Podsumowania 2015 roku kończę rankingiem filmowym. Sporo filmów, które otrzymają statuetki Złotych Globów i Oscarów wciąż czeka na polską premierę, dlatego skupiłem się jedynie na tych tytułach, które zadebiutowały w polskich kinach od 1 stycznia mijającego roku. Dodatkowo pozwoliłem sobie na mały, poza rankingowy special.

Special – Kung Fury

„Kung Fury” stał się światowym fenomenem w maju tego roku. O produkcji zrobiło się głośno po raz pierwszy podczas zbiórki pieniędzy na Kickstarterze. Na długo słuch o filmie zaginął, aż nagle David Sandberg rozpoczął kampanie marketingową, z dedykowaną produkcji piosenką w wykonaniu Davida Hasselhoffa. To było coś, a pierwszy zwiastun jedynie podgrzał gorącą już i tak atmosferę oczekiwania. I w końcu nadszedł upragniony 22 maja i świat oszalał na punkcie tytułowego bohatera, walczącego ramię w ramię z nordyckimi bogami i dinozaurami z nazistowską armią i Hitlerem. Produkcja stylizowana na lata 80. XX wieku obejrzało do tej pory ponad 23 mln widzów, oraz doczekała się polskiej wersji z Tomaszem Knapikiem w roli lektora. Ciężko zapomnieć o tego typu produkcji, a jako, że jest to film krótkometrażowy, dodatkowo będący parodią kina, pastiszem i groteską zarazem, zdecydowałem przyznać specjalne miejsce w zestawieniu  i tym samym zachęcić do obejrzenia.

Kung Fury

15. Kingsman: Tajne służby 

Matthew Vaughn po sparodiowaniu filmów o superbohaterach (Kick-Ass) wziął się za kryminały z Jamesem Bondem na czele. „Kingsman: Tajne służby” to najlepsza rzecz jaka przytrafiła się kinu rozrywkowemu od czasów „Strażników Galaktyki”. Wiele niezapomnianych scen akcji ze slow motion kwestionujących prawa fizyki, genialny duet Colina Firtha w roli mentora i Tarona Egertona jako ucznia (chłopak ma ogromny talent) i świetna robota reżyserka. Po „Kingsman: Tajne służby” kolejne przygody agenta 007 nie są już w kinie niezbędne.

Kingsman

14. Steve Jobs 

Aaron Sorkin to bez dwóch zdań geniusz. Najpierw na dużym ekranie sportretował Marka Zuckerberga, a teraz wziął się za założyciela Apple. I po raz kolejny wyszło mu bardzo dobrze, choć w przeciwieństwie do „The Social Network”, „Steve Jobs” nie będzie mógł liczyć na aż tyle nagród i nominacji. Sorkin zaskakuje nie tylko kreacją bohaterów, burząc mit geniusza i pokazując człowieka z krwi i kości, który miał poważne problemy społeczne, rodzinne oraz emocjonalne. Twórcy pokazują nam to w trzech kluczowych momentach życia Jobsa, czyli przed trzema wielkimi konferencjami, które według założyciela Apple miały stać się przełomowe dla świata. Jest tu sporo przerysowania, bo w rzeczywistości Jobs nie musiał zmagać się z tyloma problemami na raz, ale takim zabiegiem twórcy idealnie pokazali charakter genialnego marketingowca, którym niewątpliwie był. Całość nie byłaby tak udana gdyby nie doskonała rola Michaela Fassbendera. Szkoda, że ostatecznie filmu nie wyreżyserował David Fincher, bo wtedy pisałbym najprawdopodobniej o filmie genialnym, a nie „jedynie” bardzo dobrym.

MICHAEL FASSBENDER portrays the pioneering founder of Apple in ?Steve Jobs?, directed by Academy Award? winner Danny Boyle and written by Academy Award? winner Aaron Sorkin. Set backstage in the minutes before three iconic product launches spanning Jobs? career?beginning with the Macintosh in 1984, and ending with the unveiling of the iMac in 1998?the film takes us behind the scenes of the digital revolution to paint an intimate portrait of the brilliant man at its epicenter.

13. Ant-Man 

Ostatnie filmy Marvela to albo grupowe produkcje ze wszystkimi superbohaterami, albo kolejne mniej lub bardziej udane sequele przygód czołowych postaci z Iron Manem, Thorem i Kapitanem Ameryką na czele. Dlatego „Ant-Man” stanowi prawdziwy powiew świeżości w kinowym uniwersum. Pierwsze poważne ryzyko jakie studio podjęło, to zatrudnienie na stołku reżyserskim Peytona Reeda, twórcy seriali i komedii. Był to strzał w dziesiątkę, bo „Ant-Man” to nie tylko bardzo udany „heist movie” w stylu „Ocean’s Eleven”, ale także zabawna komedia, będąca nie do końca origin story, jak ma to miejsce w przypadku każdego innego superbohatera. Po drugie, kto mógł przypuszczać, że Paul Rudd tak dobrze wpasuje się w taki klimat? Aktor może i nie musiał wspinać się na wyżyny swojego talentu, ale jego luz idealnie pasuje do atmosfery produkcji. Szkoda, że nie wyszło tak dobrze z głównym przeciwnikiem, granym przez Coreya Stolla, który jest po prostu nijaki. Mimo wszystko kolejny przyszły Avenger zaliczył bardzo dobry start i pozostaje jedynie zastanawiać się, jak reszta ekipy przyjmie „Człowieka-Mrówkę”.

Ant Man

12. Everest 

„Everest” to prosty przepis na sukces. Historia o grupie himalaistów, którzy w latach 90. weszli na szczyt tej góry, lecz sporej części już nigdy nie udało się zejść, mogła przynieść Baltasara Kormákurowi wiele nagród. Islandczyk nie poszedł na łatwiznę, starając się za wszelką cenę zachować obiektywizm opowiadanych wydarzeń. Zapomnijcie o patosie, epatowaniem tragedią czy dramatem jakie rodziny przeżywały w swoich domach. „Everest” opowiada całą historię na chłodno, starając się nie sugerować niczyjej winy, trzymając się na dystans z ocenami i nie próbując mitologizować wyczynu tych ludzi. Można zarzucić filmowi, że przez większość czasu utrzymuje ten sam ton, by dopiero pod koniec zemocjonować widzów, ale dzięki temu „Everest” po prostu bardzo dobrze się ogląda. Na pewno nie jest to film katastroficzny, choć nie raz mamy ukazane zarówno piękno jak i grozę ośmiotysięcznika. Tym samym potęguje to realizm całej historii, dosyć wiernie odtwarzając wydarzenia sprzed ponad 20 lat.

Everest

11. Foxcatcher 

Jeden z tegorocznych oscarowych faworytów nie mógł nie znaleźć się w tym rankingu. „Foxcatcher” ciężko nazwać filmem biograficznym, bo zwyczajnie przekłamuje najróżniejsze fakty z życia ekscentrycznego właściciela ogromnej posiadłości i tytułowego ośrodka sportowego, ale również w świetny sposób zobrazowuje problemy psychicznie niezrównoważonego miliardera. Nie byłoby to możliwe gdyby nie świetnie ucharakteryzowany Steve Carell w połączeniu z nieco zbyt oszczędną, ale i tak świetną rolą Johna du Ponta. Również Channing Tatum i Mark Ruffalo stanęli na wysokości zadania. „Foxcatcher” ma ciężką, mroczną atmosferę, gdzie tragedia od samego początku wisi w powietrzu.

FOXCATCHER

10. Kryptonim U.N.C.L.E.

James Bond jest ostatnio naprawdę w fatalnej formie, skoro w tym roku pojawiły się dwie lepsze produkcje od przygód agenta 007. Oprócz „Kingsmana”, na wyróżnienie zasługuje także „Kryptonim U.N.C.L.E.”, poważniejsza, choć stylizowana na lata 60. poprzedniego wieku produkcja, łącząca wszystkie najlepsze cechy gatunku szpiegowskiego. Także i tutaj mamy kilka świetnych, pamiętnych scen, które co prawda nie polegają na komedii czy efekciarstwie, ale rzeczywiście odwołują się swoją formą do złotych lat kina sensacyjnego. Do tego mamy genialną Alicię Vikander, oraz nieco stonowanego, ale doskonale pasującego do swojej roli Armie Hammera. Henry Cavill, znany z roli Supermana, dodaje sporo humoru, choć wydaje się zbyt przerysowany.

Kryptonim U.N.C.L.E.

9. Whiplash 

Terence Fletcher wciąż śni się niektórym po nocach. Rola życia J.K. Simmonsa, która przyniosła mu Oscara, oprócz świetnej muzyki, „robi” ten film. „Whiplash” w sposób bezceremonialny pokazuje nam środowisko muzyków i sugeruje, że trzeba naprawdę stracić rozum, aby pakować się do tej paszczy lwa. Ale film jest nie tylko obrazem tej konkretnej grupy zawodowej, ale również koncentruje się na odwiecznej walce przeciętności z wybitnością. Po filmie płyną dosyć smutne wnioski, mianowicie, że potrzeba wiele bólu, cierpienia i walk z własnymi słabościami, w dodatku (a raczej: przede wszystkim) mając u boku genialnego nauczyciela, aby wspiąć się na szczyt. Do tego mamy jakże genialny końcowy pojedynek między Fletcherem a jego uczniem Neimannem.

Whiplash

8. Avengers: Czas Ultrona 

Joss Whedon czuje o co chodzi w zbiorczych filmach o superbohaterach. „Avengers: Czas Ultrona” to typowa kontynuacja poprzedniej megaprodukcji, gdzie jest więcej, mocniej, lepiej… chociaż z tym ostatnim w porównaniu do poprzedniej części różnie wychodzi. Film podobał mi się bardziej niż pierwsi „Avengersi”, ale nie mogłem nie zauważyć, że fabuła po raz kolejny angażuje śladowe ilości mózgu, a najlepiej tego jakże cennego organu podczas seansu w ogóle nie używać, bo nagle okaże się, że „Avengers: Czas Ultrona” aż tak dobrzy nie są. To po prostu bardzo dobrze zrealizowany blockbuster, ale tylko blockbuster, który nie próbuje iść drogą nolanowskich „Batmanów” i zaoferować coś więcej. W filmie widać pierwsze disneyowskie naleciałości, które np. dotknęły głównego antagonistę. Ultron swoim charakterem przypomina różnych antybohaterów z filmów animowanych Disneya, co może się podobać, ale aż tak „ludzki” charakter jednak nie do końca pasuje do tej roli. Z drugiej strony dostajemy trzy świetne postacie z Visionem na czele. W „Avengers: Czas Ultrona” znalazło się więcej miejsca na wątki obyczajowe – i mimo że kolejna miłość Natashy Romanoff zwyczajnie nudzi, to twist fabularny związany z Clintem Bartonem (Jeremy Renner) jest przyjemną odskocznią od ciągłej walki z Ultronem.

Avengers Czas Ultrona

7. Marsjanin 

„Marsjanin” to wielki powrót Ridleya Scotta do czołówki. Reżyser nie miał przez ostatnie lata dobrej passy i przed seansem filmu, znając już wtedy oryginalny materiał, byłem pełen obaw co do jakości produkcji. Na szczęście film z Mattem Damonem w roli głównej jest dokładnie taki, jaki powinien być i dobrze ukazuje historię samotnego naukowca przebywającego przez kilka lat na czerwonej planecie – jesti lekki, z humorem, dla całej rodziny, a przy tym spójny w swojej pociętej historii. Bo jak tu nie lubić „naszego człowieka w Hollywood”, który po raz kolejny musi zostać uratowany przez rząd Stanów Zjednoczonych? Damona jak najszybciej powinno wpisać się na listę UNESCO, aby po raz kolejny nie wpadł w tarapaty. „Marsjanin” jest filmem efektownym, klimatycznym (scena otwarcia), z doskonałymi zdjęciami i świetną muzyką, który powinien zgarnąć kilka oscarowych statuetek.

Marsjanin

6. Birdman 

Ostatnio miałem okazję odświeżyć sobie film Iñárritu i zrobił na mnie lepsze wrażenie niż za pierwszym razem. Historia upadłego gwiazdora, który po roli superbohatera próbuje zachwycić świat czymś ambitniejszym, jest świetną przestrogą dla wszystkich młodych aktorów, którym czy to Marvel czy WB Bros. na spółkę z DC Comics próbują sprzedać kontrakt wart miliony, aby wystąpili w głównej roli w najnowszym filmie. Film jest o tyle brutalniejszy w swoim przesłaniu, że zawiera wątki biograficzne. Trudno nie doszukać się tu wątków z życia Michaela Keatona (świetna tytułowa rola), który znikł z ekranów na wiele lat po odwieszeniu peleryny na kołek. Tym bardziej ogromne wrażenie robi otwarte zakończenie. Do tego doskonałe zdjęcia Emmanuela Lubezkiego i montaż (film ogląda się jakby był nakręcony jednym ujęciem). Birdman nie był oscarowym faworytem ale i tak wygrał, a dzięki temu świat dowiedział się o niezwykłym Iñárritu.

Birdman

5. Sicario 

Denis Villeneuve to gość, który dał nam „Pogorzelisko”, „Wroga” i „Labirynt”. W tym roku wydał na świat „Sicario”, który bez wątpienia jest najlepszym filmem w dorobku reżysera. Historia na pozór wydaje się dosyć prosta. Agentka FBI zostaje zwerbowana do grupy, która ma za zadanie rozbicie meksykańskiego kartelu. Nikt nie chce wyjawić Kate Macer czemu to akurat ona znalazła się w tej grupie, ani jakie ma zadanie, a jej przełożony wciąż maksymalnie dawkuje wszelkie informacje. Mroczna, brutalna i rzeczywiście mocna produkcja w bezpardonowy sposób ukazuje walkę amerykańskich służb z meksykańskimi przestępcami. Wielka w tym zasługa doskonałych kreacji Emily Blunt, Josha Brolina i przede wszystkim Benicio Del Toro. Film zakończony jest genialnym twistem fabularnym, który otwiera drzwi dla twórców do produkcji kolejnej części. „Sicario” pokazuje ostry, męski świat, w którym młoda agentka musi się szybko odnaleźć. Genialne kino pełne pięknych zdjęć Rogera Deakinsa.

Sicario

4. W głowie się nie mieści 

Na pewno słyszeliście o „W głowie się nie mieści”, bo film zrobił niemałą furorę nie tylko wśród najmłodszej widowni, ale również wśród dorosłych, którzy docenili podejście twórców do ukazania skomplikowanych mechanizmów zachodzących w naszej głowie. „W głowie się nie mieści” to jeden z najlepszych filmów Pixara, do tego jeden z najważniejszych w dorobku studia. Psychologia potrafi być dosyć nudna, jeżeli mówimy o czystej teorii, ale Pete Docterowi („Odlot”) idealnie udało się wyważyć wątki i choć jest kilka mniej udanych momentów, to film ogląda się niemal z zapartym tchem. Tak jak w poprzedniej produkcji Doctera i tu znalazło się sporo nostalgii i łzawych scen, choć tym razem reżyser nico ogranicza emocje. Do tego świetne postacie zapadają w pamięć – każda odpowiada za inny nastrój Riley, młodej bohaterki tej opowieści.

W głowie się nie mieści

3. Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy 

Ranking nie byłby konkretny, gdyby nie najnowsze „Gwiezdne Wojny”. J.J. Abramsowi udało się przenieść klasyczną trylogię w XXI wiek, co nie udało się nawet twórcy uniwersum. „Przebudzenie mocy” w niczym nie przypomina kiczowatych, pełnych efektów specjalnych, nieciekawych postaci i braku fabuły prequelowej trylogii. Siódma część sagi z ogromnym szacunkiem odnosi się do najstarszych części, będąc dla nich hołdem. I można kręcić nosem, że dostaliśmy remake „Nowej Nadziei”, ale w nic tym złego, bo film ma doskonałych nowych bohaterów i świetny czarny charakter na pierwszym planie, chociaż posiada też trochę słabsze postacie drugoplanowe. Do tego mamy powrót Hana Solo, Chewbaccki, Lei i Luke’a Skywalkera. „Gwiezdne wojny: Przebudzenie mocy” spełnia pokładane nadzieje, będąc tym samym dla najmłodszego pokolenia, czym „Gwiezdne Wojny” były dla nas od dawna.

Star Wars: The Force Awakens Ph: Film Frame © 2014 Lucasfilm Ltd. & TM. All Right Reserved..

2. Straight Outta Compton

Gdyby nie zorganizowana akcja na Facebooku, tego filmu nigdy nie zobaczylibyśmy w polskich kinach. Byłoby szkoda, bo to jedna z najlepszych tegorocznych propozycji, która dzięki swojemu biograficznemu charakterowi może spodobać się nawet osobom nie zaznajomionym w rapie i kulturze hip-hopu. Legendarna już grupa N.W.A. przetarła szlaki dla kolejnych raperów, co w latach 80. nie było łatwe. Policja nieprzychylnie patrzyła na kolejnych tego typu twórców, uważając ich nie za artystów, a za zwykłych bandziorów, namawiających młodych ludzi do wkraczania na drogę przestępczości. Nie myślcie jednak, że w „Straight Outta Compton” zobaczycie krwawą wojnę gangów, ekscytujące strzelaniny czy szybkie pościgi. To film o muzykach, dzięki którym rap stał się światowym fenomenem, a nie historia o grupie gangsterów. Co prawda jeden z członków grupy umiera pod koniec filmu (co nie jest wielkim spoilerem, bo wystarczy trochę poczytać o tej grupie na Wikipedii), ale nie w wyniku rany postrzałowej, a przez śmiertelną chorobę. Takich prozaicznych elementów jest w filmie całe mnóstwo, bo choć członkowie N.W.A. w teledyskach czy na koncertach kreowali siebie na przestępców, w rzeczywistości byli jedynie artystami ze zwykłymi problemami i rodzinnymi sprawami. Ogromną zaletą „Straight Outta Compton” jest muzyka. Przypomnimy sobie nie tylko klasyczne kawałki grupy, ale także poznamy utwory z nowej płyty Dr.Dre, stworzonej specjalnie na potrzeby filmu.

Straight Outta Compton

1. Mad Max: Na drodze gniewu 

George Miller po latach wskrzesza jednego z najbardziej ikonicznych bohaterów kina. „Mad Max: Na drodze gniewu” to zdecydowanie jeden z najlepszych filmów 2015 roku i mocny kandydat do Oscara. Oczywiście w tym roku wyszło kilka innych znakomitych tytułów, ale te w polskich kinach pojawią się dopiero w najbliższych miesiącach. Nie umniejsza to jednak w niczym nowemu „Mad Maxowi”. Dwugodzinny rollercoaster w najlepszym wydaniu i niezwykłe przeżycia rozrywkowe czynią z filmu wybuchową mieszankę pełną eksplozji, ciekawych postaci, doskonałych praktycznych efektów specjalnych i ikonicznego już gościa grającego na gitarze elektrycznej podczas pościgu. „Mad Max: Na drodze gniewu” nie próbuje oszukiwać widza i dostajemy jedynie to, co twórcy obiecywali w wywiadach czy w zwiastunach. Nie uświadczymy tu praktycznie żadnej fabuły, jedynie ciąg przyczynowo skutkowy, którego zadaniem jest napędzanie dalszej akcji. I można się czepiać, że pierwsze skrzypce gra Furiosa (doskonała Charlize Theron), a nie zepchnięty na drugi plan Max (Tom Hardy), lecz wiele osób twierdzi, że wyszło to właśnie fabule na dobre. Na kinowym ekranie „Mad Max: Na drodze gniewu” zyskuje bardzo dużo, ale nawet oglądając film w domu będziecie się bawić jak nigdy przedtem.

Mad Max Na drodze gniewu