Pierwsze zwiastuny Agents of Mayhem intensywnie sugerowały, iż do czynienia będziemy mieć z kolejną produkcją z uniwersum Saints Row, tylko pod innym tytułem. Po części jest to prawda, deweloper tym razem stworzył spin-off do znanej serii, wielokrotnie nawiązujący do wątków znanych z wcześniejszych parodii studia Volition. Sprawdźmy zatem, czy warto poświęcić wolny czas Agentom.

Historia przedstawiona w Agents of Mayhem ściśle nawiązuje do jednego z alternatywnych zakończeń czwartej odsłony Saints Row. Dzięki temu zyskujemy nowe uniwersum mające swe korzenie w pobocznym dla nowej serii świecie. Nawiązań do poprzednich części przygód rodziny świętych jest od groma, choć zauważą je tylko Ci, którzy w nie grali. Te bardziej subtelne smaczki zarezerwowane zostały dla największych fanów. Akcja dzieje się w Seulu, nad którym krąży niewidzialny statek powietrzny — baza naszych agentów. Na czele organizacji Mayhem stoi nawrócony czarny charakter — Persefona. Naszym celem oczywiście jest walka ze złem pod postacią Legionu, zrzeszającego największych złoczyńców na świecie. Głównym antagonistą niejaki doktor Babilon i to właśnie dzięki niemu mamy pełne ręce roboty.

Agents of Mayhem

Jak na twór studia Volition przystało mamy do czynienia z jedną wielką parodią. Agents of Mayhem to zlepek różnorakich pomysłów wykorzystanych w filmach, komiksach i animacjach lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych. Gołym okiem widać, iż twórcy bardzo inspirowali się seriami DC Comics i Marvela, nawiązującymi do tak zwanego mieszania światów. Co więcej, bohaterowie którymi przyjdzie nam grać to chodzące stereotypy, zaczynając od narcystycznej gwiazdy filmowej Hollywooda, na Onim, lakonicznym członku Yakuzy kończąc. Grając mamy niemałe wrażenie, iż przenosimy się w czasie. Wrzucamy wypożyczoną kasetę VHS do magnetowidu, zasiadamy przed telewizorem i z szeroko otwartymi oczami wpatrujemy się w migoczący ekran pełen twardzieli, akcji i wybuchów — zupełnie jak za dzieciaka. Oczywiście to wszystko zostało okraszone iście męskim, pełnym testosteronu humorem (co niekoniecznie przypadnie każdemu do gustu).

Pod względem rozgrywki otrzymujemy tytuł z otwartym światem rozszerzonym o elementy RPG, czy znane rozwiązania z gatunku Hackn’Slash. Im trudniejszy poziom misji wybierzemy, tym lepszą otrzymamy nagrodę w postaci gotówki i punktów doświadczenia. Kierowane przez nas postacie posiadają różne ekskluzywne dla siebie ataki specjalne. Rozwijamy je za pomocą ekwipunku takiego jak gadżety, które to z kolei często zyskujemy poprzez cratfing (a raczej jego elementy).

Agents of Mayhem

Gra oczywiście nie kończy się tuż po ukończeniu fabuły. Pojawiają się kolejne zadania poboczne, wirtualni przeciwnicy przejmują nasze posterunki, które trzeba później odbić. Dodatkowo na otoczenie wpływają również losowe misje jak na przykład atak golema. Taki zabieg tworzy wrażenie ciągle żyjącego świata. Szczególną uwagę należy zwrócić na poruszanie się naszym bohaterem. W tym aspekcie jest wyjątkowo miodnie. Nie jesteśmy ograniczeni przez żadne bariery, ba, jeśli chcemy, to nic nie stoi na przeszkodzie, by wspiąć się na najwyższy budynek w grze. Choć model jazdy jest udany, to jednak bieganie po mieście sprawia większą frajdę. Niestety bieganie od zadania do zadania w pewnym momencie zaczyna nudzić. Nie pomaga także spora powtarzalność misji. Trafiamy też na masę typowych zapychaczy, które wypełniając główny wątek, odbiera się jeszcze nieźle. Po skończonej historii stają się wyjątkowo podobne i monotonne.

Oprawa audiowizualna stoi na poziomie poprzednich produkcji Volition. Jest kolorowo, czasem wręcz cukierkowo. Taka oprawa bardzo cieszy oko, choć na efekt opadającej z zachwytu szczęki nie mamy co liczyć. Muzyka dobrze wpasowuje się w klimat i charakter rozgrywki, niestety przynajmniej dla mnie nie znalazła się tam żadna melodia, która utkwiłaby w pamięci na dłużej. Pod względem technicznym nie uświadczyłem większych problemów, jak sporadyczne drobne spadki wyświetlanych klatek, czy raz po raz doczytująca się tekstura. Najbardziej zwracają na siebie babole w detekcji kolizji. Przykładowo zdarza się, iż sterowana przez nas postać nie potrafi podbiec pod wzniesienie, na którym znajduje się przeszkoda. Zabrakło również dopracowania systemu wspinaczki, przez co agent potrafi momentami lewitować.

Agents of Mayhem

Kwestią sporną jest polska wersja językowa. Zawsze pozytywnie odbieram chęć wprowadzenia naszego języka do gier, choć staram się wybierać oryginalne podkłady dubbingowe. Humor zawarty w Agentach Mayhemu traci w znacznym stopniu po przełożeniu go na naszą ojczystą mowę. Niestety, niektórych zwrotów i gagów nie da się przetłumaczyć, przez co zdarza się, iż dowcip, choć prostacki jest kompletnie niezrozumiały.

Czymś, co wyjątkowo pozytywnie wpłynęłoby na zabawę z Agents of Mayhem, byłaby możliwość gry w sieciowej kooperacji ze znajomymi. Momentami brak tej opcji wręcz boli. Cóż postawiono na stuprocentową kampanię dla pojedynczego gracza i jako taka w zupełności potrafi się obronić.
Czas, który poświęciłem na Agents of Mayhem, z pewnością nie był czasem straconym. Fani ostatnich odsłon serii Saints Row będą w pełni zadowoleni. Luźne podejście, parodia popkultury lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych oraz klimat wypełniony po brzegi stereotypami to dobra alternatywa wobec coraz większej ilości „poważnych” gier. Agents of Mayhem może być traktowane jako produkcja zupełnie niezależna oraz jako udany spin-off, urozmaicający kalendarium THQ Nordic pomiędzy kolejnymi odsłonami przygód rodziny świętych.