Każdy fan piłki nożnej w okolicach września obchodzi swoje małe święto. Nie, nie mam tu na myśli Ligi Mistrzów, bo ta jest do tej pory już zwykle skończona, zaś jej zwycięzca wyłoniony. Chodzi tu raczej o wirtualne boiska, na które mamy o wiele większy wpływ przy pomocy naszego gamepada. FIFA 18 po raz kolejny wprowadza nas na elektroniczne stadiony… tylko jak daje sobie z tym radę? Zdołałem dogłębnie przeanalizować tytuł od EA Sports i swoje wrażenia w tym miejscu spisuję.

Słowem wstępu

Co roku spotykamy się praktycznie z tym samym. Następuje premiera FIFY, duża część graczy narzeka na monotonność cyklu, ale jednak cała chmara zalewa sklepy i wybiera praktycznie cały nakład pudełek z jakimś piłkarzem na okładce. FIFA weszła nam wszystkim po prostu w krew i świetnie umila czas na małych domówkach. Żyjemy w końcu w czasach, gdzie imprezowe produkcje takie jak chociażby Guitar Hero czy Rock Band zeszły na drugi czy nawet trzeci plan, a jedynym popularnym tytułem na jaki łatwo jest namówić rówieśników to akurat FIFA.

Nie jest to gra tylko i wyłącznie imprezowa. Owszem, pojedynki 1 na 1 ze znajomym potrafią dostarczyć wiele emocji, ale EA Sports dostarcza w każdej odsłonie cyklu na tyle zawartości, że gdyby nie późniejszy brak aktualizacji składów, można by męczyć każdą część w nieskończoność. Sprawdzenie każdego z nich na tyle, żeby móc wypowiedzieć się o nim w bardziej krytyczny sposób w recenzji potrafi pochłonąć masę czasu. Przekonałem się o tym boleśnie na własnej skórze.

(Lekko) odmieniony trzon

Owszem, trybów jest cała masa, ale najważniejszy jest trzon całej zabawy, czyli to co dzieje się na samym boisku. To tutaj zwykle twórcy dostarczają całą masę z pozoru masę malutkich zmian, które zebrane razem do kupy sprawiają, iż w każdą FIFĘ gra się zupełnie inaczej. Przyznam jednak z miejsca szczerze, że w „siedemnastkę” grałem bardzo sporadycznie, głównie po jakichś pubach, albo na imprezach, stąd moje doświadczenie z nią jest naprawdę niewielkie. Najwięcej czasu spędziłem przy „trzynastce” oraz „czternastce” i oduczenie się nabytych tam nawyków było dla mnie ogromnym wyzwaniem. Moje pierwsze wyjścia na boisko w „osiemnastce” były okupione krwią, potem oraz masą bluzgów z moich ust, ale po pewnym wreszcie udało mi się w zadowalającym stopniu rozgryźć mechaniki rządzące w tej części.

 

Dawniej solidne granie w defensywie i poleganie na kontratakach w zupełności wystarczyło do osiągnięcia sukcesu. Siła fizyczna zawodnika była mało znacząca, a liczyło się głównie jego przyspieszenie oraz maksymalna prędkość biegu. Dlatego kilka prostych podań zwieńczonych dobrym, prostopadłym wysunięciem piłki wprost potrafiło błyskawicznie złamać większość szyków obronnych, o ile ktoś robił to oczywiście w miarę zdolnie.

FIFA 18 jest pod tym kątem zgoła odmienna. Tempo gry znacząco zwolniło o czym przekonałem się po zaledwie kilku spotkaniach. Opieranie swojej taktyki o kontry jest możliwe, ale jest mało efektywne, bo nie zawsze okazują się one skuteczne. Ciężar gry przeniósł się bardziej na środek boiska. Powolne rozgrywanie akcji, duża ilość wykonywanych podań i wykorzystywanie silniejszych zawodników do przytrzymywania piłki wydaje się być kluczem do zwycięstwa. Szybko idzie odkryć, że pomocnicy są teraz niezwykle ważni w całej układance. Napastnicy oraz skrzydłowi lepiej radzą sobie w ofensywnym ustawianiu się oraz potrafią teraz lepiej pokazywać się do gry. Starają się w miarę możliwości dać nam sygnał i ominąć obrońcę, a czasem gdy nie ma takiej sposobności, po prostu wychodzą do wymiany prostego podania w celu utrzymania tempa całej akcji. Konstruowanie ataku wymaga zatem pewnej cierpliwości, ale też parę dobrze przemyślanych rozdań futbolówki i możemy przełamać defensywę oponenta bez większego problemu.

Cięższy orzech do zgryzienia ma jednak obrona. Miałem wrażenie, że FIFA 18 lekko zubożała pod tym aspektem. Obrońcy mają bowiem tendencję do gubienia się w środku akcji, powodując tym samym chaos w okolicach pola karnego. Czasem wyłapią nawet najlepsze podania, z drugiej strony przepuszczają czasem najgorsze „farfocle”. Wielokrotnie zdarzało mi się, że piłka przelatywała pomiędzy dwoma zbliżonymi do siebie zawodnikami, którą potem dopadał szybki skrzydłowy, domykający akcję prostym strzałem.

Najbardziej dziwią mnie jednak bramkarze. Do dziś nie jestem w stanie często pojąć tego jak działają oni w „osiemnastce”. Punktem, w którym najłatwiej ich pokonać to przestrzeń pomiędzy 20 a 30 metrem. Im bliżej liczby 20 tym bardziej efektywne okazują się „strzały finezyjne”, czyli wolne, ale bardzo podkręcone piłki. Nieco dalej warto posyłać nieco mocniejsze uderzenia skierowane na długi słupek. W polu karnym dzieją się jednak istne cuda. Bramkarz podobnie jak obrona potrafi przepuścić najgorsze szmaty, a strzały posyłane w górne rogi bramki wyłapuje z ogromną łatwością. Zauważyłem też, że zdobycie gola z główki ze stałych fragmentów (typu rzut rożny) nawet przy najlepszym na świecie dośrodkowaniu jest stosunkowo trudne. Dużo graczy strzelało mi jednak głową w mocno niekonwencjonalny sposób, czyli posyłając piłkę na bliższy słupek, by później „lobować” bramkarza czaszką, z czym ten sobie często nie radził. Ciężko mi to opisać, ale wygląda to niezwykle nienaturalnie.

Cieszy też, że wreszcie czuć różnicę między klasami piłkarzy. Przykładem niech będzie statystyka celności oraz ogólnej jakości podań, która ma teraz większe przeniesienie na boisko. Toni Kroos będzie w stanie posłać lepszą „piłę na wystaw” niż jakiś gracz z Ekstraklasy. Dobrzy zawodnicy rzadziej gubią teraz piłkę, są bardziej responsywni i o wiele lepiej radzą sobie z graniem na „pierwszy kontakt”… robią po prostu wszystko klasę wyżej, tak jak na prawdziwych boiskach.

Co się dzieje poza stadionem?

Opisywanie każdego z trybów gry w dłuższy sposób raczej mija się z celem, bo większość z nich powtarza się z roku na rok. Jest możliwość wspinaczki w sezonach online, czyli rozgrywanie spotkań wybranym klubem (lub klubami) i zdobywanie kolejnych lig. Jest też legendarny Ultimate Team dla którego większość osób tak naprawdę kupuje grę i żyje on praktycznie swoim życiem. Niesamowicie wciąga, ma potężną społeczność i w sumie to można w nim spędzać czas do momentu premiery kolejnej odsłony. W poprzedniczce nie budowałem swojego składu w FUT, stąd wskazanie różnic będzie dla mnie niemożliwe, ale zasady nieznacznie zmieniły się od czasów FIFA 13 czy 14.

Małych zmian doczekała się też menedżerska kariera oraz kampania w postaci przygód Alexa Huntera. Ta pierwsza zyskała jedynie scenki przerywnikowe, towarzyszące negocjacjom o zawodnika. Z początku wyglądają one całkiem ciekawie, ale po jakimś czasie zaczynają się okropnie nudzić, bo są nieme i niewiele w sumie się w ich trakcie dzieje. Reszta została praktycznie taka sama, więc przy pomyślnych wiatrach możemy w niej zrobić z Arki Gdyni międzynarodową potęgę piłkarską, z którą każdy musi się mierzyć.

Co do Alexa Huntera to FIFA 18 jest kontynuacją przygody tego piłkarza z poprzedniej części. Tym razem szturmujemy areny międzynarodowe i próbujemy wybić się z naszego dotychczasowego klubu. Fabułę śledzi się przyjemnie, choć nie jest ona specjalnie rewolucyjna. Postacie są do bólu stereotypowe, podobnie zresztą brzmią dialogi – ze wszystkiego bije lekki kicz. Polecam kampanię głównie osobom startującym swoją przygodę z serią. Można nauczyć się pewnych podstaw i mieć ku temu jakiegoś rodzaju motywację. Miłośnicy FUT również powinni ukończyć wszystkie epizody opowieści, bo po każdym z nich otrzymujemy paczki z całkiem mocnymi zawodnikami do wypożyczenia. Przydadzą się na czarną godzinę.

Graficznie i muzycznie

Graficznie FIFA 18 nie zmieniła się jakoś specjalnie względem poprzedniczki. Nadal modele postaci i ich animacje, a przynajmniej duża część, jest wiernie odwzorowana. EA Sports postarało się wiernie oddać styl biegu czy gry niektórych piłkarzy. Tak dla przykładu Messi w charakterystyczny dla siebie sposób trzyma piłkę bardzo blisko stopy, zaś Robben zabawnie układa dłonie przy sprincie czy strzałach. Stadiony również robią wrażenie, podobnie jak niektóre oprawy przedmeczowe. Wszelkie scenki przerywnikowe również prezentują się naprawdę świetnie, ale nie ma się co dziwić, skoro twórcy korzystają z dobrodziejstw silnika Frostbite. Może trybuny oraz zasiadający na nich kibice nie powalają na kolana detalami, ale kto na nich w ogóle patrzy podczas rozgrywki?

Oczywiście jak przystało na FIFĘ, podczas rozgrywki zdarza się cała masa bugów. A to czasem piłkarze śmiesznie się zderzą, a to niektórych z nich zegnie w pół przy kontakcie. Większość z nich potrafi rozbawić, ale zdarzają się sytuacje, gdy sędzia nie podyktuje rzutu wolnego, choć powinien. Czasem też działa to w drugą stronę – niepozorne puknięcie kończy się karnym i czerwoną kartką dla zawodnika, którym nawet nie sterowaliśmy. Poza tym jednak nie byłem świadkiem jakichś błędów, które mogłyby mi popsuć rozgrywkę. Gra nie scrashowała się też ani razu i tu warto zaznaczyć, że grałem na PS4. EA Sports mogłoby popracować nieco nad przydługawymi loadingami, ale poza tym ciężko się czegoś specjalnie przyczepić.

Z kwestii dźwięku to oprawa muzyczna jak zwykle stoi na wysokim poziomie. Jest cała plejada naprawdę świetnych piosenek, które szybko wpadają w ucho i bardzo dobrze pasują do samej gry. Poza tym najważniejszym aspektem jest chyba komentarz, który bądźmy szczerzy… szybko się nudzi i po jakimś czasie denerwuje. Zdarza się też, że teksty są wyjątkowo nietrafne względem sytuacji. Myślę, że warto byłoby dostarczyć nieco więcej tekstów duetowi Szpakowski-Laskowski i popracować nad ich zachowaniem.

Czy warto kopać znowu?

FIFA 18 to naprawdę kawał świetnej piłki kopanej. Sprawia masę radochy przy strzelaniu bramek, jest w niej potężna ilość zawartości do sprawdzenia i wydaje się całkiem nieźle zbalansowana, patrząc przez pryzmat kilku poprzednich odsłon, z którymi miałem styczność. Myślę, że jeśli ktoś z jakichś powodów przerwał swoją zabawę z tą serią, ma teraz naprawdę konkretny powód do powrotu. Także miłośnikom futbolówek polecam lecieć już do sklepu… chyba, że jesteście zagorzałymi fanami PES-a.

Kopię do recenzji użyczyła nam firma Electronic Arts za co z miejsca serdecznie dziękujemy! FIFA 18 była ogrywana przeze mnie głównie na konsoli PlayStation 4, ale też z ciekawości skorzystałem z 10-godzinnej wersji próbnej na komputerach osobistych. Tam gra mogła hulać na najwyższych detalach dzięki karcie graficznej ASUS GeForce GTX 1080 ROG STRIX OC 8GB. Dziękujemy firmie ASUS za udostępnienie egzemplarza.