Gerard Butler po roli Leonidasa w „300” nie miał dobrej passy. Szybko awansował na bożyszcze kobiet, ale w równie zawrotnym tempie utracił to na co zapracował. Role w mało udanych komediach romantycznych okazały się gwoździem do jego zawodowej trumny. Kilka występów w nieco ambitniejszych produkcjach jak „Kaznodzieja z karabinem” czy „Koriolan” nie odmieniły jego losu. Pozostało mu jedynie odgrywać swoje opus magnum w różnych wysokobudżetowych filmach akcji. Teraz przyszła pora na wcielenie się w jednego z najpotężniejszych egipskich bogów w superprodukcji „Bogowie Egiptu” i nic nie wskazuje na to, że los aktora miałby się odmienić.

1

Ustępujący z tronu król Ozyrys (Bryan Brown) mianuje na swojego następcę swego syna Horusa (Nikolaj Coster-Waldau), boga wiatru. Na koronacji zjawia się dawno niewidziany wuj Set (Gerard Butler). W podarunku przynosi róg, który po zadęciu przywołuje armię najlepszych wojowników. Ta okazuje się być na usługach Seta, który zamierza walczyć o koronę króla Egiptu. Zabija swojego brata Ozyrysa i rani Horusa, zabierając mu dwoje sokolich oczu, skazując go tym samym na wygnanie i wieczną ślepotę. Kilka lat później kraj nad Nilem pogrąża się w chaosie. Wielu mieszkańców Egiptu wzięto w niewolę do budowy monumentu na cześć wielkiego boga Ra (Geoffrey Rush). Przeciw nowym porządkom buntuje się złodziejaszek Bek (Brenton Thwaites), nie czczący żadnego z bogów, do reszty pogrążony w miłości do Zayi (Courtney Eaton). Dziewczyna namawia chłopaka do włamania się do skarbca króla i wykradnięcia oczu Horusa, po to aby prawowity król powrócił i uratował ludność przed pogrążającym się w mroku Egiptem.

Jeżeli spodziewaliście się kolejnego „Starcia tytanów”, „Herculesa” czy skierowaną do nieco starszego widza wersję „Percy’ego Jacksona”, to wiecie już czego oczekiwać. „Bogowie Egiptu” są filmem bez fabuły, historii świata, porządnych dialogów czy nawet ciekawych postaci pierwszo i drugoplanowych. Wszystko zrobiono według jednej i tej samej modły, w duchu filmu przygodowego, gdzie ten zły łamiąc wszelkie prawa fizyki i czystej racjonalności przejmuje władzę nad całym państwem, chociaż naprzeciw siebie ma cały zastęp bogów. Produkcja pełna jest najróżniejszych głupot i dziur fabularnych, na opisanie których nie starczyłoby mi miejsca. Siedzący obok mnie ośmioletni chłopak (film wyświetlany jest w kinach również z dubbingiem, który wypadł całkiem znośnie), co chwile punktował kolejne fabularne niedoskonałości. Skoro scenarzystom nie udało się oszukać nawet ucznia szkoły podstawowej, to jak dojrzali widzowie mają czerpać rozrywkę z tworu tak głupiego, że nawet rzucane co i rusz żarty nie śmieszą, a zwyczajnie żenują.

2

Po reżyserze takich filmów jak „Mroczne miasto” i „Ja, robot” spodziewałem się dużo więcej. Brakuje tu jakiegokolwiek napięcia, a główne postacie denerwują od samego początku. Dlatego mniej więcej od połowy filmu, jesteśmy zmuszeni kibicować Setowi, który jako jedyny potrafi zaciekawić swoją postacią. Przynajmniej ma jasny cel do którego dąży, nawet jeżeli oznacza to zabarwienie Nilu na czerwono.

Nie mogło zabraknąć obowiązkowego dramatu, który tym razem ma miejsce już na początku filmu i to dwukrotnie. Zarówno Horus jak i Bec tracą swoje ukochane osoby, co napędza ich do późniejszej walki ze złym bogiem. Zanim dojdzie do ostatecznego starcia, bohaterowie przemierzą różne obszary starożytnej krainy, gdzie zmuszeni będą walczyć z mało rozgarniętymi sługusami Seta. Finał każdego starcia od samego początku jest znany, a samych potyczek jest tu nienaturalnie dużo. To pierwsze czym twórcy chcieli przykryć kiepski scenariusz.

Drugim są naprawdę niezłe efekty specjalne. Co prawda szybko się starzeją, bo już teraz głównie animacje postaci podczas walki mocno kuleją, co twórcy próbują tuszować szybkim, dynamicznym montażem i krótkimi scenami. Ale w „Bogach Egiptu” są momenty, które mogą spodobać się wizualnym purystom. Egipt wygląda nieco fantastycznie i nie do końca przypomina to co znamy z książek od historii, ale przy panoramach robi to ogromne wrażenie. Od samego początku wiemy na co poszła zdecydowana część budżetu.

3

Na pewno też niemało kasy wpłynęło na konta Gerarda Butlera, Nikolaja Costera-Waldau i Geoffreya Rusha. Aktorzy chyba od początku wiedzieli w jakim widowisku biorą udział, więc nie ma co spodziewać się fajerwerków z ich strony. Choć Gerrard Butler wybija się ponad resztę, bo i scenariuszowo ma trochę więcej do zagrania niż reszta. Nieco gorzej radzi sobie drugi plan. Elodie Yung jako bogini miłości Hathor oraz Courtney Eaton mają za zadanie ładnie prezentować się w kadrze, bo oprócz jednego wyjątku, są typowymi damami w opałach. Zawodzi także Chadwick Boseman w roli boga mądrości Thotha i znany z serialu „The Man in the High Castle” Rufus Sewell jako naczelny inżynier Seta.

4

„Bogowie Egiptu” to typowy film-wydmuszka, który ma ładnie wyglądać, przyciągnąć widzów do kin znanymi nazwiskami, nie mając w sobie za grosz historii. W odróżnieniu od filmów Marvela, w produkcji Alexa Prayasa nie otrzymujemy pożądanej dawki rozrywki. Już dawno nie czułem się tak znudzony podczas seansu, jak przy „Bogach Egiptu”. Zawinił przede wszystkim szczątkowy scenariusz i nieciekawe sceny walk, a w szczególności ostateczny pojedynek między Horusem a Sethem, w którym bóg powietrza walczy jak równy z równym ze swoim przeciwnikiem, chociaż ten ma w sobie moc wielu bogów. Protagonistę napędza oczywiście siła miłości i dobro – motywy wałkowane już tak wiele razy, że w takiej oprawie zwyczajnie nudzą. Tym bardziej, że wszystko jest łopatologicznie wystawione. „Bogowie Egiptu” to kolejny film, który udowadnia, że starożytnych bogów powinno zostawić się tam gdzie ich miejsce.

promocja