W przeciągu tygodnia pojawiły się w kinach dwie superprodukcje z Gerardem Butlerem w roli głównej. Obie nastawione na szybką akcję, brutalną walkę na śmierć i życie, efekty specjalne i nieambitną, ale satysfakcjonującą rozrywkę. Za pierwszym razem ta sztuka się nie udała, więc z odsieczą przychodzi Mike Banning – najtwardszy z ludzi prezydenta oraz tytułowy Londyn, który ku uciesze widzów zniszczono na ekranie. Co do jakości „Londynu w ogniu” można było mieć sporo obaw po pierwszej, mało udanej części, ale pomimo problemów z produkcją (dwóch reżyserów odmówiło przed Babaką Najafim), udało się stworzyć kolejny sensacyjny film, o którym zapomina się zaraz po wyjściu z kina, ale spędzony z nim czas nie jest czasem straconym.

1

Mike’a Banninga (Gerard Butler) czeka kolejne trudne zadanie – ma zostać ojcem. Z niecierpliwością oczekuje przyjścia na świat swojego dziecka. Z tej okazji dostaje tygodniowy urlop, który jednakże szybko musi przerwać, aby towarzyszyć prezydentowi w podróży do Londynu. W stolicy Anglii odbędzie się bowiem pogrzeb premiera Wielkiej Brytanii, który nagle zmarł na atak serca. W pogrzebie tym weźmie udział większość przywódców państw z prezydentem Francji, Włoch, Kanady, Japonii i kanclerz Niemiec na czele. Dla żądnych zemsty terrorystów będzie to świetna okazja do przeprowadzenia ataku. Jeszcze przed pogrzebem dochodzi do wybuchów w kilku częściach miasta. Jedynie prezydentowi USA Benjaminowi Asherowi (Aaron Eckhart) udaje się wyjść cało z zasadzki, a wszystko dzięki chłodnej głowie Mike’a Banninga, który teraz musi bezpiecznie odeskortować prezydenta do samolotu, znajdującego się w drugiej części miasta.

Nie byłem fanem „Olimpu w ogniu”. Uważam ten film za wtórny, pełen wad, głupi, naiwny i podany w nienaturalnie propagandowy i pompatyczny sposób. Ileż można oglądać powiewającą flagę Stanów Zjednoczonych przed Białym Domem. Na szczęście druga część zabiera nas do Londynu, więc w zdecydowanie bliższe nam miejsca, gdzie patriotyzm opiera się na nieco innych zasadach. Zapomnijcie zatem o babolach z poprzedniego filmu, bo najwyraźniej producenci potrafią uczyć się na własnych błędach. Nie oznacza to jednak, że „Londyn w ogniu” jest filmem dobrym, bo to wciąż lekki, popcornowy akcyjniak, który tym razem nie udaje, że jest czymś więcej niż prostym, kiczowatym filmem, którego jedynym zadaniem jest dostarczenie rozrywki widzowi – i w tym aspekcie spełnia się całkowicie.

2

Reżyser całkiem sprawnie tworzy napięcie w początkowych partiach filmu. Doskonale wiemy, że coś się wkrótce wydarzy, choć nie mamy pojęcia kiedy ani jak. Gdy już dochodzi do właściwej akcji, emocje opadają, kolejne osoby giną, a że niespecjalnie nam na nich zależy, to skupiamy się wyłącznie na kolejnych krwawych i często brutalnych (wręcz sadystycznych) egzekucjach Banninga. Jednak pod koniec filmu, gdy dochodzi do eskalacji konfliktu, reżyser prezentuje nam bardzo udaną scenę obławy na budynek zajęty przez terrorystów. Scena przywodzi na myśl misje z serii „Call of Duty”, dzięki płynnym przejściom, nierwanemu montażowi i wybuchowej akcji, tylko po to by chwilę później przerodzić się w coś na wzór „Splinter Cella”, czyli powolną eliminację przeciwników w ciemnych pomieszczeniach.

I tam jak podczas wymian ognia reżyser czuje się pewnie w swoich założeniach, tak zupełnie nie potrafi wykorzystać potencjału drzemiącego w aktorach. Gerard Butler nie jest wirtuozem gry aktorskiej, ale jego rola sprowadza się do bycia mięśniakiem, maszyną do zabijania, bez jakichkolwiek wątpliwości i skrupułów – a przecież bliska perspektywa zastania ojcem mogłaby zmienić jego światopogląd i podejście do wykonywanej pracy. Scenarzyści nawet nie potrafili włożyć mu w usta przekonujących i zwyczajnie fajnych tekstów, zamiast tego postać rzuca kolejne bezpłciowe powiedzonka, które zaczerpnięte zostały od samego Arnolda Schwarzeneggera. Towarzyszący mu Aaron Eckhart to wciąż ten sam poczciwy, mądry i czuły prezydent, który niczym Rejtan dałby pokroić się za własny kraj. Nie straszne mu strzelanie do terrorystów czy zestrzelenie helikoptera w którym leci, bo przecież przeszedł już straszniejsze rzeczy w Waszyngtonie. W przerwach między kolejnymi ucieczkami daje życiowe rady swojemu szefowi ochrony w sprawach ojcostwa. Jednym słowem nuda. Nawet Morgan Freeman w roli wiceprezydenta Allana Trumbulla rozczarowuje, tym bardziej, że pojawia się sporadycznie i to wyłącznie z zatroskaną miną.

3

Słabą ekspozycję głównych bohaterów ratują nieco kumpelskie relacje Banninga i Ashera. Mało kto odważyłby się na takie docinki i to w takiej sytuacji prezydentowi jednego z najważniejszych państw na świecie. Niestety humor stoi na podobnym poziomie co efekty specjalne, czyli bardzo słabym i można jedynie zachodzić w głowę, po co aż tyle tego upchnięto do filmu. Po „Londynie w ogniu” nie spodziewałem się niczego lepszego od pierwszej części, dlatego też film Babaka Najafi jest dla mnie małym zaskoczeniem, bo to całkiem przyjemne, nieangażujące kino rozrywkowe, idealne na wciąż chłodne dni.

promocja