LG wraca do gry i mogę to hucznie oraz z wielką radością powiedzieć. Ich ostatni flagowiec, czyli model G5, był bardzo odważny i stawiał na częściową modularność. Był to ubiegłoroczny trend, który szybko okazał się tylko przejściową modą, nie przynoszącą oczekiwanych rezultatów. Okazało się, że konsumenci nie chcą bawić się w ciągłą wymianę poszczególnych komponentów i wolą jedną, ale sprawdzoną, ładną i przede wszystkim dopieszczoną bryłę. LG wychodzi oczekiwaniom klientom naprzeciw i przestał silić się na dokładanie swojej cegiełki do mobilnej, modularnej rewolucji. Owocem tych prac jest właśnie LG G6.

Powiem to wprost już na samym początku tekstu – LG G6 jest tym, czym G5 powinno być już w trakcie premiery. Wtedy Koreańczycy mieliby większą szansę, żeby powalczyć na szczycie „Gry o Tron”, ale w wersji świata mobilnego wraz z Samsungiem, Apple i Huaweiem.

Nierewolucyjny, ale ewolucyjny

Pierwszą rzeczą, która ujawnia opóźnioną premierę „szóstki” to przede wszystkim mało spektakularny wygląd. Nie zrozumcie mnie źle, smartfon prezentuje się bardzo ładnie. Moja platynowa wersja kolorystyczna naprawdę przypadła mi do gustu. Tutaj jednak chodzi o ogólny, minimalistyczny i mało wyróżniający się spośród konkurencji design. Żyjemy w erze cudnie prezentujących się Huaweiów oraz telefonów Galaxy z podserii Edge, które w tym temacie nadal silą się na małe, ewolucyjne kroki. G6 wygląda na ich tle bardzo oklepanie, standardowo. Czy to dobrze czy źle, musicie zdecydować sami. Mi choć urządzenie się spodobało, to nadal czuję, że projektanci z LG mogliby postarać się o więcej.

Z wyglądu zewnętrznego, w oczy na dzień dobry rzuca się wyświetlacz, który jest najmniej standardowym elementem całego zestawu. Jego przekątna ma 5,7 cala, ale swoimi gabarytami LG G6 nie przypomina wcale phabletu. Smartfon leży w ręku jak urządzenia z ekranami oscylującymi ze swoimi rozmiarami w okolicach 5 cala. Jak tego dokonano? Ano górne, dolne oraz boczne krawędzie zredukowano wręcz do absolutnego minimum. Dzięki temu wyświetlacz wygląda jakby zajmował praktycznie całą przednią powierzchnię. Lepiej zagospodarowano całą przestrzeń, ekran wydłużono na wysokość. Przez to nie posiada on standardowej proporcji, czyli 16:9, a niepopularny jeszcze format 18:9. Wspomnę o jego funkcjonalności nieco później, ale już teraz mogę powiedzieć, że to rozwiązanie prezentuje się świetnie, konsumpcja (niektórych) mediów była nieporównywalnie lepsza i multitasking był jeszcze wygodniejszym doświadczeniem.

A co z samym wyświetlaczem? Koreańczycy naprawdę dopieścili możliwie jak najlepiej technologię IPS i uzyskany efekt budzi podziw. Ekran wygląda świetnie i jest na tyle jasny, żeby bez problemu obsługiwać go w te słoneczne dni. Kolory są żywe oraz bardzo nasycone, a kontrast jest bardzo wysoki. Dodatkowo obraz dzięki wysokiej rozdzielczości wynoszącej 2880 x 1440 pikseli (QHD, gęstość na poziomie 564 pikseli na cal) jest niesamowicie ostry. Może nadal brakuje mu nieco do Super AMOLED-ów, bo czarne kolory nie są na tyle głębokie, ale i tak temu LCD brakuje naprawdę niewiele.

Z prostym designem idzie w parze niesamowicie wysoka ergonomia. Po prostu, LG G6 to jeden z najlepiej leżących w ręku telefonów. W dotyku wydaje się bardzo solidny i pewnie trzyma się go w dłoni, przez swój prosty i naturalny kształt. Dodatkowo z początku sądziłem, iż obsługa takiego ekranu jedną ręką będzie istnym koszmarem. Jak się jednak okazuje materiały tu wykorzystane (wspomniane wcześniej aluminium wymieszane ze szkłem), nie sprawiają, iż smartfon ślizga się przy jego nawet niezbyt odpowiednim chwycie. Dzięki temu komfortowo mogłem przesuwać palec ku górnym krawędziom, nie bojąc się przy tym o upadek urządzenia. Jedna ręka w zupełności wystarczy do jego podstawowej obsługi.

O sercu, czyli o wydajności słów kilka

Pierwsza zapowiedź LG G6 mogła niektórych zaskoczyć w mało pozytywny sposób. Jak się bowiem okazało producent nie zdecydował się w tym modelu na implementację najnowszego układu Snapdragon 835, z bliżej niewyjaśnionych powodów. Stąd też nowy flagowiec Koreańczyków posiada czterordzeniowy procesor Snapdragon 821, wspierany przez graficzną jednostkę Adreno 530 oraz 4 GB pamięci RAM. 835 w stosunku do swojego poprzednika jest jednak wydajniejszy o około 15%, co nie jest rzucającą się mocno w oczy liczbą.

Czemu o tym wspominam? Cóż, madal mówimy o flagowych układach, dlatego Snapdragon 821 w połączeniu z 4 GB RAM na dzień dzisiejszy w zupełności wystarczą do powierzanych im zadań, nawet tych bardziej ekstremalnych. Spowolnienie tego telefonu było praktycznie niemożliwe. Cały czas w tle hulało mi mnóstwo aplikacji, a Chrome’a zdarzało mi się zapchać 10 kartami na raz. Zadania te nie robiły na G6 większego wrażenia. Podobnie zresztą jak nowsze, bardziej wymagające gry – te również działały na tym sprzęcie bardzo płynnie, z bardzo okazyjnymi spadkami wydajności.

Czasem telefonowi zdarzały się pojedyncze, nagłe ścinki, ale były one raczej spowodowane bardzo świeżym softem, któremu mogły przydarzać się jakieś bugi związane z optymalizacją zadań. Takie problemy pojawiły się w trakcie okresu testowego w liczbie, którą mógłbym pokazać na palcach jednej ręki, więc jest to absolutne czepialstwo z mojej strony. Myślę, że telefon spokojnie posłuży przez kilka dobrych lat, przynajmniej jeśli mówimy o wydajności.

Magia 18:9

LG dumnie chwali się wszem i wobec ze swojego ekranu 18:9, którego obecność zdecydowanie popieram. Nadal żyjemy jednak w czasach królującego wszędzie formatu 16:9, dlatego też treści tworzonej z myślą o nim jest znacznie więcej. O ile pobierane ze Sklepu Play aplikacje zewnętrzne, włącznie z dużą paletą gier, bez problemu rozciągają się do niecodziennych rozmiarów (a jeśli mają z tym pewne problemy, można wrócić do ich wyświetlania w 16.7:9), tak z innymi multimediami może być już problem. Mówię tutaj przynajmniej o różnego rodzaju wideo, które zwykle ukazują się na środku ekranu z nieprzyjemnie wyglądającymi, czarnymi paskami po bokach. Na dzień dzisiejszy LG G6 pozwala rozciągać filmiki do 18:9, o ile oglądamy je w standardowej aplikacji Galeria. Standardowo zainstalowany w systemie YouTube nie pozwalał mi jednak na taką możliwość, stąd wszelkie oglądane tam treści, musiałem trawić z czarnymi paskami po bokach. Twitch dla przykładu w ogóle nie reagował na funkcję skalowania i wszelkie streamy dalej wyświetlał w nieprzyjemny dla oka sposób.

Jednak gdy już się nam uda uruchomić jakieś wideo w 18:9, to wrażenia z oglądania są bardzo pozytywne. Brak większych ramek pozwala uzyskać lepsze doświadczenia z wybranego spektaklu i generalnie konsumpcja mediów to mocniejsza strona G6… a przynajmniej jeśli przymkniemy oko na głośnik. Smartfon posiada certyfikat IP68, przez co jest odporny na wodę (30-minutowe zanurzenie do głębokości 1 metra, telefon przetrwał moją próbę wykąpania) oraz kurz. Straciło na tym jednak główne, wychodzące źródło dźwięku, które brzmi bardzo średnio. LG G6 sprawdzi się do słuchania muzyki pod prysznicem, ale mocno komfortowe to nie będzie. Słowa i instrumenty zlewają się w jedną, nieprzyjemną całość. Nie mniej jednak do rozmów ta część urządzenia powinna nadać się w zupełności.

Błędy związane z nieprawidłowym wyświetlaniem w formacie 18:9, to jednak kwestia dopieszczenia oprogramowania i przyzwyczajenia twórców aplikacji do nowych standardów, stąd pewne błędy można wybaczyć. Aczkolwiek takie a nie inne proporcje ekranu mają swoje zastosowanie praktyczne. LG postawiło przede wszystkim na wykorzystanie 18:9 w celu ułatwienia korzystania z dwóch aplikacji jednocześnie. Teraz każda z nich zajmuje swoją równą, kwadratową część wyświetlacza, co wcześniej było niemożliwe, bo okienka były zawsze szersze niż dłuższe. Dzięki temu zastosowaniu, częściej pracowałem na dwóch programach jednocześnie, bo było to o wiele wygodniejsze niż dotychczas.

LG dodało też kilka funkcjonalności wewnątrz swojego softu. Dla przykładu ich aplikacja od aparatu pozwala włączyć tzw. „tryb kwadratowy”, który pozwala nam jednocześnie robić zdjęcia i na żywo podglądać, edytować, a także udostępniać je obok. Świetny dodatek dla fanów prostych zmian strzelonych wcześniej fotek.

LG UX po raz szósty

LG G6 wystartował z zainstalowaną nakładką LG UX w wersji 6.0, która stoi na Androidzie Nougat, czyli tym oznaczonym numerkiem 7.0. Jak system ten sprawdza się w takiej formie w praktyce? Ano bardzo dobrze. Widać, że koreańscy producenci stawiali przede wszystkim na prostotę. Różnice między czystym Androidem występują, ale są one bardzo subtelne i głównie dotyczą wyglądu systemu czy wygody jego użytkowania. Zdecydowanie poprawiono zakładkę ustawień, w której znalezienie większości znaczących opcji jest teraz nie tylko szybsze, ale i bardziej intuicyjne. Na samym początku telefon pyta się nas też, czy wolimy by nasze aplikacje wyświetlały się na ekranach głównych czy preferujemy tradycyjną przeglądarkę programów. To naprawdę proste rozwiązanie, pozwalające dostosować oprogramowanie do naszych preferencji oraz przyzwyczajeń.

Większość tradycyjnych dla LG funkcjonalności jednak pozostało. Jest charakterystyczny Knock Code czy wybudzanie wyświetlacza przez jego podwójne stuknięcie. Zabrakło jednak portu podczerwieni, stąd nasz G6 nie nada się już jako pilot do telewizora. Jest też możliwość włączenia trybu Always-On Display, który niestety oprócz ikon powiadomień oraz aktualnej godziny, nie jest w stanie nic więcej wyświetlić. Jeśli jednak zależy nam na zaoszczędzeniu baterii, możemy ustawić, żeby ten włączał się tylko w wyznaczonych przez nas godzinach.

Co dwie głowy, to nie jedna – dwa aparaty po raz drugi

LG po raz kolejny postawiło na rozwiązanie znane z „giepiątki”, czyli implementację dwóch aparatów, z czego jeden z nich jest szerokokątny. Główną wadą tego rozwiązania w poprzedniczce, była mocna różnica w jakości pomiędzy obydwoma sensorami. Szerokokątny obiektyw był znacznie gorszy, ale w G6 przepaść znacznie zatarto, choć oczywiście nie są one identyczne. Obydwie kamerki mają teraz rozdzielczość 13 megapikseli, a nie tak jak poprzednio 8 i 16 MP.

W przypadku zwykłego aparatu poczynione poprawki są naprawdę nieznaczne. Różnice względem poprzedniego flagowca są niewielkie. Czy to źle? Ależ oczywiście, że nie bo G5 robił naprawdę świetne zdjęcia, nawet w warunkach z gorszym oświetleniem. Fotografie wydają się ostre, są bardzo szczegółowe, mają żywe kolory, a i kontrast jest jak najbardziej zadowalający. Ogólnie na plus.

Sporo pozmieniało się jednak w kwestii aparatu szerokokątnego, który dzięki większej rozdzielczości bardzo dużo zyskał. Robione przy jego pomocy zdjęcia są po prostu ładne, a złapanie ciekawego ujęcia łatwiejsze. Nie obyło się jednak bez poświęceń i sensor ten nadal nie posiada optycznej stabilizacji obrazu czy autofocusu. Korzysta on też z innej przysłony fotograficznej, bo f/2.4, dlatego nie sprawdzi się zbyt dobrze w nocnych warunkach. Dodatkowo zmniejszono także „zasięg widzenia” kamerki z 135 stopni w poprzedniku do 125. Czuć jednak nadal spory postęp w stosunku do poprzedniego wydania. Fotografie są nieznacznie ostrzejsze i szczegółowe.

Nadal jeśli zależy Wam na jakości zdjęć, decydujcie się na wybór standardowego aparatu. Szerokokątny nada się do uchwycenia szerszego kadru w celu zmieszczenia np. ciekawego krajobrazu. Domyślnie radzę też włączać domyślny obiektyw w warunkach nocnych, bo ten z większym polem widzenia zaczyna się w nich nieco gubić.

Kręcone przy pomocy LG G6 filmiki wyglądają dobrze. Stabilizacja obrazu działa w dobry sposób, ale nie we wszystkich materiałach. W prezentowanym poniżej filmiku nagrywanym w 60 klatkach na sekundę, widać chrupania i rwania przy ruchach. Szybkie są za to przejścia w trakcie kręcenia filmików pomiędzy obiektywem standardowym, a tym szerokokątnym, co pomoże szybko zmieniać się między kadrami. Czujnik w zadowalający sposób radzi też sobie z łapaniem ostrości obiektów. Smartfon pozwala na nagrywanie materiałów w 4K i przy ich tworzeniu urządzenie zbytnio się nie nagrzewa. W ogóle G6 ma naprawdę nieznaczne problemy z temperaturami.

LG wprowadziło też do G6 manualny tryb nagrywania wideo, który obecny był jak na razie tylko w modelach V10 oraz V20. Potraktujcie to jednak jako czystą ciekawostkę, bo nie korzystałem za dużo z tej funkcjonalności. Nie uważam się za speca w tych kwestiach, przynajmniej jak na razie.

Co do przedniej kamerki – jest bardzo dobrze. Poniżej prezentowane selfiacze robione były u mnie w mieszkaniu, w średnich warunkach oświetleniowych i jakby nie patrzeć dają radę. Myślę, że fani tego typu fotek powinni być zadowoleni z możliwości G6. Dodatkowo warto wspomnieć, że przedni aparat też potrafi łapać nieco szerszy kadr, choć tutaj nie mamy do czynienia już z drugim obiektywem, a zapewne odpowiednim zoomem. Ten sensor ma rozdzielczość 5 MP.

Łączność, bateria, skaner linii papilarnych

LG G6 świetnie radzi sobie z łącznością. Utraty sygnału nie zdarzały mi się praktycznie w ogóle i to niezależnie, czy mówimy o Wi-Fi, Bluetooth, albo danych komórkowych. Szkoda jednak, że Koreańczycy nie zdecydowali się na implementację Bluetooth w wersji 5.0, zamiast tego pojawiła się edycja 4.2.

Czytnik linii papilarnych został usadowiony w ukochanym przeze mnie miejscu, lekko poniżej aparatów. Skaner jest aktywny, zatem po przyłożeniu do niego palca, telefon wybudza się i odblokowuje jednocześnie. Jego działanie oceniam na plus, choć czasem po wyjęciu z kieszeni G6 nie chciał czytać przez chwilę mojego palca. Wystarczyło standardowe odblokowanie, by zażegnać ten problem.

LG wreszcie pokusiło się o implementację większego akumulatora. G5 miał baterię o pojemności 2800 mAh, przy okazji G6 mowa już o 3300 mAh. Choć wyświetlacz musi teraz radzić sobie z większą rozdzielczością, to i tak czas pracy na jednym ładowaniu mocno wzrósł. Przetrwanie jednego dnia przy umiarkowanym czy nieco dłuższym korzystaniu ze smartfonu było osiągalne, a rano budziłem się jeszcze z dodatkowym zapasem energii. Po wyłączeniu Always-On Display znacznie wzrasta też czas działania w stanie czuwania. Jeśli chodzi o baterię, to jestem z niej bardzo zadowolony i czuć tutaj spory postęp w stosunku do poprzedniego flagowca. Dodatkowo szybkie ładowanie potrafiło mi w pełni napełnić stan akumulatora w około godzinę, co uważam za bardzo dobry wynik, biorąc pod uwagę jego pojemność.

LG wraca do gry (?)

LG G6 to naprawdę udany produkt, który mógłby osiągnąć większy sukces, gdyby został wydany rok wcześniej zamiast G5… i kosztowałby nieco mniej. Na dzień dzisiejszy nowy egzemplarz wyceniony jest na aż 3300 złotych i mówimy tu o standardowej wersji z 32 GB pojemności. Galaxy S8 kosztuje 3500 złotych, Huawei P10 – 2700 złotych, a zeszłoroczne flagowce czy Honor 8 można dostać za około 2000 złotych, dlatego G6 ze swoją ceną uplasował się w bardzo niedogodnym dla siebie miejscu.

Nie mniej jednak muszę przyznać, że LG przy okazji G6 odwaliło kawał dobrej roboty. Nie jest to może rewolucja na rynku, bo nie zrobił on na mnie takiego efektu „WOW!” jak np. Galaxy S8. To jednak nadal naprawdę solidny produkt, moim zdaniem z wielu stron niemalże kompletny. Serdecznie polecam… o ile wyrwiecie go za nieco niższą cenę.