Paradoksalnie zatrudnienie J.J. Abramsa jako reżysera siódmej części „Gwiezdnych Wojen” okazała się zbawieniem dla przyszłości serii „Star Trek”. Jego „W ciemność” ustępowało pierwszej części po restarcie kinowego uniwersum i można było być pełnym obaw, czy seria nie zaliczy tendencji spadkowej. Na szczęście na stołku reżyserskim Abramsa zastąpił Justin Lin, znany przede wszystkim z czterech odsłon „Szybkich i wściekłych”. „Star Trek: W nieznane” to zdecydowanie najlepsza odsłona o przygodach załogi Enterprise.

1

Załoga Enterprise pod dowództwem kapitana Jamesa T. Kirka (Chris Pine) wykonuje pięcioletnią misję w przestrzeni kosmicznej. Trafiają do Yorktown, gdzie zostaje przechwycony statek kosmiczny z kobietą proszącą o misję ratunkową dla jej statku i całej załogi. Enterprise dostaje nową misję. Na miejscu wpadają w pułapkę zastawioną przez tajemniczego Kralla (Idris Elba), który ma dawne rachunki do wyrównania z Flotą.

Nie tylko zmiana reżysera, ale również scenarzysty przyniosła pozytywne zmiany. W miejsce Alexa Kurtzmana, głównym scenarzystą został Simon Pegg, który wcześniej pisał scenariusze wyłącznie do komedii gdzie grał główne role. Jego komediowe zacięcie jest obecne w wielu momentach „Star Trek: W nieznane”, więc o sztywnych i zbyt poważnych „Star Trekach” możecie zapomnieć. Sama historia jest sprawnie napisana i potrafi zaciekawić widza, ale nowy duet Lin&Pegg popełnia te same błędy co Abrams&Kurtzman, którzy nie potrafili tchnąć życia w bohaterów. Ani przez moment nie czuć zagrożenia dla głównych postaci, a gdy ginie jeden z załogantów Enteprise w okropnych okolicznościach, nam pozostaje machnąć ręką i dalej oglądać to zapierające dech widowisko.

2

Fabuły w filmie starcza na godzinę, ale kto jak nie Justin Lin miałby zapełnić pozostałą godziną znakomitymi scenami akcji. „Star Trek: W nieznane” przestał być filmem w konwencji kina nowej przygody jak pozostałe części, a stał się widowiskowym filmem akcji z prawdziwego zdarzenia, gdzie nie ma czasu na budowanie uniwersum i chęć przeżycia przygody, skoro cały czas rozgrywana jest walka o życie, nie tylko głównych bohaterów, ale i całego znanego świata.

Pozytywne wrażenie robi także główny przeciwnik tego odcinka kinowego uniwersum. Krall ma za sobą niejasną przeszłość, a jego motywację są na tyle wiarygodne, że nawet końcowy zwrot akcji potrafi zaskoczyć. Nieco gorzej twórcom wypada rozwiązanie problemu z brutalnymi najeźdźcami, przez co mamy tu klasyczny motyw jednostki pokonującej całą armię, w tym przypadku niewielkich statków.

3

Tym razem o wiele więcej czasu na ekranie dostają Chekov (Anton Yelchin) oraz Bones (Karl Urban), którzy nie robią już za dekorację dla reszty głównych bohaterów, ale są bardzo ważnymi członkami załogi. Wielkim plusem „Star Trek: W nieznane” jest wzajemna relacja Bonesa ze Spockiem (Zachary Quinto), która dostarcza sporo humoru.

„Star Trek: W nieznane” to jak do tej pory najlepszy blockbuster tego lata. Justinowi Linowi udało się stworzyć film lekki, efektowny ale i w pewien sposób angażujący, nawet jeżeli postacie, jakkolwiek nie zostały zagrane, a przeważnie na dobrym poziomie, to i tak stanowią jedynie przerywnik dla kolejnych scen przy wykorzystaniu efektów specjalnych na najwyższym poziomie. Szkoda jedynie, że zaraz po seansie z tej efekciarskiej sieczki niewiele zostaje, ale dwie godziny trwania filmu ciężko uznać za zmarnowane.

8/10

foto: Paramount Pictures