podróżnika, można by przypuszczać, że nawet on nie przeszedłby obojętnie obok swojego ekranowego alter-ego.

Wracając jednak do nazwisk, jakie stanowią o sile tego tytułu, niewątpliwie najwięcej słów należy się panom Wongowi, którego zadaniem było przedstawienie nam legendarnego Kubilaja, oraz Tomowi Wu w roli Tysiąca Oczu, będącego swoistym mentorem i przewodnikiem protagonisty w brudnych realiach Mongolii. Ten pierwszy wsławia swoją renomę czystym aktorskim kunsztem, doskonale ukazując impulsywny charakter typowego monarchy, potrafiącego w czasie jednej konwersacji kogoś skomplementować, by chwilę później roztrzaskać jego czaszkę o posadzkę. Drugi z wyróżnionych artystów odpowiada głównie za to, aby oko nacieszyli również widzowie, liczący na efektowne wymiany ciosów. Ciężko się dziwić, że komuś, kto przez całe życie trenował różne sztuki walki, łącząc je z akrobatyką, wykonywanie zapierających dech w piersiach ewolucji sprawia tak niewiele problemów, ale w świecie, w którym nawet wysokobudżetowe filmy mogą sprawić, że widzowie chowają twarze w dłoniach z zażenowania, spowodowanego mało wiarygodnymi i zwyczajnie miernymi pojedynkami z wykorzystaniem wszystkich kończyn, jest to duże osiągnięcie.

Uproszczenia i bajania wspomniane wcześniej, mają oczywiście na celu uczynić ten produkt atrakcyjnym rozrywkowo – i niewątpliwie „Marco Polo” udaje się spełnić to założenie. Telewizja i kino coraz częściej sięgają po znane postacie (Abraham Lincoln, Leonardo da Vinci), przepuszczając je przez maszynę mielącą historię, która drugą stroną wypuszcza gotowy do podboju mainstreamowego świata produkt i moim zdaniem jest to umiarkowanie pozytywna tendencja. Prawdopodobnie prawdziwy Marco Polo w życiu nie przeżył wielu dni równie ekscytujących, co te należące do jego telewizyjnego odpowiednika, ale o ile nie jest się zatwardziałym i zaślepionym fanem historii, co to cytuje na pamięć teksty źródłowe z ostatnich kilku tysięcy lat, nie powinno to stworzyć żadnego problemu. Nie polecamy jednak opierać się o „Marco Polo” w swojej kartkówce z wielkich odkryć geograficznych.