Różne wariacje edycji wydanego w roku 1982 Blade Runnera kazały czekać osobom odpowiedzialnym za jego tworzenie wiele lat na zasłużone uznanie w oczach mainstreamowej publiki. Ja – osoba urodzona w okresie, w którym pył po tych perturbacjach zdążył już zostać rozwiany – nie miałem żadnej trudności, aby od pierwszego seansu spędzonego w towarzystwie Ricka Deckarda uznać Łowcę Androidów za film wyjątkowy. Wyliczenie zasług tego dzieła dla gatunku science-fiction pochłonęłoby zdecydowaną większość planowanej objętości tego artykułu, wolę więc skupić się na tym, dlaczego ma ono dla mnie samego tak ogromną wartość. Ten oparty o znakomitą książkę Philipa K. Dicka obraz rozbudził we mnie pokłady wrażliwości na futurystyczną, neo-noirową estetykę, której istnienia byłem nieświadomy. Widok przesłoniętej ścianą deszczu ulicy, rozświetlanej zamglonymi neonami stanowiącymi barwne tło dla bezbarwnej masy przelewającej się przez ulice zatłoczonych metropolii, budzi u mnie uczucie bliżej nieokreślonej tęsknoty, którą rozpalił we mnie Blade Runner. Skłonność ku tego typu melancholijnym sceneriom rozwinęła się u mnie w znacznie dalej sięgającą fascynację i przeraża mnie myśl, że mógłbym nigdy nie zdać sobie z niej sprawy.

Z niemalże przeciwnej perspektywy – nie romantycznej, a klasyczno-naukowej – Łowca Androidów punktuje również za wtoczenie naszych umysłów na tory kwestionowania tego, czym jest świadomość, co czyni nas ludźmi i czy kiedykolwiek możliwym będzie, aby odtworzyć to cyfrowo. Jeśli tak – czy w takim wypadku na pewno jesteśmy tak wyjątkowi, jak lubimy o sobie myśleć? Czy inżynieryjne odtworzenie wszystkich elementów składających się na człowieczeństwo nie zmieniałoby znanej nam dotychczas definicji człowieka? Co jeśli w procesie tym okazałoby się, że maszyny przewyższają nas w kategoriach, jakie uznawaliśmy za kryteria oceny ludzkiej natury? Oniryczna atmosfera trzydziestopięcioletniego spektaklu i ślamazarne tempo narracji sprzyjają odpływaniu w stronę pochodnych refleksji, które zainspirowały powstanie całego kulturowego nurtu cyberpunku. Przyglądając się idei stojącej za produkcją Blade Runner 2049 trudno nie dostrzec pewnego podobieństwa w stosunku do wyrzuconego w świat dwa lata temu Mad Max: Fury Road – mamy oto dwie franczyzy z gigantyczną popkulturową spuścizną, o których powrót nikt właściwie nie prosił. Było pewne, że przed premierą pojawi się wiele znaków zapytania odnośnie tego, ile do nisz stworzonych przez protoplastów tych filmów, są w stanie wnieść ich nowe odsłony w rzeczywistości, która różni się dramatycznie od tej znanej z lat 1981-1982 (a więc czasu premiery Mad Max 2 i Blade Runnera).

I zjawiliście się tutaj, tak jak i mogliście to zrobić dwa lata temu przy okazji premiery „Na drodze gniewu”, aby poznać charakter mojego rozwiania wątpliwości na ten temat. Zacznę więc z wysokiego C, oświadczając, że Blade Runner 2049 to bardzo udana podróż do czasów, kiedy science-fiction nie było synonimem pozbawionej wyrazu papki dla szympansów. Niezależnie od jego wad, którym przyjrzę się później, jedno staje przed oczami jasno już po kilkudziesięciu minutach seansu – nowy Łowca Androidów to przede wszystkim FILM. Nie forma rozrywki zabraniająca angażowania mózgu, nie pas rozbiegowy dla uniwersum, którego dojenie na setki milionów dolarów jest już zaplanowane na najbliższych kilkanaście lat, a i bynajmniej nie scena, na której światło na jednych pada bardziej intensywnie, a na innych mniej. Blade Runner 2049 jest sumą gigantycznej pracy zespołu niezwykle utalentowanych ludzi (Villeneuve, Deakins, Zimmer, Scott, Fancher, Gosling, Ford, de Armas…), z których każdy zdaje się dogłębnie rozumieć ideę stojącą za pierwszym filmem. Kluczowym do przytoczenia zdaje się tu fragment któregoś z wywiadów z kanadyjskim reżyserem, w którym jako powód podjęcia się tego niezwykle trudnego zadania stworzenia kontynuacji tak kultowego dzieła, było „nie chciałbym, aby ktokolwiek inny to spieprzył”.

Fabuła filmu startuje, jak łatwo się domyślić, trzydzieści lat po wydarzeniach z „jedynki”, czyli w roku 2049. Trzy dekady nie wystarczyły, aby w świecie tym zaszły zmiany znaczące dla charakteru narracji – kluczowym elementem dla jej funkcjonowania są ciągle replikanci, tworzeni w oparciu o koncepcje nieistniejącej już korporacji Tyrell przez tajemniczego Wallace’a. Charakter jego pracy i zsyłania na świat kolejnych androidów diametralnie się jednak zmienił – po licznych buntach na pozaziemskich koloniach, wśród ludzkości rośnie nieufność wobec sztucznej inteligencji, której posłuszeństwo jest teraz poddawane jeszcze większej kontroli. Choć proces ten w dużej mierze wysysa z nich jakąkolwiek emocjonalność, nie oznacza to, że sam Wallace grany przez Jareda Leto postrzega replikantów jedynie w kategoriach zarobkowych. Twórcy Blade Runner 2049 w roli głównego zbawcy/ciemiężyciela ludzkości stawiają więc raczej obiekt kultu, człowieka z ideą, a nie głowę prężnie zapełniającej konta bankowe korporacyjnej maszyny.

Postać Wallace’a wpływa na losy zwykłych zjadaczy proteinowych larw na różne sposoby, nie tylko poprzez produkcję replikantów i wyjątkiem w tej grupie z całą pewnością nie jest oficer K, czyli protagonista grany przez Ryana Goslinga. Poznajemy go w podobnych okolicznościach, w jakich został nam przedstawiony Rick Deckard – realizuje on zlecenie „wysłania na emeryturę” replikanta, co czyni go rzecz jasna tytułowym blade runnerem. Scenarzyści nie przeznaczyli początku filmu na to, aby zarysować przedstawiony w nim świat, powiedzieć co nieco na temat głównego bohatera, zamiast tego subtelnie zawiązując główny wątek fabularny. Ten pozorny pośpiech należy jednak połączyć z tym, że Blade Runner 2049 postanowił być zgodny z oryginałem także pod względem tempa osiągania kolejnych punktów fabularnych, a to – jak pamiętamy – było ślimacze. To właśnie w trakcie przepływania pomiędzy scenami kluczowymi dla samej historii, widz jest zapoznawany z elementami jej „tła”, pamiętając jednak, że miasto i jego atmosfera to w świecie Łowcy Androidów osobny bohater.

Fabuła pierwszego Blade Runnera była bardzo oszczędna i moim zdaniem stanowiła raczej pretekst, aby zaszczepiać w mózgu odbiorcy wspomniane wyżej filozoficzno-naukowe myśli, jednocześnie pogrążając w rozkoszy jego zmysły za pomocą warstwy audiowizualnej. Choć „2049” również nie stroni od takich elementów, opowieść jest tutaj poprowadzona w znacznie bardziej klasyczny sposób, choć znając twórczość Denisa Villeneuve możecie się spodziewać całego arsenału jego sztuczek. Kanadyjczyk wielokrotnie usypia czujność widza, celowo wprowadza go w błąd, zachęcając do wiary w fałszywy przebieg wydarzeń, później go za tę naiwność wyśmiewając. Nie robi tego jednak, aby obrazić inteligencję publiczności, ale pokazać wieloznaczność prezentowanego świata i wielowarstwowość jego bohaterów. Ci zostali potraktowani również bardzo troskliwie, bowiem reżyser i scenarzyści zadbali o to, aby niemal każdej postaci nadać głębię, dorzucającą swoją cegiełkę do wiarygodności uniwersum i opowiadanej przez nie historii.

Denis Villeneuve był bardzo wyczulony na to, aby wbrew aktualnie panującym trendom przedpremierowo nie zdradzić widzom zbyt wiele na temat fabuły Blade Runner 2049 i ja, oczywiście, oddaję ukłon tak tej idei, jak i samej pracy reżysera. Powiem tylko tyle, że główny bohater napotyka na swojej drodze układankę, której nie da się rozwiązać tak, aby wszyscy byli szczęśliwi. W tej patowej sytuacji ostatecznie stawia on swoje buty na wycieraczce tego, który „kiedyś miał jego pracę i był w niej dobry”, licząc, że Rick Deckard rzuci nieco światła na wydarzenia, które z każdą kolejną minutą robią się coraz bardziej zawiłe. Blade Runner 2049 nie ma problemu z tym, aby często puszczać oczko do entuzjastów pierwszej części i jest to zabieg, z którego trudno się nie radować, natomiast z samym pojawieniem się w filmie postaci Harrisona Forda mam pewne wątpliwości. Nie jest to tak, że nie jest on w niej potrzebny lub też źle zagrany, mam jednak wrażenie, że wraz z jego nadejściem fabuła zaczęła tracić pewne elementy, które mi w niej najbardziej imponowały. Nie zrozumcie mnie jednak źle, Harrisonowi Fordowi z całą pewnością należą się oklaski za jedną z najtrudniejszych kreacji w ciągu ostatniej dekady (a może nawet dwóch) jego aktorskiej kariery. Świetnie w swojej roli sprawdza się również Ryan Gosling, ale gwiazdami, kradnącymi każdą sekundę na ekranie są Ana de Armas (cyfrowa partnerka oficera K, bohaterka jednej z najbardziej zapadających w pamięci scen, jakie kiedykolwiek widziałem) oraz Carla Juri, której występ został skondensowany do bodajże dwóch niesamowitych fragmentów.

Co najmniej tak samo wielkie brawa należą się fantastycznemu Rogerowi Deakinsowi i jeśli Akademia także tym razem nie uzna jego zapierającej dech w piersiach pracy nad zdjęciami do Blade Runner 2049, obiecuję wybrać się do Hollywood i w stylu Deckarda wysłać na emeryturę wszystkich jej reprezentantów. Co do ścieżki dźwiękowej, nie chcę zabrzmieć jak zgrzybiały gbur wyznający maksymę „kiedyś to były czasy, teraz to nie ma czasów”, ale uważam, że sporo jej zabrakło do legendarnego OST Vangelisa. Biorąc jednak pod uwagę, że ta prezentowała najwyższą światową klasę, wcale nie czyni to dzieła Zimmera i Wallfischa złym, wręcz przeciwnie, sprawnie przetłumaczyli oni na język nut ciężką atmosferę futurystycznej Kalifornii. Zazwyczaj nie jestem fanem grzebania przy pierwotnym wrażeniu na temat obejrzanego przeze mnie filmu, tak w przypadku Blade Runner 2049 jestem pewien, że na dniach wybiorę się na niego ponownie. Nie jest to film pozbawiony skaz, ale suma wrażeń, jakie mi on dostarczył, stanowi wyjaśnienie paradoksu, jak obszerny i senny się on wydawał, a jak szybko mi zleciał. Uznaję to za wystarczające kryterium, aby Blade Runner 2049 został przeze mnie uznany za jedno z najlepszych filmowych widowisk ostatnich lat.

Zdjęcie: theverge.com, vox.com