Każdy naród potrzebuje swoich legend i mitów, uniwersalnych symboli do których można się odwołać, i które jednoczą. Jak niektórzy sugerują – tam gdzie ich brak wymyśla się własne, skrojone na miarę. Amerykanie mają swój mit Dzikiego Zachodu, ale biorąc pod uwagę ilość niepotrzebnie przelanej krwi czy krzywdy wyrządzone Indianom trudno się dziś do niego odnosić bezkrytycznie. Walka o państwowość to historia wielkiego, młodego narodu, ze swoimi symbolami takimi jak obrona Alamo czy bostońska herbatka, ale te wydarzenia nie do końca zaspokajały potrzebę własnej mitologii. Komiksy takie jak „Marvels” czy „Przyjdź Królestwo” przedstawiają herosów wymyślonych dekady temu właśnie jako nowoczesny mit – postacie w pelerynach są tam bogami porównywalnymi z herosami greckimi czy rzymskimi, tylko że powołanymi do życia właśnie na stronach literatury obrazkowej. To mit który zmieniał się i ewoluował, a powolna ewolucja medium komiksowego i koncepcji zamaskowanego obrońcy jednocześnie łączy się z bieżącym kontekstem – to także kronika historyczna.

Gwieździsty Sztandar

Amerykanie dzielą historię swoich komiksów na ery. Pierwsza klasyczna epoka jest Erą Złotą, kolejne etapy rozwoju to Ery Srebrna i Brązowa, po których nastąpiła Współczesna, ze względu na swoją ponurą specyfikę nazywana także często Mroczną. Punkty zwrotne, oddzielające kolejne epoki, to wydarzenia które zmieniły sposób przedstawiania superherosów, eksperymenty z fabułą, ale też elementy amerykańskiej historii, po których już nic nie mogło być takie samo, zmieniali się więc i bohaterowie w pelerynach.

 

Action_Comics_1[1]

Za moment narodzin komiksu superbohaterskiego uważa się wydanie w 1938 roku pierwszego numeru „Action Comics”, gdzie zadebiutował Superman. Bohater wymyślony przez Jerry’ego Siegela i Joe Schustera był czymś nowym – nietzscheański nadczłowiek odróżniał się od rzeszy pulpowych bohaterów, których przygody ukazywały się w latach trzydziestych minionego wieku. Silniejszy, szybszy i wytrzymalszy niż wszyscy dotąd nie umiał jeszcze latać, niekompletna była też jeszcze historia pochodzenia, ale złożono więcej niż podstawy pod liczącą sobie dekady sagę. Przybysz z kosmosu był w równym stopniu stylizowany na bohaterów z antycznych mitów, co na postać biblijną. Docierając na Ziemię szalupą ratunkową jako ostatni ocalały z rasy zamieszkującej planetę Krypton był nowoczesną trawestacją historii Mojżesza. W Clarku Kencie, jego cywilnym alter ego, doszukiwano się zresztą odwołań do Żydów, którzy uciekli z coraz mniej gościnnego Starego Świata, starających się wmieszać w amerykańskie społeczeństwo. Prosta postać o nieskazitelnym charakterze i kostiumie nawiązującym kolorystyką do amerykańskiej flagi okazała się wychodzić poza płaskość komiksowego bohatera – dało się ją interpretować w różny sposób, a co najważniejsze – przemawiała do wyobraźni. W kraju, który dopiero co wyszedł z Wielkiego Kryzysu, a który zaczynał dostrzegać, że za horyzontem zanosi się na wojnę, było zapotrzebowanie na właśnie taką idealistyczną i krzepiącą postać.

Rządy Supermanów

Superman okazał się być nie tylko prototypem, ale i też niemal gotowym, ewoluującym jedynie wzorem. Wydawnictwo, które zdecydowało się na wprowadzenie nowego modelu postaci, zorientowało się, że tego właśnie oczekują młodzi czytelnicy i trzeba zaproponować im kolejne, podobne propozycje. Niedługo później w 27 numerze „Detective Comics” pojawił się mroczny detektyw w kostiumie, mogącym budzić skojarzenie z Draculą czy Zorro. Za narodziny Batmana opowiadali Bob Kane i Bill Finger. Narodzili się też kolejni, znani do dziś bohaterowie ze świata DC: Flash, Green Lantern czy Wonder Woman. Wczesne warianty superherosów różniły się jednak od współczesnych jako wczesne modele, które miały dopiero zostać rozbudowane w trakcie rozwoju samego gatunki. Niektórych czekały dość drastyczne zmiany – tak jak Green Lanterna, który był tylko jednym z wcieleń herosa, zastąpionym potem innym, na nowo wzniecającym popularność tytułu.

 

MarvelComics1[1]
Konkurencja nie była dłużna – Timely Comics, które wyewoluowało później w wydawnictwo Marvel, miało dla czytelników swoje propozycje. Najpierw narodził się Human Torch – nie były to jednak pierwsze przygody znanego obecnie pod tym mianem Johnny’ego Storma z Fantastycznej Czwórki. Pierwsza Ludzka Pochodnia była androidem, mogącym kontrolować otaczające go płomienie. Namor the Sub-Mariner był synem człowieka i kobiety z rasy Atlantów – jako mieszaniec czasem stawał po stronie ludzi, a innym razem był adwersarzem któregoś z bohaterów jednoznacznie pozytywnych. Dużo bardziej jednoznacznym bohaterem był Kapitan Ameryka, wykreowany przez Joe Simona i późniejszą żywą legendę branży Jacka Kirby’ego. Superżołnierz pojawił się na kartach komiksu w roku 1941, od razu na okładce tłukąc w pysk Adolfa Hitlera.
Nową nisza rynku próbowali zawładnąć oczywiście nie tylko redaktorzy z DC i Timely. Do wyścigu o portfele nastolatków stanęło także między innymi Fawcett Comics, z sukcesem proponując zapomnianego już dziś Kapitana Marvela, którego przygody w latach 40-tych należały do sprzedażowej czołówki, przeganiając konkurencję. Głównym bohaterem serii był młody chłopak, mogący zmieniać się w barczystego nadczłowieka o granitowej szczęce, a także umiejętnościach i stroju przypominającym Supermana. Analogie były na tyle duże, że sprawa zakończyła się pozwem ze strony DC. O ironio – prawa do bohatera trafiły po latach właśnie w ręce DC, było to jednak w czasie gdy Marvel zdecydował się na wydawanie przygód własnego, nazywającego się tak samo Kapitana. Losy tej postaci były dość zawiłe, łącznie z wieloletnim zniknięciem z rynku i powrotem jako Shazam.

Dziecko swojej epoki

Moment pojawienia się superbohaterów nie był bez znaczenia. Stany Zjednoczone wychodziły już z okresu wielkiego kryzysu, w trakcie którego popularna była eskapistyczna fantastyka, pokroju Bucka Rogersa czy Flasha Gordona. W dalszym ciągu potrzebne było jednak pokrzepienie i idealistyczne wzorce. Nieskazitelni herosi w pelerynach, którzy pomagali zwykłym ludziom, najwyraźniej trafili w to zapotrzebowanie. Zwłaszcza w momencie zagrożenia nową wojną potrzebne były symbole dobra rozumianego na sposób amerykański – bez wad, bez wątpliwości, bez odstępstw od obowiązującej wykładni politycznej. Zaangażowanie się USA w II wojnę światową wplątało bohaterów dodatkowo w propagandę, przynosili oni też chwilę rozrywki i oderwania od okopowej rzeczywistości żołnierzom z frontu. Po zakończeniu starcia Aliantów z Osią blask superbohaterów zaczął przygasać, bo publiczność zaczęła powoli tracić zainteresowanie jegomościami w pelerynach. W mroku i chłodzie zimnej wojny amerykański komiks powoli zaczął skręcać w stronę lęku przed techniką militarną i energią atomową. W historyjkach dla młodzieży wypływać zaczęły także tłumione koszmary – pojawiało się coraz więcej komiksów pełnych grozy i groteskowej przemocy. Doszło do nagonki na komiks, jako źródło całego zła – przypisywano mu demoralizację, deprawację nieletnich i pewnie także za szarańczę i ostre gradobicia. Zainteresowanie polityków kontrowersyjnymi komiksami, a także wydanie książki „Seduction of the Innocent”, próbującej ‚obnażyć’ źródła patologii, których korzenie tkwiły właśnie w historyjkach obrazkowych, doprowadziły do stworzenia Comics Code Authority. Komiksowy odpowiednik filmowego kodeksu Hayesa definiował ramy autocenzury dla autorów. Uwzględnienie wytycznych zapewniało umieszczenie stosownego certyfikatu na okładce i brak oporu sprzedawców przy puszczeniu pozycji do masowej dystrybucji. Giganci rynku ugięli się pod presją. Po Złotej Erze rozpoczęła się Srebrna.

Główna miniatura – Peter Whiddon