Krytycy i dziennikarze na całym świecie nie byli zbyt przychylni nowemu filmowi Zacka Snydera. Pomimo krytycznych recenzji, widzowie zdecydowali wybrać się do kina na największe starcie superbohaterów w historii kina. Imponujące setki milionów, które film zarobił w pierwszy weekend wyświetlania w kinach świadczą o tym że ludzie mają gdzieś oceny mediów i sami najlepiej wiedzą co chcą oglądać. I bardzo dobrze, bo „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” jest filmem, który trzeba obejrzeć na dużym ekranie.

1

Jeżeli macie już dosyć kinowego uniwersum Marvela, DC Comics wraz z Warner Bros. przychodzą z odsieczą. Snyder pokazuje, że filmy o superbohaterach nie muszą być jedynie bezrefleksyjną produkcją stworzoną za grube miliony, która ma zapewnić masę rozrywki. „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” stoi gdzieś w rozkroku między ostatnimi, nieco poważniejszymi filmami Marvela a „Watchmen: Strażnikami” Snydera z rozmachem godnym „300”. Co ważne, film jest dużo lepszy od nienajlepszego „Człowieka ze stali”. Origin story Supermana miało masę błędów, dziur fabularnych, a film w pewnych momentach stawał się nieznośnie nudny. Wspólna produkcja o Rycerzu Gotham i kosmicie w czerwonej pelerynie naprawia wiele niedoskonałości poprzedniej produkcji Snydera, nie zapominając o samych korzeniach, czyli trylogii Nolana, do której w pewnych momentach „Świt sprawiedliwości” się odwołuje, choć trzeba pamiętać, że nie jest to bezpośrednia kontynuacja losów Bruce’a Wayne’a granego przez Christiana Bale’a.

Film w zasadzie można podzielić na dwie części. Pierwsza rysuje kontekst i nakreśla postaci. Mamy tu dużo polityki, wątków społecznych czy wręcz teologicznych (Superman traktowany jest niczym bóstwo). „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” w wielu momentach zdaje się nadganiać stracone lata wyścigu o prymat superbohaterskich produkcji. Przez masę wątków, produkcja ma szarpaną narrację, a w ogarnięciu chaosu nie pomaga montaż. Co prawda w pierwszej połowie filmu nie ma zbyt wiele akcji, a gdy już coś obiecującego dzieje się na ekranie, nagle okazuje się, że to koniec i przeskakujemy do innego miejsca i innej postaci. Skupienie aż takiej uwagi na postaciach drugo i trzecioplanowych, a także na masie wątków polityczno-społecznych tym bardziej wydaje się niepotrzebne, gdyż wiele, wydawałoby się ważnych postaci nagle znika (co jest uzasadnione fabularnie, ale niepotrzebnie poświęcono im aż tyle czasu), a poszczególne wątki urywają się, nie mając żadnego zakończenia.

maxresdefault

Druga połowa filmu ma już linearną konstrukcję scenariusza, a widz wciągnięty jest w sam środek akcji. Dopiero po ok. półtorej godziny, jesteśmy świadkami pierwszego i niestety ostatniego tytułowego pojedynku dwóch gladiatorów (co najpewniej zmieni rozszerzone o 30 minut dodatkowego materiału wydanie na DVD i Blu-Ray). To co jednak widzimy na ekranie jest starciem godnym aż takich zapowiedzi. Superman pokazuje, że jest najpotężniejszą istotę na planecie – ale od czego jest nieprzeciętna inteligencja Batmana, który z pomocą swoich gadżetów potrafi przechylić szalę zwycięstwa na swoją korzyść. Samo podłoże konfliktu jest rozczarowujące, bo panowie nie żywią do siebie aż takiej urazy, aby od razu rzucić sobie do gardeł, a są jedynie sprytnie manipulowani, a w konsekwencji zastraszani. Mimo tego pojedynek Batmana z Supermanem robi wrażenie od pierwszej chwili, przywodząc na myśl starcie Neo z agentem Smithem z „Matrix: Rewolucje” (rzęsisty deszcz zawsze najlepiej dodaje dramaturgii wielkim pojedynkom).

Jednak finał tego starcia to jedynie początek do tego, co Snyder i spółka nam przygotowali. Jak wiadomo ze zwiastunów, superbohaterowie będą musieli pokonać Doomsdaya. Miałem obawy, czy ostatnie starcie nie będzie potraktowane po macoszemu, czy nie będzie przypominać niesławnego pojedynku Dr. Dooma z Fantastyczną Czwórką z ostatniego filmu Josha Tranka. Nic bardziej mylnego. Doomsday, choć nie jest istotą rozumną, od początku kreowany jest na kogoś, kogo po prostu nie da się pokonać (W komiksach Superman zginął z jego ręki). W końcu jest Kryptończykiem, któremu ulega sam Superman. Na szczęście do pomocy ma jeszcze Batmana i Wonder Woman. Co najbardziej cieszy w „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” to skala i długość finałowych pojedynków, które powalają od pierwszej do ostatniej minuty, w żadnym momencie nie stając się absurdalną i niedorzeczną mieszanką klisz, schematów i kiczu, które są znakiem rozpoznawczym filmów Marvela.

4

Duża w tym zasługa kreacji głównego przeciwnika. Oprócz Doomsdaya, bohaterowie będą musieli zmierzyć się z Lexem Luthorem. U konkurencji brakuje wyrazistych i charyzmatycznych antagonistów. Taki sam był generał Zod z „Człowieka ze stali”. Tym razem jednak, główny przeciwnik to nie tylko rządny krwi socjopata, ale postać z głębokim rysem psychologicznym. Można co prawda czepiać się, że Lex Luthor jest po prostu kolejnym wcieleniem Jessego Eisenberga, przez co czasami razi swoją manierycznością, ale nie brakuje w nim odrobiny szaleństwa, która od razu przywodzi na myśl Jokera. Jednak ani razu nie sprawia, że jego popisy aktorskie są śmieszne, dzięki czemu jego postać ta balansuje na granicy szaleństwa i strachu.

5

Christian Bale jest bezsprzecznie najlepszym odtwórcą Batmana w historii. Jednak po piętach depcze mu krytykowany, a wręcz bojkotowany Ben Affleck. Jego kamienna twarz doskonale współgra ze zmęczonym Brucem Waynem w średnim wieku. Brak mu co prawda przebojowości Bale’a, ale można to rzucić na garb konwencji, gdzie playboy i miliarder ma już dość udawania, że nie jest Mrocznym Rycerzem. Affleck jako Bruce jest dobry, ale jako Batman – rewelacyjny. Co prawda fani Rycerza Gotham mogą nie akceptować jego wersji człowieka-nietoperza, głównie przez to, że Batman stał się dosłownie mrocznym mścicielem. Nie ma oporów przed zabijaniem czy nieuzasadnionym torturom. Nigdy jednak nie zabija wprost, bo posługuje się swoimi ikonicznymi gadżetami, lecz mimo wszystko pozostawia za sobą parę trupów. I nie mówię tu jedynie o alternatywnej rzeczywistości ze snu, noszącej miano „Knightmare”, która jest doskonałą odskocznią od głównego wątku filmu.

Na uwagę zasługuje jeszcze nieco inny styl walki Mrocznego Rycerza. Nie jest on już młodzieniaszkiem znanym z trylogii Nolana, więc nie może pozwolić sobie na korzystanie z całego wachlarza ciosów – jego metoda walki z efektownej stała się efektywna, czyli chce jak najmniejszym kosztem położyć na ziemię jak największą ilość przeciwników. Takie szczegóły robią ogromne wrażenie, nie tylko w przypadku postaci Batmana, ale i całego filmu. Ogromne wrażenie robi także nowy Batmobil, który nie jest ani opancerzonym wozem z trylogii „Mroczny Rycerz”, ani komiksowym pojazdem z „Batmana” Tima Burtona. Najbliżej mu do ruchomego czołgu z gry „Batman: Arkham Knight”, co oznacza, że żadna przeszkoda mu niestraszna.

6

Rekompensuje się także Henry Cavil. Nadal jest dosyć sztywny, ale pasuje do poważnej konwencji filmu. Tym razem Supermana da się polubić. Całą uwagę kradnie jednak Wonder Woman. Gal Gadot przez większość filmu gra po prostu podobnie do Anne Hathaway z „Mroczny Rycerz: Powstaje”, ale gdy wkracza na scenę w finałowym pojedynku, nagle Superman i Batman przestają mieć znaczenie (tym bardziej przy towarzyszącej jej motywie muzycznym, zresztą cały soundtrack koprodukcji Hansa Zimmera i Junkie XL zasługuje na pochwałę). Snyder niestety fetyszyzuje jej postać, zbyt nachalnie za każdym razem ukazując ją w slow mo, co szybko zaczyna męczy. Twórcy również nie boją się ukazywać atutów postaci i szybko zobaczymy na co Wonder Woman stać, pomimo tego, że postać ta doczeka się w przyszłym roku solowej produkcji.

Żeby nie było zbyt kolorowo, film ma kilka poważnych fabularnych braków i niedorzeczności. Motywacja Lexa Luthora nie jest do końca wyjaśniona, a motywy z trudnym dzieciństwem już zbyt ograne. Diana Price/Wonder Woman pojawia się w kilku momentach filmu i właściwie nie wiadomo co nią kieruje, tym bardziej w kontekście jednego z późniejszych wydarzeń. Pod koniec filmu, Lois Lane (niezła Amy Adams) wyrzuca broń z kryptonitu na dno zbiornika wodnego, aby dwie sceny później jej szukać (najwyraźniej sceny te są ofiarami montażu). Film też w niektórych momentach popada w przesadny dramatyzm, szczególnie w przypadku postaci Clarka Kenta. Tak samo jak i zakończenia, których jest w zasadzie kilka (co nigdy się nie sprawdza), dodatkowo próbują nadmiernie udramatyzować końcowe wydarzenia. Co prawda w jednym z wywiadów, Zack Snyder wyjaśnia okoliczności takiej decyzji, które są przekonujące, ale przeciętny widz niekoniecznie musi na nie trafić.

7

„Batman v Superman: Świt sprawiedliwości” jest odważnym krokiem ku stworzenia filmów o superbohaterach dla nieco starszego odbiorcy niż nastolatków, jak ma to miejsce u Marvela (czyli filmy dla wszystkich). Produkcja Snydera uderza w poważniejsze tony, choć fabularnie nie należy oczekiwać cudów, to po prostu sprawnie napisany scenariusz z kilkoma uproszczeniami i nienajlepszą narracją. Reżyser najlepiej czuje się jednak w widowiskowych scenach walki, a te robią kolosalne wrażenie. Ben Affleck sprawdza się jako Batman, a Henry Cavil zasługuje na drugą szansę. Do tego mamy zapowiedź zbliżającego się cross-overa ze wszystkimi członkami „Ligi Sprawiedliwych”. Widać, że DC Comics i WB nie zamierzają budować swojego uniwersum tak długo jak Marvel i z miejsca przechodzą do ofensywy. Jeżeli kolejne filmy będą tak dobre jak „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”, niedługo z TeamMarvel przejdę na stronę TeamDC. I pewnie nie tylko ja.

8/10

foto: Warner Bros. Entertainment Inc.