Pierwsza część „Wojowniczych żółwi ninja” z 2014 roku została dosłownie zmiażdżona przez krytyków i dziennikarzy na całym świecie. Wystarczyło na plakacie filmu umieścić nazwisko Michaela Baya, aby produkcja z góry była skazana na porażkę. Ta ogólnoświatowa nienawiść do reżysera „Transformersów” przekłada się nawet na filmy, w którym jest „tylko” producentem. Wielkich oczekiwań co do pierwszej części nie miałem i może tu tkwiła tajemnica tego, że przygody żółwi sprzed dwóch lat przyjąłem dosyć optymistycznie. Do kina na kontynuację szedłem z konkretnymi oczekiwaniami, licząc, że produkcja w reżyserii Dave’a Greena dorówna pierwszej części. Cóż, drugi raz tak naiwny nie będę.

1

Przywódca drużyny Leonardo (Pete Ploszek), spontaniczny naukowiec Donatello (Jeremy Howard), osiłek Raphaelo (Alan Ritchson) oraz ciapowaty i głupkowaty Michelangelo (Noel Fisher), przy pomocy April O’Neil (Megan Fox) dowiadują się, że organizacja Stopa – dowodzona przez Shreddera (Brian Tee), zamierza uwolnić swojego mistrza, podczas przewiezienia go do więzienia, gdzie ma spędzić resztę swojego życia. Za sprawą nowoczesnej technologii stworzonej przez Baxtera Stockmana (Tyler Perry), Shredder zostaje uwolniony poprzez wykorzystanie teleportu. Zostaje jednak przeniesiony nie tam, gdzie powinien. Przyzwał go do siebie Komandor Krang (Brad Garrett), który pragnie przejąć władzę nad całym światem, wykorzystując przy tym potęgę Shreddera i jego organizacji. Żółwie będą musiały zmierzyć się z nowym wrogiem, lecz tym razem w walce nie będą odosobnieni, bo pomagać będzie im policjant i miłośnik hokeja Casey Jones (Stephen Amell).

Początek „Wojowniczych żółwi ninja: Wyjście z cienia” bardzo pozytywnie zaskakuje. Przez dobre dwadzieścia minut otrzymujemy kolejne nieźle zrealizowane sekwencje akcji. Jeżeli Michael Bay odcisnął gdzieś swoje piętno w tym filmie, to właśnie w początkowych partiach. Nie jest to jednak zmanierowany i niepoprawny Bay z dwóch ostatnich części „Transformersów”, ale ten w najlepszej formie z pierwszej części walki Autobotów i Decepticonów. Nawet muzyka towarzysząca akcji z udziałem czwórki żółwi, przywodzi na myśl najlepsze odsłony robotów zmieniające się w pojazdy. Wszystko gra jak należy i ciężko mi zrozumieć, jak kolejne półtorej godziny można było tak zepsuć.

2

Jeżeli wyjdziecie z kina po zakończeniu sceny na autostradzie, praktycznie niczego już nie stracicie. Ale czy jest sens wydawać pieniądze, aby mieć trochę radochy z zaledwie dwudziestu minut filmu? No właśnie nie bardzo, bo zarówno czas jak i kasę można przeznaczyć na coś jeszcze lepszego, a „Wyjście z cienia” do tych rzeczy nie należy. „Wojownicze żółwie ninja” to prawdziwy festiwal żenady, absurdów, kiepskiego humoru, jeszcze gorszego CGI i całej masy akcji, która w zalewie całego tego badziewia przynajmniej nie pozwala przysnąć. Zaczynając od scenariusza, to ten istnieje tylko teoretycznie. Niby coś prowadzi do tego, że Shredder sprzymierza się z Komandorem Krangiem, który ma oczywiście złe zamiary, a czwórka żółwi z przyjaciółmi muszą ratować Ziemię, ale gdy na ekranie akurat nie wybuchają kolejne samochody, a żółwie nie spadają z nieba, liczba niedorzeczności przekracza dopuszczalną normę. Wiele można zarzucić blockbusterom, ale żaden nie jest tak głupi i pozbawiony logiki jak druga część „Wojowniczych żółwi ninja”. Bo jak można przejść obojętnie widząc nieudolne popisy najbardziej upośledzonych ninja, czy w momencie, gdy dwójka totalnych laików w pojedynkach, bez większych problemów pokonuje wyszkoloną mistrzynię sztuk walki z mieczem w ręku, a to dopiero wierzchołek góry fabularnych nonsensów.

3

Sytuacji nie ratuje czwórka głównych bohaterów, z czego tylko Leonardo da się w pełni lubić, bo jako jedyny nie jest postacią stworzoną, aby spodobać się dzieciom. Najbardziej denerwuje oczywiście Michelangelo, który jest jeszcze bardziej irytujący niż w pierwszej części. Lecz w konkursie na najbardziej znienawidzoną postać na bardzo wysokich pozycjach uplasowali się nowi wrogowie – nosorożec Rocksteady (Stephen Farrelly) i guziec Bebop (Gary Anthony Williams). Dwójka przestępców, którzy w toku filmów zmieniają się w humanoidalne zwierzęta, została do filmu wepchnięta na siłę, tak samo jak wymuszony humor w ich cyfrowe szczęki. Z całej ferajny najlepiej wypada Komandor Krang, który jako jedyny robi wrażenie już samym wyglądem. Szkoda, że niewiele wiadomo o tym arcywrogu, jedynie to, że podbija kolejne światy, zabierając sobie z nich różne suweniry. O Shredderze celowo wspominam na sam koniec, bo pojawia się w filmie, wygłasza kilka lakonicznych kwestii i w zasadzie tyle. To najbardziej niepotrzebny przeciwnik w całej historii kina.

Po drugiej stronie barykady mamy Splintera (Peter Donald Badalamenti) tym razem nie biorącego udziału w walce, a jedynie służącemu radą liderowi żółwiej drużyny. Nie najgorzej wypada Stephen Amell. Aktor w główniej mierze odgrywa swoją rolę z serialu „Arrow”, ale nie jest aż tak sztywny jak w telewizyjnej produkcji. Na minus za to trzeba zaliczyć występ Megan Fox. Nie licząc jednej sceny, aktorka nie jest fetyszyzowana przez Dave’a Greena (brak też nadmiernego patosu znanego z filmów Baya, choć na sam koniec trochę się  zakradło), ale jej gra pozostawia wiele do życzenia. Jest beznadziejna podczas gry z innymi aktorami, nie mówiąc już o cyfrowych żółwiach. Nieco lepiej wypada w solowych scenach. Kolejnym nieporozumieniem jest Will Arnett jako eks-operator Vernon Fenwick, który przyjął na siebie wszelkie zaszczyty za uratowanie Nowego Jorku przed Shredderem z poprzedniej części. Jego rola sprowadza się do ratowania April i Jonesa z tarapatów i nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie był kolejną głupkowatą postacią ze słabym poczuciem humoru.

4

„Wojownicze żółwie ninja: Wyjście z cienia” jest filmem o wiele gorszym niż pierwsza część. Znakomita pierwsze wrażenie szybko przeradza się w zażenowanie humorem dla 10-latka, zaś sama historia jest mało ciekawa, pełna złych fabularnych rozwiązań, uproszczeń i pretekstowości. Filmu nie ratuje nawet CGI, które jest po prostu paskudne. Do samych żółwi nie mam żadnych zastrzeżeń, ale cała reszta woła o pomstę. Najbardziej widać to w licznych dynamicznych scenach akcji czy podczas przemiany Bebopa i Rocksteady’ego w zwierzęce postacie. Zmiana reżysera nie przyniosła pożądanych skutków i zamiast niezłego, letniego blockbustera, otrzymaliśmy film, który lepiej omijać z daleka.

3/10

foto: Paramount Pictures