Okulary wirtualnej rzeczywistości to już nie przyszłość, a teraźniejszość. Do końca roku na rynku pojawią się okulary VR od trzech różnych producentów. Już teraz na każdą z nich, zapowiedzianych jest kilka gier, oferujących zupełnie nowe doświadczenia. Co jednak z filmami? Na to pytanie odpowiedź ma debiutujący na dużym ekranie Ilya Naishuller. „Hardcore Henry” to prawdziwa gratka dla wszystkich miłośników nietypowych produkcji, w której zakochają się wszyscy fani gier first-person shooter.

1

Cały film został nakręcony z oczu bohatera. POV sprawia, że tytułowym bohaterem jest każdy z widzów. Co prawda nie mamy kontroli nad poczynaniami Henry’ego na ekranie, ale w żadnym momencie filmu nie widzimy jego całej twarzy (pojawia się na moment jedynie nierozpoznawalny fragment), a w procesie przywracania go do życia, nie zainstalowano mu modułu głosu. Wszystko to sprawia, że immersja w tym filmie jest nie mniejsza niż w popularnych strzelankach pierwszoosobowych.

Henry (widz) budzi się w laboratorium bez ręki i nogi. Pierwsze co widzi, to kobietę w białym kitlu, podającą się za jego żonę. Estelle (Haley Bennett) jest naukowcem, nadzorującą pracę nad nowatorską technologią umożliwiającą przywrócenie do życia zmarłego. Po podłączeniu biomechanicznej ręki i nogi, Henry przechodzi różne testy. Laboratorium zostaje znienacka zaatakowane przez Akana (Danila Kozlovsky) i jego armię. Blondwłosy jegomość, notorycznie unikający kontaktu wzrokowego, za pomocą swoich kinetycznych mocy, chce dorwać Henry’ego i jego żonę. Estelle ma pomóc mu w stworzeniu armii podobnych do głównego bohatera cyborgów. Henry musi za wszelką cenę powstrzymać Akana, a pomóc mu w tym ma tajemniczy Jimmy (Sharlto Copley).

2

„Hardcore Henry” pełny jest odniesień do popkultury, szczególnie gier wideo. Już na samym początku dowiadujemy się, że Henry cierpi na amnezję, co jest stanowi częsty punkt wejścia wielu gier, szczególnie z gatunku cRPG. Podczas ucieczki Henry’ego i jego żony z laboratorium, tytułowy bohater otwiera drzwi, które prowadzą wprost w przepaść. Oglądamy wtedy biało-czerwoną stylistykę sterowca i poszczególnych jego elementów, które przywodzą na myśl „Mirror’s Edge”. Dalej jest już tylko szybciej, więcej i goręcej i to dosłownie, bo każda nowa lokacja, czy to opuszczony budynek, przejażdżka przez miasto autobusem, czy las, stawia przed Henrym nowego bossa do pokonania, a są nim chociażby facet z miotaczem ognia, generał wojsk Akana i armia ledwo co stworzonych cyborgów.

Oczywistym nawiązaniem są gry FPS, z których Ilya Naishuller czerpie pełnymi garściami. Najwięcej tu „Call of Duty”, więc nie mogło zabraknąć obowiązkowej misji snajperskiej (zbliżonej, choć mniej emocjonującej niż ta w czwartej odsłonie cyklu). Gdy dochodzi do prawdziwej rozwałki, więcej tu „Dooma”, „Quake’a” czy „Unreal Torunament” niż taktycznego shootera. Gdyby tego było mało, reżyser kopiuje jedną z misji z serii „Hitman”, choć zamiast powolnego przekradania się za plecami wrogów, główny bohater wyrzyna ich w pień. Nie zabrakło również skrzydlatych świń, które są bezpośrednim odniesieniem do serii „Duke Nukem”, czy obrony budynku przed falami wrogów, łudząco przypominających zombie (co zapoczątkowała piąta odsłona serii „Call of Duty”). Wszystko to spaja nawiązanie do „Sin City”, czyli armia półnagich i seksownych zabójczyń, nie stroniących od bezkompromisowej przemocy.

3

„Hardcore Henry” to jazda bez trzymanki, prawdziwy rollecoaster bezpardonowej, krwawej, ale przy tym radosnej akcji w stylu takiego chociażby „Cranka”. Nie raz widzowi może zakręcić się w głowie od chaotycznych scen akcji i szybkiego montażu. Twórcy w najlepszy możliwy sposób próbują zatuszować wszelkie montażowe ścinki, w końcu gdyby akcja filmu rozgrywała się w czasie rzeczywistym, film zamiast 90 minut trwałby pewnie trzy razy tyle. Niemniej ciężko nie odnieść wrażenia, że montaż zaburza nieco wczuwanie się w głównego bohatera, tak samo jak „rybie oko”, przez które widzimy to samo co bohater filmu, niestety zniekształca ono postrzeganą rzeczywistość. Produkcja nadrabia doskonałą inscenizacją, dzięki której na pewne niedoróbki techniczne można przymknąć oko.

Historia w filmie, jak łatwo przewidzieć, nie należy do najlepszych i najciekawszych. Fabuła jest jedynie pretekstem do kolejnych scen walki, a jej poziom skomplikowania nie zawstydziłby nawet starusieńkiego Mario. Zresztą obie produkcje mają bardzo zbliżone historie. Henry musi uratować swoją żonę z łap Akana, powstrzymując tym samym głównego złego w epickiej walce na śmierć i życie pod koniec filmu. Co prawda twórcy serwują nam dwa zwroty akcji, ale te bardzo łatwo przewidzieć. W takiej produkcji jak „Hardcore Henry” fabuła to jednakże sprawa trzeciorzędna, więc jej fragmentaryczność nie jest aż tak odczuwalna. Co prawda scenarzyści mogliby pokusić się o wyjaśnienie losów Henry’ego przed momentem jak obudził się w laboratorium. Nie dowiemy się także skąd Akan ma swoje moce, a film urywa się zaraz po tym, jak Henry kończy swoją misję. Brak tu jakiegokolwiek wyjaśnienia, choć też nie zostaniemy uraczeni żadnym cliffhangerem.

4

Aktorsko film nie stoi na wysokim poziomie, bo i aktorzy nie mają zbyt wiele do odegrania, a Haley Bennett po początkowym bardzo dobrym wrażeniu, pod koniec filmu z okropną teatralnością odgrywa swoją rolę. Na szczęście zawsze znajdzie się wyjątek od reguły. Jest nim (oczywiście) jak zawsze świetny Sharlto Copley, przez cały film pojawiający się w różnych miejscach jako rózne osoby. Jego bohater potrafi bowiem przybierać różne postacie. Niezależnie od tego w jak brawurowy sposób zginie (a ginie bardzo często), odradza się gdzie indziej jako ktoś odmienny. Sprawia to, że aktor mapole do popisu, a każda z jego ról dostarcza sporej dawki humoru. Raz jest bezwzględnym agentem, innym razem hipisem palącym bezustannie zielsko, a jeszcze innym razem zwariowanym narkomanem lubującym się w domach uciech. Jeżeli cała ta idea „Hardcore Henry’ego” nieszczególnie do was przemawia, to wybierzcie się do kina chociażby dla doskonałej roli Sharlto Copleya.

6/10