Recenzja może zawierać spoilery… Bryan Singer jak nikt inny zna filmowych X-Menów. Po sukcesie „Podejrzanych” z 1998 roku, stanął za kamerą pierwszego filmu o mutantach i wciąż najlepszej produkcji o podopiecznych Profesora X. Był to też film nietypowy, bo w pewien sposób otworzył władzom wielkich studiów oczy na to, że grupowe produkcje o superbohaterach jak najbardziej mają sens. Singer potrafił w jednym filmie poskromić ego Wolerine’a, mądrości Charlesa Xaviera, płomienną miłość między Cyklopem a Jean Grey, do tego dostarczając tytułowej grupie przeciwników z prawdziwego zdarzenia, na czele z Magneto. Singer nie stanął za kamerą restartu cyklu z 2011 roku, ale jego powrót do reżyserowania kolejnych przygód dzielnej grupy mutantów było kwestią czasu. Gdy do „Przeszłości, która nadejdzie” ciężko było się przyczepić, bo choć odstawała od tego co prezentowały konkurencyjne filmy od Marvel Studios, tak była po prostu dobrym filmem. Więc co takiego stało się przez dwa lata, że największy kinowy znawca X-Menów stał się zarówno ich katem?

1

Apocalypse (Oscar Isaac) po budzi się do życia po kilku tysiącach lat i jest rozczarowany tym co widzi. Pierwszy i zarazem najpotężniejszy z mutantów, zbiera grupę czterech jeźdźców apokalipsy, w skład których wchodzą rozgoryczony stratą najbliższych Magneto (Michael Fassbender), potężna Storm (Alexandra Shipp), lubujący się w nielegalnych walkach Angel (Ben Hardy) oraz zabójczo groźna Psylocke (Olivia Munn). Apocalypse wraz ze swoimi mutantami pragnie zmienić obecny porządek rzeczy i sprawić, że znów stanie się jedynym władcą świata. Po przeciwnej stronie barykady stanie Profesor X (James McAvoy) wraz ze swoją nową grupą mutantów z Cyklopem (Tye Sheridan) i Jean Grey (Sophie Turner) na czele, a pomagać im będzie przerażoną całą sytuacją Mystique (Jennifer Lawrence) oraz Quicksilver (Evan Peters).

„X-Men: Apocalypse” otwiera efekciarska scena przenoszenia świadomości głównego antagonisty z podstarzałego ciała, do wnętrza młodego mutanta, odpornego na wszelkie obrażenia, dzięki czemu Apocalypse stanie się nieśmiertelny. Scena ta ustawia cały film, a że bardziej przypomina „Bogów Egiptu” niż to co kino superbohaterskie ma najlepszego do zaoferowania, to ciężko nie odnieść wrażenia, że mamy do czynienia z półproduktem. Bryana Singera wraz ze scenarzystą Simonem Kinbergiem i operatorem Newtonem Thomasem Sigelem (tak słabych i niepasujących zdjęć w blockbusterze już dawno nie widziałem), powinni trzymać się z daleka od kolejnych produkcji o mutantach. Singerowi gdzieś rozmyła się cała idea X-Menów i po wielkim powrocie do uniwersum, najwyraźniej „Przeszłość, która nadejdzie” było jego granicą możliwości.

2

Zazwyczaj filmy o superbohaterach mają kilku scenarzystów, gdzie jeden z nich tworzy trzon opowieści, a reszta poprawia, dopisuje i zmienia klocki ułożone na szkielecie. Zazwyczaj kręcę na to nosem, ale w przypadku „X-Men: Apocalypse” przydało się, aby ktoś sprawdził i poprawił pracę, którą wykonał Kinberg. Fabuła jest miałka i w pewnych momentach przestaje trzymać się kupy. Scenarzysta wepchnął aktorom w usta dialogi, które nie raz przyprawiają o ostre zgrzytanie zębami, a jakby tego mało, film jest przegadany, humor jest wymuszony (zakłopotanie Xaviera gdy spotyka ponownie Moirę MacTaggert). Jedyne co udało się duetowi Singer&Kinberg są dwie doskonałe sceny z Quicksilverem. Najjaśniejszy punkt poprzedniego filmu powraca ze zdwojoną siłą i gdy pierwsza scena to ciekawa i zabawna wariacja, odwołująca się do tego co pokazał ten bohater w „Przeszłość, która nadejdzie”, tak druga (o wiele krótsza) udowadnia, że z Quicksilverem nikt nie powinien zadzierać.

Oprócz Quicksilvera, na panteonie gwiazd bardzo jasno świeci Jean Grey. Sophie Turner zrobiła kawał znakomitej roboty, doskonale oddając wątpliwości targające jej postać, jak i potęgę, która w Jean Grey drzemie. Aktorka w „Grze o Tron” dopiero od niedawna pokazuje pazur, więc miło widzieć, że na dużym ekranie radzi sobie jeszcze lepiej i nie grozi jej zaszufladkowanie w roli najstarszej córki Starków. Na pochwałę zasługuje także Jennifer Lawrence oraz Michael Fassbender. Przez dwa poprzednie filmy nie mogłem przyzwyczaić się do tej interpretacji Mystique. Tym razem jest jedną z głównych bohaterek opowieści i najwidoczniej ta rola najbardziej jej odpowiada. Lawrence jest w samym centrum wydarzeń i dodaje nieco głębi swojej postaci, przy czym doskonale kontrastuje na tle równie młodych, ale mniej doświadczonych aktorów.

3

Fassbender wypada rewelacyjnie w pierwszej połowie filmu, gdzie w osławionej już scenie w Pruszkowie, wiedzie spokojne życie u boku ukochanej i ich córki Niny. Można co prawda twórcom zarzucić, że nie odrobili lekcji z historii i skansen w którym żyje Magneto, nijak nie przypomina swoim wystrojem tego co rzeczywiście można było znaleźć w domach ludzi w połowie lat 80. XX wieku, jak i imię córki, które zostało zaczerpnięte z krajów byłego bloku socjalistycznego. Bohaterowie jednak mówią po polsku i choć często kalecząc język, scena wypadałaby całkiem przekonująco, gdyby nie zabawny akcent Fassbendera. Aktorowi polski zupełnie nie wychodzi i nawet w jednej z dramatycznych scen z jego udziałem, sala zamiast przeżywać rozgrywającą się na ekranie tragedię, śmiała się jak filmowy Magneto nieporadnie mówi po polsku. W drugiej połowie filmu Erik dostał dużo mniej czasu ekranowego i jedyne co robi, to stoi w bezruchu, wykorzystuje swoje moce lub płacze. Aktor zdecydowanie nie wyszedł jeszcze z roli Makbeta, co mogłoby być zaletą, gdyby dano mu więcej do zagrania.

W „X-Men: Apocalypse” mamy zbyt wiele postaci, przez co niektórzy zupełnie nie rozwijają skrzydeł, mając szczątkowe dialogi do wypowiedzenia. Gdy jeszcze Cyklop (nienajgorszy, ale nie umywający się do swojego poprzednika Tye Sheridan), Hank McCoy (Nicholas Hoult), Moira MacTaggert (Rose Byrne) i Nightcrawler (niezły Kodi Smit-McPhee) dostają sporo ekranowego czasu i z biegiem wydarzeń poznajemy ich lepiej, tak postacie Angela (Ben Hardy), Storm (bez wyrazu Alexandra Shipp) oraz Psylocke (Olivia Munn) zostały zupełnie niewykorzystane i jedynie podczas ostatniej walki możemy im się bliżej przyjrzeć. Najbardziej szkoda fantastycznej i bardzo seksownej Olivii Munn, która chciała pogłębić swoją postać, ale jej entuzjazm został szybko ostudzony przez reżysera. O roli Jubilee (Lana Condor) w całym przedstawieniu nawet nie warto wspominać, bo pojawia się raptem w dwóch scenach, gdzie nawet nie odkrywa przed nami swoich mocy.

4

Rozczarowuje również główny antagonista. Piętą achillesową kina superbohaterskiego są koszmarnie napisani, nieposiadający żadnego charakteru superzłoczyńcy. Apocalypse jest zdecydowanie najlepszym i najbardziej wyrazistym przeciwnikiem w zrestartowanym uniwersum X-Menów, choć nie jest to spowodowane świetną rolą Oscara Isaaca, a tym, że w poprzednich filmach nie jestem w stanie przypomnieć sobie żadnego antagonisty oprócz Magneto, który jak wiadomo, nie jest do końca zły. Apocalypse po początkowo całkiem dobrym wrażeniu, szybko zaczyna tracić na impecie, a wszystko przez nadmierną gadatliwość. Gdy już pokazuje swoje umiejętności, nie jest to nic, czego wcześniej już nie widzieliśmy, przez co najpotężniejszy z mutantów, staje się kolejną niegodną zapamiętania przeszkodą na drodze uczniów profesora Xaviera.

Przeciwwagą jest krótka, ale bardzo intensywna i brutalna scena z gościnnym udziałem Wolverine’a. Żaden film o mutantach nie może obyć się bez lubianego Rosomaka, a ta krótka scena jest o wiele lepsza od całego filmu „Wolverine” z 2009 roku.  Hugh Jackman po raz kolejny dwoi się i troi, aby nadać swojej postaci zwierzęcy instynkt i gdy tym razem twórcy ograniczeni są kategorią wiekową, tak ta krótka scena bardzo optymistycznie nastraja przed zbliżającymi się trzecimi przygodami Logana, które mają być tym razem skierowane do dorosłego odbiorcy.

5

Gdy Jean Grey, Cyklop, Jubilee i Nightcrawler wychodzą z kina z „Gwiezdnych wojen: Powrocie Jedi”, Sophie Turner mówi, że zawsze najgorsze są ostatnie części trylogii. Jest w tym pewna autoironia, jakby twórcy byli świadomi, że nie są w stanie przebić poprzednich dwóch filmów z mutantami. Jednak gdy „Powrót Jedi” zdecydowanie nie był najgorszą częścią starej trylogii „Star Warsów”, tak „X-Men: Apocalypse” jest najgorszą odsłoną serii, nie tylko w porównaniu do „Pierwszej klasy” i „Przeszłości, która nadejdzie”, ale nawet „Ostatniego bastionu”, który do najlepszych filmów o superbohaterów nie należał. Bryan Singer zmarnował szansę zostania legendarnym ojcem X-Menów, bo do wyrodnego ojczulka znęcającego się nad własnymi dziećmi już nikt w FOX-ie nie będzie chciał się przyznać.

4/10

promocja