Kiedy 20 lat temu prezydent Thomas J. Whitmore grany przez Billa Pullmana wygłaszał płomienną przemowę na lotnisku o zjednoczeniu i niepodległości, nie mógł przewidzieć jak potoczą się dalsze losy świata. Dla filmowego świata wykreowanego przez Rolanda Emmericha oznaczał szybki postęp technologiczny, gdzie bazy na księżycu nikogo już nie dziwią, a wiedza o pozaziemskiej cywilizacji jest powszechna. „Dzień Niepodległości: Odrodzenie” idealnie wpisuje się w dzisiejszy problem z uchodźcami, samozwańczym państwem islamskim jak i pogłębianiu się eurosceptycyzmu co do dalszej integracji krajów europejskich. Lubujący się w spektakularnych katastrofach Emmerich za nic ma jednak politykę i jakkolwiek nie będziemy interpretować jego najnowszego filmu, to wciąż tylko łatwa, ale widowiskowa rozrywka, która dla niektórych może być nostalgiczną podróżą w przeszłość.

3

Ludzkość szybko podniosła się po ataku obcych na naszą planetę w 1996 roku. Wykorzystano zastaną na statkach obcych technologię, która pozwoliła rasie ludzkiej na skolonizowanie do tej pory niedostępnych planet. Technologię obcych wykorzystano również w wojsku, tworząc skomplikowane systemy obrony, aby kolejne ataki obcych odeprzeć bez tak ogromnych strat jak ostatnio. Obcy jednak mieli tyle samo czasu na przygotowanie się do kolejnej próby podboju Ziemi. Tym razem świat uratować będą musieli dwójka pilotów: pracujący na Księżycu Jake Morrison (Liam Hemsworth), syn kapitana Stevena Hillera – Dylan (Dylan Hiller), a także doktor David Levinson (Jeff Goldblum), prezydent Whitmore (Bill Pullman) i jego córka Patricia (Maika Monroe), pod przywództwem generała Adamsa (William Fichtner).

„Dzień Niepodległości: Odrodzenie” żeruje na nostalgii, ale nie jest to tania próba przekupienia nieco starszych widzów, którzy wciąż w głowie mają świetny występ, wkraczającego do wielkiego filmowego świata Willa Smitha. Tym razem bitwa z kosmitami rozegra się bez tego aktora, ale na powroty narzekać nie możemy, bo Emmerichowi udało się skompletować większość obsady z pierwszej części. Najlepiej wciąż wypadają Jeff Goldblum oraz Bill Pullman, którzy dodają do filmu sporo humoru, ale i patriotycznego patosu, który po raz kolejny wylewa się z ekranu, lecz ma on o wiele pozytywniejszy wydźwięk, w przeciwieństwie do chociażby produkcji Michaela Baya. Fanów jedynki ucieszy również spora rola Judda Hirscha i Brenta Spinera. Podobać może się wyobrażenie naszego świata po 20 latach od zdobycia technologii, która dała potężnego kopa w rozwoju całej ludzkości, a dzięki wojnie z kosmitami, przywódcy wielu mocarstw stworzyli swoistą koalicję. Międzynarodowa współpraca ma również wydźwięk w samym filmie, a Rolandowi Emmerichowi nikt nie zarzuci, że nie próbuj zerwać ze złym hollywoodzkim wizerunkiem, w którym rządzi biały mężczyzna.

2

Światowym przywódcą, bo tak można nazwać nowego prezydenta USA, jest kobieta, do której należy decydujący głos w sprawach walki z obcymi przybyszami. Bazą na Księżycu dowodzi chiński generał, zaś czołowymi pilotami jest jego krewna oraz syn Stevena Hillera. Dbałość o równouprawnienie przyniosłoby jeszcze lepsze skutki, gdyby odpowiednio dobrano młodą obsadę. Do samego Liam Hemswortha ciężko się przyczepić, bo dla niego tego typu widowiska to chleb powszedni, ale dostaje zbyt mało uwagi na ekranie, a wyimaginowany konflikt z postacią graną przez Jessiego Ushera starcza na parę minut. Nie najlepiej wypada również Maika Monroe, wiecznie martwiąca się losem swojego ojca lub ukochanego Jake’a Morrisona. Zawodzi też Travis Tope, którego głównym zadaniem jest rozluźnienie emocji towarzyszącemu podczas walk z kosmitami. Młoda obsada spisuje się zdecydowanie gorzej niż ta, którą znamy z pierwszej części, a sporą wadą filmu jest mnogość postaci, przez co żaden z bohaterów nie otrzymuje dostatecznej liczby minut. Gdyby wyciąć kilku nowych bohaterów, film mógłby wiele na tym zyskać.

4

Koniec końców Rolandowi Emmerichowi udał się powrót po 20 latach do jednego z najlepszych jego filmów. „Dzień Niepodległości: Odrodzenie” nie jest produkcją ani dobrą, ani złą, jest po prostu widowiskową, niezobowiązującą rozrywką, ze słabo napisanymi postaciami z ledwie co liźniętymi wątkami i pełną absurdów fabułą. Twórcy muszą jednak mocno wierzyć w kasowy sukces filmu, skoro zakończenie rzuca nam zapowiedzią co najmniej jeszcze jednej części, zamykającą trylogię.

5/10

foto: Twentieth Century Fox Film Corporation
promocja