Jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci w uniwersum Marvela powraca na polski rynek komiksowy. Punisher Max uderza mocnym akcentem, niczym nabój kalibru magnum 357.

MAX Comics w zamyśle swoich twórców miał być imprintem Marvela, kierowanym wyłącznie do dojrzałych odbiorców. Tłumacząc laikom termin „imprint”, w skrócie należy określić go, jako podmarkę funkcjonującą dla większego wydawnictwa. Przeważnie taki podmiot tworzy publikacje mające trafić do bardzo skonkretyzowanego grona odbiorców.

Dla DC Comics czymś takim jest Vertigo – dobrze znane wśród polskich czytelników. Na jego łamach pojawiły się takie pozycje jak Sandman, Preacher, DMZ i wiele więcej. Natomiast pod marką MAX Comics ukazał się wyłącznie Punisher. Egmont zapowiedział w tym roku publikację dwóch kolejnych tomów. Czy jest, na co czekać?

Garth Ennis ponownie uderza

Punisher to jedna z bardziej rozpoznawalnych postaci w świecie Marvela. Wychowankowie lat 90. pamiętają komiksy „karzyciela” publikowane licznie przez TM-Semic. Szczególnie czarno-białe Warzone – kawałek soczystej lektury. Dużo później swoje trzy grosze dorzuciła Mandragora. Były również filmy, a także gra, zresztą całkiem udana. Ale zapewniam Was, że takiego Punishera jeszcze nie widzieliście.

Za scenariusz odpowiada Garth Ennis. Nazwisko w świecie komiksu dość głośne, bowiem od razu przywodzi na myśl tytuły pokroju Kaznodziei, Pielgrzyma czy Hellblazera. Wszystko to ukazało się już na rodzimym rynku, dlatego jeśli mieliście okazję czytać, to wiecie, że Ennis nie bawi się w pół środki. Jego komiksy powstają w nietypowej estetyce, nasączonej mrokiem, przemocą, ale również groteską i masą czarnego jak smoła humoru. Zatem teoretycznie osoba odpowiednia by przywrócić do łask nieco wyblakłą gwiazdę Franka Castle.

Szkopuł w tym, że Ennis umie wyłącznie tworzyć historie. Rysować już mniej. W tym zadaniu pomogli mu Lewis Larosa i Leandro Fernández. Warto dopowiedzieć jeszcze, jakoby w przekonaniu wielu odbiorców bohater dzisiejszej recenzji jest tym, czym Batman dla DC. Postać pozbawiona nadprzyrodzonych mocy, ale posiadająca intelekt i niekwestionowaną silną wolę. Z tą jednak różnicą, iż Frank wysyła do kostnicy swoich wrogów nawet bez mrugnięcia okiem. Świat przedstawiony na łamach Max Comics to mroczna opowieść pozbawiona herosów w obcisłych strojach i lśniących zbrojach.

Przepis na wojnę

Ponad 280 stron okute w twardą, elegancką okładkę. Wewnątrz, na łamach pierwszego tomu znajdziemy dwie kompletne historie. Dwie przygody, gdzie trup ścieli się gęsto, a Frank Castle zapamiętany zostanie bardziej, jako anty-bohater, aniżeli postać pozytywna walcząca o wyższe dobro. Zasadniczo podział na dobro i zło, a także możliwość dokonywania racjonalnych wyborów to luksus, na jaki nie mogą pozwolić sobie postacie występujące w tym komiksie.

Frank generalnie odgrywa poboczną rolę. On tylko spaja całą narrację, a także losy wszystkich „graczy” tego nieprzerwanego teatru przemocy. Jest człowiekiem szczędzącym słowa, bo na nie niema już miejsca. Liczą się tylko czyny. Twarde, dosadne, niepozostawiające złudzeń czyny niosące jasny przekaz: dzień dziecka dla mafiosów, dealerów i innych mend spod ciemnej gwiazdy dobiegł końca.

Niemal 60-cio letni weteran wojny w Wietnamie prowadzi własny konflikt z przestępczością na ulicach wielkiej metropolii. Na lekturę nie da się przygotować odpowiednio. Już na samym początku dostajemy treściwy wstęp i scenę na setnych urodzinach don Massimo Cesare, gdzie zjechali się gangsterzy z całego kraju. Frank w całej swojej bezpośredniości przedstawia donowi swojego zaufanego przyjaciela – poczciwą 45-tkę. Zanim wszyscy się otrząsną i ruszą w pościg za oprawcą staruszka, ten już przygotowuje kolejny krok sięgając po „prosiaka”. I nie, nie mam na myśli nową konsolę PlayStation, tylko klasyczny, ciężki karabin M60. Ten sam montowany w śmigłowcach Huey. Pracowita noc dla Franka, w kostnicy pewnie znów zabraknie miejsca.

Pierwsza historia zatytułowana „Od początku” zajmuje większą część tomu. Na kolejnych stronach śledzimy przerażonych członków mafii, ich kadrowe niedostatki spowodowane działalnością Punishera, a także przedstawicieli z CIA interesujących się osobą Franka. Widać mają ukuty misterny plan, jak wykorzystać go do realizacji własnych planów, a ponadto dość istotną rolę ma odegrać w tym Micro, czyli dawny kompan Franka. Ilustracje stworzył Lewis Larosa. Nie są one bogate w detale, ale poprzez operowanie światłem i cieniem, a także kolorystykę budują naprawdę specyficzny klimat.

Na dokładkę otrzymujemy epizod „Mała Irlandia”, gdzie gangsterka z zielonej wyspy i dawni członkowie IRA będę walczyć o duże pieniądze. Poprzez swoje zachcianki przeniosą na ulice Nowego Jorku demony wojny niegdyś trawiącej od wewnątrz irlandzkie i angielskie społeczeństwo. Dla odmiany ilustracje przygotował Leandro Fernández. Technicznie stoją one o poziom niżej niż te Larosa, szczególnie że brakuje zabawy światłem i cieniem, przez co kadry prezentują się dość płasko, wręcz statycznie.

Punisher MAX…

Recenzowany komiks nie jest dla każdego. Umieszczony z tyłu znaczek „Tylko dla dorosłych” nie znalazł się tam bez powodu. Lektura wypełnia ogromna ilość bezsensownej przemocy, a także siarczystego słownictwa. Garth Ennis stworzył pozycję w specyficznym dla siebie stylu, gdzie przede wszystkim zawarte elementy mają wywołać terapię szokową u czytelnika. Jego wizję pozbawioną bohaterów, jak również typowej dla Marvela narracji, dosłownie dominuje mrok oraz beznadzieja. Jednocześnie gdzieś między kadrami wkrada nam się nietuzinkowy humor. Przykładowo na kartach „Małej Irlandii” obserwujemy zamachowca pozbawionego twarzy na wskutek wybuchu własnej bomby. To, co zostało przytrzymuje przezroczysta plastikowa maska, a gdy traci ją na wskutek zamieszania musi poskładać resztki facjaty… taśmą klejącą. Właśnie tego typu kwiatki wyłaniają się na poszczególnych stronach.

Do komiksu mogą przysiąść nowi w temacie, bowiem lektura objaśnia kim jest nas (anty)bohater. Niemniej scenariusz nie jest wielce skomplikowany, brakuje większych zwrotów akcji, choć pozytywnie zaskakuje opowieść o irlandzkich przepychankach na ulicach Nowego Jorku. Jednakże, jeśli znacie już twórczość Ennisa, to zapewne spodziewacie się wkradnięcia między wiersze politycznych rozważań scenarzysty. I w tym przypadku również tak jest, zwłaszcza że narracja ma miejsce w okolicach 2004 roku, czyli świeżo po zamachach na World Trade Center. Nie jest tego znowuż tak dużo, ale nawet dają trochę do myślenia.

Natomiast sam Punisher to postać dwuznaczna. Z jednej strony walczy z przestępczością, ale jego metody oraz przekonania, jeśli można je tak nazwać, rodzą wątpliwości. Stary, zamknięty w sobie żołnierz prowadzący prywatną wojnę w betonowej dżungli przez chwilę sam wygląda w naszych oczach jak maniak, którego trzeba zatrzymać za wszelką cenę. Eskalacja przemocy trwa nieustannie. Nikt jednak nie ma jaj żeby stanąć mu na drodze, a jeśli tacy się znajdą kończą marnie.

Reasumując Punisher MAX to kawałek ciężkiej lektury szczególnie pod względem klimatu i prowadzenia narracji, zdecydowanie odległej od tego do czego przyzwyczaił nas Marvel. Nie jest to wszakże pozycja idealna, ma swoje mankamenty, ale jako ukłon w stronę fanów Punishera, którzy od czasów TM-Semic i krótkiego epizodu Mandragory niebyli rozpieszczani, to jednak jawi się jako silny akcent w ofercie Egmontu.

Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękujemy wydawnictwu Egmont

promocja