Fani serialu Narcos, których od jego premiery w roku 2015 zdążyło się namnożyć, przez ostatnie miesiące zadawali sobie prawdopodobnie to samo pytanie, jakie chodziło po głowie całemu narkotykowemu światkowi w roku 1993. Jak będzie wyglądała rzeczywistość po odejściu króla? 

Zacznijmy od podkreślenia, że nie uniknę tutaj poruszenia pewnych oczywistych wydarzeń, jakie miały miejsce tak pod koniec drugiego sezonu serialu Narcos, jak i w rzeczywistości, 24 lata temu. Jest nim oczywiście śmierć Pablo Escobara, którego dosięgnęła jedna z kul w policyjnej obławie zorganizowanej w Medellín. Kolumbijski baron narkotykowy, który u szczytu swojej przestępczej kariery widniał na nieoficjalnej liście najbogatszych ludzi na świecie, osierocił jedną z największych kryminalnych maszyn w historii. I choć spragnieni spokojnego życia mieszkańcy Stanów Zjednoczonych i Ameryki Południowej chcieli wierzyć, że byli właśnie świadkami ostatecznego rozwiązania w sprawie, która sączyła krew z ich ojczyzn przez lata, rynek przypomniał o swoich podstawowych prawach. Jeśli jest na coś zapotrzebowanie, z całą pewnością pojawi się ktoś, kto je zaspokoi.

I nie były to postacie zupełnie anonimowe dla osób, które zapoznały się z poprzednimi sezonami Narcos. Twórcy mogli nawet świadomie przygotowywać widzów na to, że wkrótce zajdzie rotacja na szczycie i będzie trzeba znaleźć miejsce nie dla jednego, ale czterech tronów. Następcą kartelu z Medellín stali się obecni w biznesie od kilku dobrych lat „dżentelmeni z Cali”, reprezentowani przez braci Rodriguez oraz Pacho Herrerę. Niech nie zmyli Was jednak rozwinięte u nich poczucie stylu i dobre maniery – nowa generacja bossów narkotykowych wyciągnęła wnioski z błędów rywali, którym bardziej zależało na miejscu na nagłówkach gazet niż na dalekosiężnym zapewnieniu godnej przyszłości szeregowi pokoleń swojej rodziny. Pomostem do wątków Pablo Escobara oraz Gilberto Rodrígueza Orejuela staje się w trzecim sezonie agent Javier Peña, postanawiający kontynuować swoją krucjatę przeciwko narkotykowej ofensywie.

W sezonie trzecim przypada mu jednak rola różniąca się od tej, do jakiej Pedro Pascal przyzwyczaił nas w pierwszych sezonach Narcos. Jego bohater jest rzadziej widywany ganiając po mieście za drobnymi dilerami, teraz trenując w dużej mierze uściski dłoni i składanie podpisów na dokumentach. Dla praworządnych przedstawicieli organów ścigania tak po amerykańskiej, jak i kolumbijskiej stronie, Javier stał się swego rodzaju bohaterem i nietrudno jest zgadnąć, że rola ta średnio przypada mu do gustu. Nie znaczy to jednak, że w trzecim sezonie Narcos traci swoją uliczną bliskość z tematem handlu i produkcji narkotyków, bo w powiązanych z tym zadaniach Peña jest wyręczany przez innych śledczych. Trzeci sezon jednego z najbardziej udanych seriali platformy Netflix wprowadza co prawda kilkunastu nowych bohaterów, ale do bodaj żadnego z nich nie można mieć zastrzeżeń. Największe podejrzenia sympatycy kreacji Pablo Escobara z pierwszych dwóch sezonów mieli właśnie wobec jego sukcesorów, ale i tych chce się bardzo chętnie oglądać. Z czasem dowiadujemy się, jak grono to różni się od siebie temperamentem i charakterem, co nie przeszkadza narkotykowym donom w tworzeniu śmiercionośnej mieszanki. Kartel z Cali woli unikać rozgłosu, a ciała ich opozycjonistów zamiast wisieć na słupach telefonicznych, stają się pokarmem dla ryb. Nie znaczy to jednak, że ciał tych jest mniej niż za „kadencji” Pablo.

NARCOS

Cztery odcinki z początku trzeciego sezonu Narcos upewniają więc, że twórcy serialu dbają o cechy, które przyniosły mu taki sukces. Znajduje się więc między innymi miejsce na klimatyczne wstawki narracyjne, budujące kontekst historyczny wydarzeń i zdradzające osobiste nastawienie do nich głównego bohatera, Javiera Peñy. Jest to element, w którym w pogoni za Pablo Escobarem doskonale spisywał się Steve Murphy, grany przez Boyda Holbrooka, ale Pedro Pascal także nie przynosi wstydu swojemu partnerowi. Forma widowiska pozostała więc niezmieniona – wciąż z zapartym tchem obserwujemy sceny, przy których realizacji często podejrzewamy twórców o dorzucenie garści hollywoodzkiego blichtru, aby przy kilku minutach grzebania w sieci zorientować się, że fikcji jest tutaj naprawdę niewiele. Netflix stał się specjalistą we wprowadzaniu nas w stan osłupienia za pomocą złożoności narkotykowych operacji i z przyjemnością stwierdzam, że ich dyspozycja pod tym względem z całą pewnością nie spada poniżej poziomu, do którego platforma ta zdążyła nas przyzwyczaić.