Jeszcze żaden film w historii nie wzbudził tak dużych kontrowersji jak restart serii „Ghostbusters. Pogromcy duchów”. Pierwszy zwiastun nowego filmu Paula Feiga został dosłownie zmiażdżony w internecie, a liczba niepochlebnych opinii musiała zrobić wrażenie na samych twórcach, którzy później musieli się tłumaczyć. Kolejny trailer nieco przyhamował krytykę fanów pierwszej części z 1984 roku. Film ostatecznie wszedł do kin i ku zdziwieniu niektórych, zaczął zbierać niezłe recenzję. Każdy kto chciał wybrać się do kina, aby później móc go hejtować, muszę niestety zmartwić, bo film Paula Feiga jest niezłym letnim blockbusterem, który sprawdza się jako płytka fabularnie, ale efektowna i satysfakcjonująca rozrywka.

1

Tytułowymi pogromcami duchów tym razem okazuje się czwórka nowojorskich kobiet. Erin Gilbert (Kristen Wiig) liczy na etat na prestiżowej uczelni, ale wychodzą na jaw pewne zawstydzające fakty z jej życia, które za wszelką cenę chce zatuszować. Odwiedza więc dawno niewidzianą byłą przyjaciółkę Abby Yates (Melissa McCarthy), z którą przed laty napisała naukową książkę o zjawiskach paranormalnych. Na miejscu okazuje się, że Abby pracuje w mało renomowanej uczelni, gdzie prowadzi dalsze badania nad duchami. Pomaga jej w tym Jillian Holtzmann (Kate McKinnon). Wkrótce panie otrzymują pierwsze zlecenie, gdzie mają zbadać tajemniczą posiadłość, w której obecnie znajduje się muzeum, a zagnieździł się duch dawnej właścicielki. Zafascynowane pierwszym widzianym osobiście duchem, a także brakiem lepszych perspektyw, zakładają własne centrum badawcze na piętrze chińskiej restauracji. Wkrótce później do składu dołącza Patty Tolan (Leslie Jones), zaintrygowana zobaczeniem ducha na stacji metra.

„Ghostbusters. Pogromcy duchówokazują się nie być feministycznym manifestem, jak niektórzy to wieszczyli po ogłoszeniu, że Billa Murraya i reszty ferajny zastąpią kobiety. Największe doświadczenie w komediowych produkcjach z obecnego składu ma Melissa McCarthy, która miała okazję pracować z Paulem Feigem przy trzech jego poprzednich filmach. Aktorka nie jest tak przerysowana i nieznośnie irytująca jak w „Szefowej” czy „Tammy”, ale jej postać jest niestety najnudniejsza ze wszystkich pań, a samej aktorce najwyraźniej ciąży, że to Kristen Wiig gra tu pierwsze skrzypce. Postać Erin Gilbert nie dość, że jest najlepiej zagrana przez naprawdę doskonałą i naturalną w tej roli Wiig, to jako jedyna potrafiła tchnąć nieco życia w swoją postać, dodatkowo stając się świetną liderką dla całej grupy z lekką fiksacją nt. recepcjonisty pogromczyni duchów. Chris Hemsworth z łatwością kradnie cały film dla siebie. Rola głupkowatego Kevina doskonale kontrastuje z poważnym Thorem. Miejmy nadzieję, że aktora częściej będziemy oglądać w tego typu produkcjach.

3

Decyzja o restarcie serii nie była udana. Po ponad 30 latach od powstania pierwszej części, można byłoby nakręcić sequel z prawdziwego zdarzenia z poszanowaniem obu filmów Ivana Reitmana. Twórcy co prawda wielokrotnie puszczają oko do widza znającego oryginalnych „Pogromców duchów”, ale o wiele zgrabniej zarówno dla filmu jak i samych widzów byłoby, gdyby bohaterki znały dokonania poprzedniego składu, a jedynie przejęły pałeczkę po nich, zamiast wszystko tworząc od nowa. Przez to wszystko mamy tu wiele paradoksów, jak chociażby z powstaniem loga czy samej broni do walki z duchami. Z ciężkim bólem serca wspominam o gościnnych występach Billa Murray’a wcielającego się w sceptyka paranormalnych zdarzeń, Erniego Hudsona jako wujka jednej z bohaterek, pojawiającego się na kilka sekund(!) Dana Aykroyda jako taksówkarza oraz Annie Potts powracająca jako recepcjonistka i Sigourney Weaver jako mentorka dla Holtzmann, a wszystko to zrobione bez smaku i wyczucia.

4

Mimo wszystko Paul Feig nie zbezcześcił marki, choć w świadomości wielu postrzeganie marki „Pogromcy duchów” w ogóle się nie zmieni i wciąż będzie kojarzyć się ze starą ekipą. „Ghostbusters. Pogromcy duchów” to mimo wszystko niezły, choć pełen błędów, nienajlepszej historii i przeciętnych postaci letni blockbuster, na którym można się doskonale bawić, nie raz nawet pośmiać, a chwilami nawet wystraszyć, bo film otwiera scena niczym z rasowego horroru, gdzie dosłownie można podskoczyć na fotelu. Produkcja Paula Feiga ma spory potencjał, który być może zostanie należycie wykorzystany w ewentualnej kontynuacji, która wcześniej czy później musi powstać.

6/10

foto: SONY PICTURES ENTERTAINMENT INC.
promocja