To, co Marvel wyczynia ze swoim komiksowym uniwersum na srebrnych ekranach jest wodą na młyn i miodem na uszy wszystkich miłośników rysunkowych historii. Poszczególnych tytułów można nie lubić, a niektóre z adaptacji krytykować za jedynie luźne powiązanie z komiksami, ale tak czy inaczej, filmy Marvela stanowią spójną całość i tworzą zwarte uniwersum. Doctor Strange zaś to jedna z potężniejszych postaci w tym barwnym świecie komiksowych herosów i fakt, że wreszcie doczekał się własnego filmu i to w takiej obsadzie, musi cieszyć. Coby nie przedłużać, zajrzyjmy do świata magii, do mistycznego wycinka uniwersum Marvela.

Doctor Strange - Benedict Cumberbatch

Doktor Dziwago

Stephen Strange, w którego wciela się bardzo wiarygodny Benedict Cumberbatch to genialny chirurg. Lekarz o złotych dłoniach, który prywatnie i zawodowo jest niestety aroganckim bufonem i karierowiczem, dla którego liczy się przede wszystkim on sam. Potrafi rzucić dowcipem, a przy tym daje się lubić, ale ze swoim rozdętym ego nie jest w stanie zmieścić się w jednym pokoju. Strange to taki dr House tylko, że młodszy, mniej zmanierowany i bardziej czarujący. To też Tony Stark, choć uboższy. Innymi słowy, Doctor Strange to typowy geniusz, tak trudny w obyciu, jak genialny.

Bohatera poznajemy u szczytu lekarskiej sławy, gdy świat stoi przed nim otworem. Nagle jednak, wszystko jasny szlag trafia! Szybkie auto, chwila nieuwagi, makabryczny wypadek. Dalej, operacja, następne operacje i w konsekwencji, trwałe uszkodzenie nerwów w dłoniach, co skutkuje niemożliwością wykonywania zawodu i zbierania dalszej chwały. Nasz bufon nie zamierza się jednak poddawać! Co to, to nie. Poszukuje pomocy metodami konwencjonalnymi, wydaje cały hajs na konsultacje i nowatorskie sposoby leczenia, aż kiedy nic nie działa wpada na trop gościa, który był dokumentnie sparaliżowany, a jednak chodzi, gra w kosza i w ogóle.

Doctor Strange

Bohater cudownego ozdrowienia wysyła Stephena na Wschód, do klasztoru Kamar-Taj, gdzie poznaje on Starożytną, zostaje jej uczniem, zgłębia tajniki sztuk mistycznych i staje w obronie naszego świata, któremu zagraża bydle Dormammu za sprawą innego bydlęcia – zbuntowanego Kaeciliusa. Jak widać, historia jest absolutnie standardowa. Gwiazdeczka ze szczytu spada na bruk, potem wraca na szczyt, ale w innej formie. Dochodzą do tego perypetie uczuciowe, walka z wielkim złem, dowcipy i takie tam. Choć klasyka może męczyć, Doctor Strange to spójne widowisko, którego jedynym słabszym momentem jest nagłe przyspieszenie historii i bieg na złamanie karku praktycznie do samego końca.

Doctor Strange to superbohaterska i aktorska pierwsza liga

Historię przedstawioną w filmie śledzi się z przyjemnością, a prawie wszystkie kreacje aktorskie są na świetnym poziomie. Dlaczego prawie? Otóż twórcy kompletnie zmarnowali potencjał Madsa Mikkelsena, co jest wręcz niewybaczalnym potknięciem. Jego Kaecilius jest okej, ale ma zdecydowanie zbyt mało powietrza na zaczerpnięcie oddechu pełną piersią. Scenariusz go ogranicza, przez co Mikkelsen nie jest w stanie uwiarygodnić swoich złych motywów. Słabizna.

Doctor Strange - Benedict Cumberbatch i Rachel McAdams

Całe szczęście, że Benedict Cumberbatch jest świetny! Oglądając jego popisy ma się wrażenie, że podobnie jak Robert Downey Jr facet urodził się do zagrania tej roli. Brawa należą się również Tildzie Swinton, której Starożytna wydaje się mocno wewnętrznie skonfliktowana, złożona i niejednoznaczna oraz dalekowschodnio eteryczna, co podkręca mistyczny klimat Doktora Dziwago. Miło ogląda się także Rachel McAdams portretującą Christine Palmer i to nie dlatego, że Rachel McAdams zawsze miło się ogląda, ale dlatego, że zwyczajnie pasuje do roli dobrodusznej, niekonfliktowej dziewuchy, która nie pyta, tylko zawsze i wszędzie śpieszy z pomocą. Szkoda jedynie, że postać Mordo jest mało spektakularna oraz dość ograniczona, choć trzeba przyznać, że Chiwetel Ejiofor ma dość charyzmy, by w przyszłości Barona Mordo wyciągnąć na wyżyny bandytierki.

Doctor Strange - Tilda Swinton

Bezsprzeczną zaletą Doctora Strange jest jego strona wizualna, która zapiera dech. Multiwersum, czyli rzeczywistość wielu światów przedstawione jest obłędnie, ukazując nam się jako przestrzeń kompletnie dla człowieka niezrozumiała, a Czarny Wymiar – dominium Dormammu – jest dziki, obcy, nieprzyjazny. Pieczołowitość kreacji świata i bazowanie na komiksowym oryginale sprawiają, że oglądając widowisko mam się chęć odstawić LSD na dobre, gdyż po pierwsze – chyba już nie działa, a po drugie – wcale nie musi, wystarczy włączyć sobie ten film. Można doceniać choreografię walki w innych filmach z uniwersum Marvela czy efekty specjalne, ale Doctor Strange wyznacza nowe standardy pod względem niczym nieskrępowanej kreacji świata wymykającego się naszemu pojęciu.

Pan Doktor, choć czarujący, nie zadziwia

Doctor Strange to świetny film. Trzyma w napięciu, ma wyrazistych bohaterów, jest obłędny wizualnie, a do tego bardzo dobrze zagrany. Okej, są drobne wyjątki, ale na tle innych superbohaterskich produkcji, poziom aktorski jest znacznie więcej niż satysfakcjonujący. To zwyczajnie bardzo dobry film, który bawi na wielu płaszczyznach i co ważne, nie wymaga od nas eksperckiej znajomości komiksowego uniwersum Marvela.

Doctor Strange

Ci jednak, którzy z obrazkowymi historiami są na bieżąco, docenią zaangażowanie twórców w oddanie klimatu pierwowzoru. Owszem, na ekranie pojawia się kilka przeinaczeń względem materiału źródłowego, ale wiele ważnych elementów albo przeinaczono z pomysłem i fantazją, albo oddano możliwie dokładnie. Przykładów tej pierwszej strategii znajdziemy w filmie sporo, natomiast wiernie przełożone są choćby tak istotne elementy, jak sam Doctor Strange, który wygląda jakby żywcem wyrwać go z komiksu. Ze swojej strony, tak zamiast podsumowania, zachęcam do wycieczki do kina, bo choć nie jest to produkcja idealna, a na pewno nie zadziwiająca pod jakimkolwiek – poza aspektem wizualnym – względem, to jednak daje mnóstwo radości.

8/10

promocja