Filmowe adaptacje gier nie mają się najlepiej. Ledwo co w kinach mogliśmy oglądać niezbyt udane przygody „Ratcheta & Clanka” oraz odnoszące sukcesy finansowe, ale również skierowane do małoletniego odbiorcy „Angry Birds”. Starsi widzowie oczekują kinowej wojny assassynów z templariuszami, przygód Nathana Drake’a w konwencji „Indiany Jonesa” czy nowych części uznanych już marek jak „Resident Evil” i „Tomb Raider”. I można mieć obawy, czy te produkcje sprostają oczekiwaniom wiernych fanów, a i dla nowych odbiorców będą porządnymi widowiskami. Na przestrzeni ostatnich 30 lat powstała masa filmowych adaptacji gier, a tych naprawdę udanych można policzyć na palcach jednej ręki. Po „Warcraft: Początek” sporo sobie obiecywałem, ale to kolejna produkcja filmowa, o której gracze woleliby od razu zapomnieć, choć fanom uniwersum może przypaść do gustu.

1

Świat Draenor, zamieszkiwany przez wrogie sobie rasy: orków i draenei, stanął na krawędzi zagłady. Orkowie pod przewodnictwem Gul’dana (Daniel Wu) zostają opętani przez demoniczną siłę, co doprowadza do wojny domowej i całkowitemu zniszczeniu ich ojczystej planety. Dzięki odkryciu portalu, wyruszają odszukać nowy dom. Trafiają do Azeroth, krainy zamieszkiwanej przez ludzi, elfy i krasnoludy, gdzie wszystkie rasy żyją ze sobą w zgodzie. Horda Gul’dana powoli, acz skutecznie przejmuje władzę nad nowym światem. Największym zagrożeniem dla nich są ludzie, lubujący się w monumentalnych budowlach i przeważającej sile wojskowej. Orkowie rozpoczynają wojnę z ludźmi dowodzonymi przez Anduina Lothara (Travis Fimmel). Pomoc przyjdzie z najmniej oczekiwanej strony, bo od klanu orków nieowładniętego spaczeniem, na czele którego stoi Durotan (Toby Kebbell). Siłom przymierza pomagać będzie półorczyca Garona (Paula Patton).

Jeżeli podczas oglądania kilku lub kilkunastu minutowych filmów od Blizzarda, pełniących funkcję intra do ich gier, chcieliście obejrzeć identyczną animację w kinie, to teraz macie ku temu najlepszą okazję. Jednak to co sprawdza się na krótką metę, rozciągnięte na niemal dwie godziny już nie sprawia dobrego wrażenia. Tak jak w tamtych animacjach i w pełnometrażowym filmie można zachwycić się CGI. To najjaśniejsza strona filmu i od razu widać na co poszła znaczna część budżetu. Reżyserowi Duncanowi Jones’owi udało się wykreować żywy, choć nieco zbyt sterylny świat, przez co ciężko nam przejmować się jego losami. Jednak takie miejscówki jak Stormwind czy Fioletowa Cytadela, zostały oddane bardzo wiernie i fani nie będą mieli żadnych problemów aby rozpoznać dobrze znane miejsca. Świetnie wypadają także orki, gdzie każdy różni się jakimiś detalami, a to fryzurą, kłami lub biżuterią.

2

Przyczepić można się do nie najlepiej zaanimowanego golema, pojawiającego się pod koniec filmu. Rozumiem konwencję, że miał być lekko niedorobiony, ale wyraźnie odstaje od całej reszty. Przeszkadzać może również to, że „Warcraft: Początek” niemal w całości stworzony jest z efektów specjalnych. Niewielu tu prawdziwych aktorów (nawet armia ludzi została stworzona przy pomocy komputera), rekwizytów czy elementów otoczenia. Dlatego też kiepsko wypada kontrast między żywymi aktorami a stworzonymi komputerowo postaciami. Szczególnie widać to na samym początku, gdy Garona otaczana jest zewsząd orkami i wyraźnie coś w tej scenie nie gra. W późniejszych momentach filmu, np. podczas spotkania Durotana z królem Llanem Wrynnem (Dominic Cooper) twórcy potrafili zatuszować niedoskonałości.

Największym problemem filmu jest scenariusz. Historia dosyć szybko się rozwija, żeby dopiero po mniej więcej półgodzinie przyszedł czas na wyjaśnianie zawiłości świata mniej zorientowanym widzom. Ekspozycja została niemalże pominięta przez Duncana Jones’a, a ochłapy którymi nas raczy, wyjaśniają zaledwie część z masy pytań, które powstają podczas pierwszych trzydziestu minut filmu. Jeżeli nie jesteście zorientowany w uniwersum stworzonym przez Blizzarda, z każdą kolejną minutą będziecie mieli coraz więcej pytań, które pozostaną bez odpowiedzi. Może właśnie dlatego, przez brak dogłębnej znajomości świata, wydarzenia dziejące się na ekranie były dla mnie coraz bardziej absurdalne i niedorzeczne. Bohaterowie zachowują się naiwnie, a tradycje orków wydają się zwyczajnie głupie. Do tego masa intryg, zdrad i zwrotów akcji, których zasadniczo mogłoby w ogóle nie być, bo po chwili wszystko wraca do stanu pierwotnego. Przez to wszystko ostateczny pojedynek między Lotharem a Blackhandem (Clancy Brown) wyprany jest z jakichkolwiek emocji, a do tego kończy się szybciej niż zaczął.

3

Sytuacji nie ratują zarówno ludzcy jak i orkowi bohaterowie. Film pozbawiony jest wielkich aktorskich nazwisk, a po gwieździe widowiska Travisie Fimmelu spodziewałem się czegoś więcej, niż odgrywanie roli Ragnara z „Wikingów”. Charyzmą nie grzeszą również Dominic Cooper, dla którego to jedna z najgorszych ról w dorobku oraz Ben Foster jako Strażnik Medivh. Paula Patton jako jedyna przedstawicielka orków w aktorskiej obsadzie, nie sprawdza się najlepiej. Nie dość, że wygląda śmiesznie z wystającymi dwoma kikutami kłów, to dodatkowo przez nie sepleni, więc jej głos jest zniekształcony, a przez to niezrozumiały. Paradoksalnie z całej zgrai papierowych postaci najlepiej wypada komputerowy Durotan (Toby Kebbell) oraz Khadgar (mało znany Ben Schnetzer). Durotan jest bardziej ludzki od ludzi, chroni swój klan za wszelką cenę, reprezentując takie wartości jak honor, lojalność czy prawość. Do tego jest bardzo inteligentny i jako jedyny widzi w działaniach Gul’dana coś złego, przez co łatwo jest mu kibicować. Z drugiej strony jest Khadagar, młody i niedoświadczony adept sztuki magicznej, który jak się okazuje, ma ogromną moc, więc mamy do czynienia z klasycznym motywem od zera do bohatera. Khadagar może i nie jest jakoś rewelacyjnie zagrany przez Bena Schnetzera, ale jako jedyny wiarygodnie odgrywa swoją rolę.

5

„Warcraft: Początek” nie jest tym czego oczekiwałem. Spodziewałem się dobrego rozrywkowego kina z masą doskonałych scen batalistycznych, a otrzymałem historię nietrzymającą się całości, pełną absurdalnych rozwiązań i pozostawionych pytań bez odpowiedzi, z niemal samymi bohaterami-wydmuszkami. Fanom jednak film może przypaść do gustu, bo do nich głównie skierowana jest ta produkcja. Wprawne oko zauważy kilka smaczków, jak chociażby murloca, a w dwóch scenach możemy podziwiać przedstawicieli Krasnoludów i Nocnych Elfów. Ja jednak czuje się rozczarowany kolejną marną filmową adaptacją gry, które nie jest niczym innym jak skokiem na kasę. Po Blizzardzie spodziewałem się czegoś więcej, ale nic straconego, bo film kończy się zapowiedzią kolejnych kinowych produkcji. Oby za drugim razem było o wiele lepiej.

4/10

foto: Universal Pictures