Spektakularna obsada pełna gwiazd nie gwarantuje dobrego filmu. Boleśnie przekonał się o tym John Hillcoat, który do swojego najnowszego filmu zatrudnił aktorów znanych z kinowych blockbusterów jak i seriali telewizyjnych. W teorii oznaczało to pewny hicior – a jednak w praktyce”Psy mafii” zawodzą na całej linii. Film jest ofiarą przesytu i nadmiaru ambicji twórców, którzy najwidoczniej chcieli zrobić widowisko na jakie kino gangsterskie zasługuje od czasów „Gorączki” Michaela Manna.

1

Już na wstępie poznajemy piątkę głównych złoczyńców. Michael Atwood (Chiwetel Ejiofor) jest mózgiem operacji. Doświadczony eks-żołnierz wykonuje zadania zlecone przez Irinę Vlaslov (Kate Winslet), żonę wpływowego rosyjskiego gangstera, którego sam Putin bał się na tyle, że zesłał go do gułagu. Irina szantażuje go synem Felixem (Blake McLennan), którego matką jest jej siostra Elena (Gal Gadot). Wraz z braćmi Welch – Russellem (Norman Reedus) i Gabem (Aaron Paul) oraz gliniarzami Franco Rodriguezem (Clifton Collins Jr.) i Marcusem Belmontem (Anthony Mackie) napadają na bank, aby wykraść skrytkę, która pomoże Irinie w uratowaniu męża. W międzyczasie Chris Allen (Casey Affleck) zostaje przeniesiony do nowego wydziału, a jego partnerem zostaje Marcus. Sprawą napadu zajmuje się doświadczony detektyw Jeffrey Allen (Woody Harrelson), wujek Chrisa.

Fabuła „Psów mafii” z pozoru może wydawać się skomplikowana, w końcu każda postać jest z innymi w jakiś sposób powiązana. Jednak nie liczcie na skomplikowane rysy psychologiczne bohaterów, ani tym bardziej na odkrycie ich przeszłości. Bohaterów w tym filmie jest tylu, że czasu starcza jedynie na bieżące wydarzenia, a i tak wątki szybko przeskakują po sobie, przez co ciężko jest wskazać jedną, konkretną postać, która byłaby główną. Powoduje to, że widz nie znajduje ani jednej postaci, której mógłby kibicować. Sytuacji nie ratuje to, że w  „Psach mafii”, aż do finału, wszystko jest czarno-białe.

2

Początkowo rabunkowa ekipa robi wrażenie swoim profesjonalizmem i podziałem ról podczas przygotowań. Jednak wszystkie karty zostają szybko odkryte . Michael jest kochającym ojcem, za wszelką cenę chce odzyskać syna, ale brak mu kręgosłupa moralnego, bo nawet największy rodzinny dramat nie usprawiedliwia pozostawienia za sobą rzeki krwi. Rusell to po prostu kolejne wcielenie Normana Reedusa, który jest mieszanką Daryla z „The Walking Dead” i Murphy’ego MacManusa ze „Świętych z Bostonu”. Gabe to najsłabsza postać ze wszystkich, a Aaron Paul nie popisuje się niczym nowym, będąc karykaturalną wersją Jesse’ego z „Breaking Bad”. Nieco lepiej wypada dwójka skorumpowanych gliniarzy z Anthonym Mackiem na czele. Aktor znany z uniwersum Marvela, próbuje coś zrobić ze swoją postacią, co wychodzi mu z różnym skutkiem, a że jako jedyny ma jakiekolwiek wątpliwości co do swoich działań, może stać się ulubieńcem widzów.

Rozczarowują bohaterowie po drugiej stronie barykady. Świeżak Chris Allen jest nudnym, zblazowanym, zmęczonym życiem gliną. Może dziwić decyzja twórców, że nie zrobili z niego  centralnej postaci, która rozprawia się ze złymi gangsterami, ale patrząc na to jak zmianieryzowany Casey Affleck męczy się na ekranie, ciężko byłoby zrobić z niego kogoś wartego polubienia. Woody Harrelson za to gra na autopilocie, nie starając się zbytnio rozwinąć swojej postaci, a szkoda, bo czasu ekranowego nie ma zbyt dużo. Nie najlepiej jest również w kobiecych kreacjach. Jedynym zadaniem Gal Gadot to ładnie prezentować się w kadrze, pokazując jak najwięcej ciała. Kate Winslet z okropnymi, wylakierowanymi włosami od początku do końca gra na tej samej linii, przez co wyrachowana natura jej postaci szybko staje się nieznośna.

3

„Psy mafii” czerpią pełnymi garściami z „Gorączki” Michaela Manna (pierwszy napad) czy kina Davida Ayera (policyjny nalot), ale w filmie brakuje napięcia, pierwiastka niepewności co wydarzy się dalej. Kolejne intrygi są mało ciekawe, a gdy w kulminacyjnym momencie dochodzi do kilku zdrad, jedyne co można zrobić to po raz kolejny podczas seansu ziewnąć. Gdyby na samym początku została nakreślona w fabule jakaś tajemnica, tak jak np. w „Infiltracji” Scorsese i nie wiedzielibyśmy kto kim jest, filmowi wyszłoby to na dobre. Jedynie co naprawdę się udało Johnowi Hillcoatowi to bardzo dobrze zrealizowana sekwencja pierwszego napadu – ale to trochę za mało, tym bardziej, że to co najlepsze  ma miejsce już na samym początku.