Aż trzynaście lat Disney wraz z Pixarem kazali nam czekać na kontynuację przygód małej rybki Nemo, jego ojca Marlina i zapominalskiej Dory. Współczesne kino uwielbia rozdrabnianie się na drobne i wydawanie w pośpiechu kolejnych sequeli, ale jeżeli jest studio, które za nic ma podążanie za trendami, to jest nim właśnie Pixar. Jeżeli dalekosiężne plany studia nie uwzględniają kontynuacji, to nawet sam prezes Disneya nie zmieni tej decyzji, ale cokolwiek nie wyjdzie spod ręki artystów z Pixara, box office i tak będzie pękać w szwach. Jednak „Gdzie jest Dory?” jest pierwszą kontynuacją filmu sprzed lat, jakimi Pixar będzie nas raczył w najbliższym czasie. W kolejce czekają już „Auta 3”, „Toy Story 4” oraz „Iniemamocni 2”. Jeżeli wszystkie będą tak dobre jak kontynuacja „Gdzie jest Nemo?”, to młodsi widzowie będą mogli poznać zupełnie nowych bohaterów, a osoby urodzone w latach 90. z nostalgią przypomną sobie jak to jest być znowu dzieckiem.

1

Tym razem główną osią fabularną filmu jest poszukiwanie rodziców Dory (Joanna Trzepiecińska) – Jenny (Ewa Błaszczyk) i Charliego (Marek Barbasiewicz), których w ogromnym oceanie zgubiła lata temu. Dory, która cierpi na zanik pamięci krótkotrwałej i chętnie dzieli się tą informacją z innymi mieszkańcami podwodnego świata, nie pamięta gdzie się wychowała, ani nawet jak wyglądają jej rodzice. W poszukiwaniach pomagają jej Nemo (Karol Kwiatkowski) i Marlin (Rafał Sisicki). Trójka rybek trafia do Instytutu oceanografii, gdzie Dory zostaje złapana i zabrana do obserwacji przez pracowników instytutu. Niebiesko-żółta ryba z biegiem czasu zaczyna sobie coraz więcej przypominać z czasów, gdy była mała. W instytucie poznaje siedmiornicę Hanka (Andrzej Grabowski), wielorybkę Nadzieję (Anna Cieślak) oraz morświna Baileya (Rafał Cieszyński), którzy pomogą jej dostać się z powrotem do oceanu.

Dory w „Gdzie jest Nemo” była bardzo denerwującą postacią, przez swoje permanentne zapominalstwo. Pixarowi jednak udało się uczynić z tej postaci kogoś, komu szczerze współczujemy i przejmujemy się jej losem. „W gdzie jest Dory” wszelkie wady głównej bohaterki z irytujących stały się ważnym ogniwem dla napędzania scenariusza. Na jej zanikach pamięci krótkotrwałej oparta jest cała fabuła, przez co tytułowa bohaterka pakuje się w to coraz większe kłopoty. Dodajmy do tego główny wątek poszukiwań rodziców Dory, oraz w pewnym momencie samej niebiesko-żółtej rybki i dostajemy praktycznie to samo co w części pierwszej. Tym razem jednak zamiast poznawać wraz z bohaterami i ich nowymi przyjaciółmi oceanicznych głębin, spora część historii rozgrywa się na powierzchni w otoczeniu ludzi. Co początkowo można uznać za wadę, bo oceaniczny świat wykreowany przez Pixara urzeka swoim pięknem, to szybko okazuje się, że twórcy mieli pomysł na wykorzystanie infrastruktury stworzonej przez ludzi, a wyciągnięcie rybek na ląd okazało się strzałem w dziesiątkę.

2

Nie udałoby się to, gdyby nie barwne postacie pierwszo i drugoplanowe. Dory tym razem ciężko nie polubić, za to nieco gorzej wypada Marlin, ale nadrabia to ojcowskim instynktem w stosunku do Dory. Nemo wciąż co prawda pozostaje na uboczu, ale do ikony popkultury nie ma co się przyczepić, bo może w trzeciej części dostanie nieco więcej miejsca ekranowego. W końcu kiedyś będzie musiał dorosnąć i samemu wychować dziecko. Świetne wrażenie robi Hank, lekko cwaniakowaty, ale o dobrych trzech sercach siedmiornica (brak mu jednej macki), cierpiąca na krótkowzroczność i brak orientacji przestrzennej Nadzieja, a także Bailey, któremu brak pewności siebie. Niemal każda z postaci posiada jakąś dysfunkcję, przez którą musi w pewnych momentach polegać na innych. Pixar daje do zrozumienia dzieciom, że trzeba być tolerancyjnym, bo gdy nie otworzymy się na innych, możemy odsunąć od siebie osoby, które mogłyby stać się naszymi przyjaciółmi i na których moglibyśmy liczyć w każdym momencie.

3

Andrew Stanton po ogromnej finansowej porażce „Johna Cartera” mógł już nigdy nie dostać żadnego dużego projektu do realizacji. Jednak kto miał być odpowiedzialny za „Gdzie jest Dory?”, skoro nie ojciec serii. Stanton powrócił z niebytu, a nam widzom pozostaje cieszyć się z jego nowego filmu i oczekiwać kolejnych wielkich produkcji pokroju „WALL-E”. „Gdzie jest Dory” jest kolejnym filmem od Disneya i Pixara, na którym świetnie bawić będą się osoby w każdym wieku. Nie jest to co prawda poziom „Zwierzogrodu”, ani pod względem realizacyjnym, animacji, ani tym bardziej fabuły, ale też nie jest tak infantylnie jak w „Dobrym dinozaurze”. Pochwalić trzeba też stojący na wysokim poziomie polski dubbing. Andrzej Grabowski użyczający głosu Hankowi jest świetny, tak samo jak powracająca do roli Dory Joanna Trzepiecińska. Jedynie zbyt nachalny i ograny żart z Krystyną Czubówną bawi tylko za pierwszym razem, za kolejnym wyłącznie irytuje.

8/10

foto: Disney/Pixar
promocja