Skoro mamy końcówkę roku, to czas na podsumowania. Zaczynamy od seriali, a konkretniej od nowych produkcji, których premierowe sezony zadebiutowały w 2015 roku. Poniżej znajdziecie dziesięć najlepszych moim zdaniem tytułów. Aż cztery pozycje to seriale Netflixu, co udowadnia, że internetowa telewizja jeszcze nigdy wcześniej nie miała tak mocnej pozycji. Czy oznacza to to zmianę warty, zaś HBO będzie musiało zadowolić się drugim miejscem?

10. Jessica Jones

Miał być serial tak dobry jak „Daredevil”, wyszedł o klasę gorszy. Nadal to Netflix, więc wysoka jakość została zachowana. „Jessica Jones” przeciera szlak dla kolejnych kobiecych superbohaterek Marvela. Już wcześniej dostaliśmy co prawda „Agentkę Carter”, ale ta nie posiada żadnych supermocy. Dlatego też trzeba docenić trud, jaki wzięła na siebie internetowa telewizja. Jessica grana przez Krysten Ritter to postać z krwi i kości, z własnymi problemami, która nie afiszuje się ze swoimi nadprzyrodzonymi zdolnościami. Niewielu jest tak charyzmatycznych postaci w uniwersum Marvela. Drugie skrzypce gra wyśmienita kreacja Davida Tennanta jako Killgrave’a. Jest to zupełnie inny przeciwnik niż ci, których oglądaliśmy do tej pory w serialach czy filmach Marvela. Posiada ogromną moc kontroli umysłów, której nikt nie potrafi się przeciwstawić, ale gdy ta zawodzi, jest bezbronnym, pełnym obaw człowiekiem. Serial ma poważne wady, są niepotrzebne dłużyzny (mniejsza ilość odcinków zintensyfikowałaby tempo akcji) czy początkowe zbyt duże skupienie na postaci Luke’a Cage’a, który przecież będzie miał własny serial w przyszłym roku. „Jessica Jones” pomimo swojej wtórności, to bardzo ciekawy thriller psychologiczny i kolejne dobre rozszerzenie uniwersum Marvela.

jessica jones

9. Pot i łzy

Miała być produkcja równie dobra co „Czarny łabędź”, ale każda próba kopiowania filmu Darrena Aronofsky’ego skończyłaby się fiaskiem. Dlatego dobrze, że jedyne co „Pot i łzy” kopiuje od filmu, to świetne sceny treningów przyszłych baletmistrzów, czy końcowego występu, który zajmuje zaskakująco sporo czasu ostatniego odcinka sezonu. Serial opowiada o losach Claire, dziewczyny uczęszczającej do szkoły baletowej prowadzonej przez wymagającego i socjopatycznego Paula Graysona. W brutalnym świecie baletu, młoda i z pozoru niewinna dziewczyna będzie musiała znaleźć swoje miejsce, a także sprostać wygórowanym oczekiwaniom, gdyż cały baletowy świat widzi w Claire następczynie słynnej diwy – Kiiry. Wkrótce na jaw wychodzą najmroczniejsze tajemnice nie tylko dziewczyny, ale także jej brata Bryana czy koleżanki Daphne, która jako jedyna okazuje jej empatię. „Pot i łzy” broni się trudną tematyką i świetnymi zwrotami akcji, ale każdy kto oczekuje mrocznego i angażującego thrillera będzie zawiedziony. Większość akcji serialu rozgrywa się w salach, korytarzach czy pomieszczeniach biurowych. Warto jednak skusić się, aby tak jak w „Whiplash”, odkryć na czym polega rywalizacja w świecie sztuki wyższej.

pot i łzy

8. Scream Queens

Ryan Murphy znany z „Glee” i „American Horror Story” powraca z nowym serialem, będącym pastiszem horroru i głupkowatej komedii. Twórcy odhaczają kolejne typowe wątki dla gatunku kina grozy, dlatego też nikogo nie powinno dziwić, że akcja serialu rozgrywa się w koledżu, a zabójcą jest maskotka drużyny futbolowej. Czerwony diabeł mści się na członkach siostrzanego bractwa Kappa Kappa Tau, na czele którego stoi cyniczna, złośliwa i obrzydliwie bogata Channel Oberlin (genialna Emma Roberts) z armią swoich minionków, które nazywa tak samo jak siebie, dodając im kolejne numeru. Dotychczasowy porządek chcą zburzyć Grace Gardner, idąca w ślady matki, która przed laty była w bractwie, oraz Zayday Williams. „Scream Queens” ma specyficzny, „landrynkowy” klimat, który nie przypadnie do gustu każdemu. Na każdym kroku trzeba pamiętać, że to parodia różnych gatunków, co nie oznacza, że należy twórcom wybaczać różne wpadki. Tych nie ma zbyt wiele, choć postać Grace została słabo napisana i bardziej irytuje, niż stanowi głos rozsądku, z którym chcemy się utożsamiać. Całe show i tak kradnie Chad Radwell, chłopak Channel, genialnie zagrany przez Glena Powella. Jeszcze nigdy nie widziałem tak świetnej postaci, balansującej na granicy groteski i powagi. I choć aktor szarżuje jak tylko potrafi, w konwencji tego serialu niezwykle to pasuje. Nie można też nie wspomnieć o równie dobrej roli Jamie Lee Curtis, wcielającej się w dziekan Cathy Musnh. Nominacja do Zlotych Globów jak najbardziej zasłużona. „Scream Queens” nie stanowi nowej jakości w serialowym poletku, ale drugiej tak dobrej, zabawnej, a i miejscami dobrze wywiązującej się z horrorowego obowiązku serialu ze świecą szukać.

scream-queens

7. Fear the Walking Dead

Po piątym sezonie „The Walking Dead” można było mieć obawy, czy spin-off do kultowego już serialu ma jakikolwiek sens. Robert Kirkman, autor komiksów i producent serialu, zapowiedział przed laty, że nigdy nie wyjawi od czego zaczęła się apokalipsa zombie. „Fear the Walking Dead” wypełnia lukę stworzoną przez właściwy serial i jest prequelem do dalszych losów świata znanych z „The Walking Dead”. Serial przedstawia kameralną i obyczajową historię jednej z rodzin, która znajduje się w samym sercu wydarzeń. Jeszcze zanim zombie zaleją świat, czwórka bohaterów boryka się z własnymi problemi. „Fear the Walking Dead” ma zupełnie inną atmosferę niż pierwotna seria. Nie każdemu ona przypadnie do gustu, bo cała historia obraca się wokół każdego członka rodziny, ale postacie zostały świetnie napisane i z wielką ochotą ogląda się ich relacje. Szczególnie imponuje Kim Dickens jako Madison Clark. Aktorka znana z roli policjantki z „Zaginionej dziewczyny” udowadnia, że ma całe pokłady niewykorzystanego jeszcze talentu. Z drugiej strony mamy Alycię Debnam-Carey w roli córki oraz doskonałego Franka Dillane’a wcielającego się w Nicka Clarka, syna Madison i Travisa (Cliff Curtis) mającego problemy z uzależnieniem od narkotyków. Sami możecie sobie wyobrazić, że odwyk i zombie to mieszanka iście wybuchowa, a serial właśnie takimi – wydawałoby się zwykłymi – wątkami w nie tak już zwykłym świecie, broni się najlepiej. Dla fanów „The Walking Dead” nie jest to pozycja obowiązkowa, ale jeżeli lubicie obyczajowe kino z nutką grozy, nie możecie przejść obok „Fear the Walking Dead” obojętnie.

fear the walking dead

6. Kto się odważy

W tym zestawieniu zebrało się wiele poważnych produkcji, ale zdecydowanie najcięższą z nich jest „Kto się odważy”. Serial opowiada prawdziwą historię Nicka Wasiscko (Oscar Isaac), najmłodszego burmistrza w historii USA, który objął swój urząd w latach 80. XX wieku w Yonkers w stanie Nowy Jork. Pech chciał, że został burmistrzem akurat wtedy, kiedy sąd najwyższy nakazał zbudowanie tanich mieszkań komunalnych dla czarnoskórych obywateli w bogatych dzielnicach miasta. Nowy burmistrz swoją kampanię oparł na sprzeciwie przeciw wyrokowi sądu najwyższego, ale gdy objął urząd, musiał działać racjonalnie i rozpoczął przygotowania do budowy nowych domów. Ludziom ta decyzja się nie spodobała i całą winą został obarczony Wasiscko. Serial w doskonały sposób przedstawia strukturę amerykańskiego społeczeństwa pod koniec poprzedniego wieku. „Kto się odważy” to jedna z tych produkcji, które udowadniają nam, że nie ma złych i dobrych, bo każda decyzja ma swoje poważne konsekwencje. HBO udało się zrobić doskonały, trzymający w napięciu dramat, gdzie widz może opowiedzieć się po którejś ze stron lub pozostać biernym obserwatorem. Ogromnym atutem serialu jest Oscar Isaac w głównej roli, który jako najmłodszy burmistrz w historii daje z siebie wszystko. Na drugim planie mamy chociażby Jona Bernthala, Alfreda Molinę oraz Winonę Ryder. Pozycja obowiązkowa dla fanów dramatów polityczno-obyczajowych.

Kto się odważy

5. Agentka Carter

Kto by przypuszczał, że trzecioplanowa postać Marvela doczeka się własnego serialu. Ukochana Kapitana Ameryki dostała własny odcinek krótkometrażowy z serii „Marvel One-Shot”, który tak spodobał się władzom studia, że zdecydowali się podarować bohaterce jej własny ośmioodcinkowy serial. Okazało się to strzałem w dziesiątkę, bo „Agentka Carter” to serial bardzo dobry, pozbawiony gorszych odcinków, dzięki czemu nie mamy tu do czynienia z niepotrzebnymi wątkami czy przeciąganiem akcji jak ma to miejsce w „Jessice Jones”. Akcja serialu rozgrywa się w powojennym świecie, gdzie superbohater Ameryki zaginął, jakby się wydawało, na wieki. Pomimo ram czasowych, serial ma dużo więcej wspólnego z kinowym uniwersum Marvela niż propozycje od Netflixa. W produkcji jesteśmy świadkami jak tworzy się Agencja T.A.R.C.Z.A., oraz poznajemy kulisy rosyjskich eksperymentów, które przeszła Natasha Romanoff, czyli Czarna Wdowa. Świetną rolę zaliczyła Hayley Atwell, doskonale czująca się w roli agentki, walczącej nie tylko ze złem i niesłusznymi oskarżeniami Howarda Starka, ale także aktywnie walcząca o swoje prawa w świecie zdominowanym przez mężczyzn. I za to należy się dodatkowy punkt „Agentce Carter”, że nie próbuje jedynie dostarczyć rozrywki rozszerzającej uniwersum, ale także w świetny sposób portretuje stosunek mężczyzn do kobiet w drugiej połowie XX wieku. Marvel słabo rozpoczął w serialowym poletku, ale ich kolejne produkcje są coraz lepsze, a „Agentka Carter” jest tego żywym dowodem. A już na początku przyszłego roku dostaniemy drugi sezon, tym razem z dziesięcioma odcinkami.

Agentka Carter

4. Imperium

Nie mogło zabraknąć jednej z najgłośniejszych i najpopularniejszych premier tego roku. Serial bije w amerykańskiej telewizji rekordy popularności, choć nominacja do Złotych Globów wydaje się jedynie ukłonem w stronę afroamerykańskiej społeczności. Odłóżmy jednak politykę na bok i skupmy się na tym co najważniejsze, bo „Imperium” zaprasza nas przede wszystkim w świat doskonałej muzyki. I właśnie na polu wrażeń muzyczno-dźwiękowych produkcja ta bije konkurencję na głowę. Ale nie mogło być inaczej, skoro za wszystkie kawałki nagrane na potrzeby serialu odpowiada sam Timbaland. W „Imperium” posłuchamy zatem najróżniejszych utworów z rapu, r’n’b, romantycznych ballad czy młodzieżowego popu. We wszystkich utworach czuć ducha producenta, więc jeżeli ktoś lubi jego twórczość, „Imperium” będzie spełnieniem marzeń. Niestety gorzej spisali się scenarzyści, nie potrafiący stworzyć ciekawych postaci – i chociaż Terrence Howard, Taraji P. Henson i Bryshere Y. Gray dają z siebie wszystko, to scenariusz nie pozwala aktorom na nadmierny rozwój swoich bohaterów. Także poszczególne wątki nie należą do najbardziej absorbujących uwagę widza, który raczej z niecierpliwością czeka na kolejny wpadający w ucho kawałek Timbalanda. Ogromną zaletą „Imperium” jest lekkość serialu, bo pomimo że jest to dramat, to ogląda się go jednym tchem, otrzymując dodatkowo ogromne pokłady rozrywki.

Imperium

3. Bloodline

Netflix nie produkuje samych hitów z wielomilionową widownią. W swojej ofercie ma też mniej popularne seriale, co nie oznacza, że gorsze. Najlepszym tego przykładem jest „Bloodline”, jeden z lepszych seriali internetowej telewizji, którego prawie nikt nie widział. Danny (brawurowo zagrany przez Bena Mendelsohna) po wielu latach wraca w rodzinne strony. Nikt jednak nie cieszy się z jego powrotu, wiedząc, że najstarszy syn Rayburnów sprowadza jedynie nieszczęście. Pomimo tego Danny chce rozpocząć życie od nowa i pozostawić przeszłość za sobą. Ta jednak co i rusz powraca, nie dając o sobie zapomnieć. Z najstarszym bratem zmierzyć się będą musieli John, Meg, Kevi, matka trójki rodzeństwa Sally oraz głowa rodziny Robert. Siłą „Bloodline” jest doskonale napisany scenariusz łączący typowy rodzinny dramat z psychologicznym thrillerem. Trzyma w napięciu od początku do końca, dosyć długo skrywając główną tajemnice przeszłości rodzinny Rayburnów, po ujawnieniu której rozpocznie się prawdziwa lawina różnych zdarzeń. Serial praktycznie pozbawiony jest akcji, ale osoby lubujące się w psychologicznych dysputach znajdą tu coś dla siebie. Nie byłoby to możliwe, gdyby nie doskonale napisane i odegrane postacie. Każdy członek rodziny skrywa własne tajemnice i to jeden z tych seriali, gdzie nie wygrywa ani zło ani dobro, bo ciężko jednoznacznie ocenić działania bohaterów. „Bloodline” to także specyficzny, gęsty, ciężki klimat, dodający uroku tajemniczej historii. Zdecydowanie jeden z najlepszych i najbardziej niedocenionych seriali roku.

Kyle Chandler (John Rayburn) and Linda Cardellini (Meg Rayburn) in the Netflix Original Series BLOODLINE. Photo Credit: Saeed Adyani © 2014 Netflix, Inc. All Rights Reserved.

2. Daredevil

Zasłużone drugie miejsce. „Daredevil” to serial, zachwycił swoją jakością i poważnym podejściem do realizacji seriali o superbohaterach, wyznaczając trend dla kolejnych tego typu produkcji. Netflix stworzył mroczną opowieść, będącą swoistym origin story, ale bez niepotrzebnego patosu, jakie to życie bohatera jest ciężkie a świat jest zły. Po premierze pierwszego sezonu słusznie zachwycano się scenami walki. Nie były one typowe jak na produkcję o superbohaterze, bo główny bohater dostawał prawdziwy łomot, a scenom nie brakuje brutalności. Cała w tym zasługa choreografów pracujących wcześniej przy filmie „The Raid”. Jeżeli znacie tę Indonezyjską produkcję, jesteście sobie wyobrazić sceny walk w „Daredevilu”. Są po prostu świetne i idealnie pasują do klimatu serialu. Oprócz doskonałej roli Charliego Coxa, w produkcji wyróżnia się przede wszystkim Vincent D’Onofrio jako Wilson Fisk, będący głównym przeciwnikiem Daredevila, stojący na czele organizacji władającej półświatkiem w Hell’s Kitchen, gdzie rozgrywa się akcja serialu. Już samo przedstawienie Kingpina jako człowieka posiadającego uczucia, swoje słabości, własną historię, jest czymś co rzadko ogląda się w tego typu produkcjach. Nieco humoru w ciężką atmosferę serialu próbują wrzucić Karen Page (Deborah Ann Woll), Foggy (Elden Henson) oraz pielęgniarka Claire Temple (Rosario Dawson). Siłą „Daredevila” są postacie, nie tylko te pierwszo- ale również drugoplanowe, które dopełniają świetnego obrazu całości.

11060044_1614421008794136_1780791116049922554_o

1. Narcos

Zwycięzca mógł być tylko jeden. „Narcos” to klasa sama w sobie, bo jeszcze nikt nie opowiedział tak złożonej historii przemysłu narkotykowego, skupiając się na jednym z najważniejszych ludzi stojących za kartelami narkotykowymi. Pablo Escobar rewelacyjnie zagrany przez Wagnera Mourę to skurczybyk jakich mało, stawiający się niemal na równi z Bogiem, przy czym twórcy nie zapomnieli ukazać też słabości głównego antagonisty, jakimi były chociażby relacje z matką czy rodzeństwem. „Narcos” to serial dla ludzi o mocnych nerwach, bo w sposób jak najbardziej realny pokazuje brutalność powstawania przemysłu narkotykowego oraz jednego z największych karteli narkotykowych w Kolumbii. Ogromną zaletą serialu jest sposób opowiadania historii. Narratorem jest Steve Murphy (Boyd Holbrook), śledczy zajmującymi się sprawą szmuglowania narkotyków do USA. Wraz z partnerem Javierem Peną (Pedro Pascal) próbują zaszkodzić Escobarowi i wsadzić go do więzienia. „Narcos” daje radę zarówno jako produkcja sensacyjna, jak i biograficzna, łącząc oba gatunki w iście wybuchową mieszankę, dzięki której jest to zdecydowanie najlepszy serial tego roku.

1200