Ostatnia dyspozycja studia BioWare, niegdyś należącego do grona moich ulubionych, mogła co prawda nie zachwycać, ale i tak nie przeszkodziło mi to w stopniowym nasiąkaniu ekscytacją w związku z premierą Mass Effect: Andromeda. Logika wykształcona przez lata bolesnych doświadczeń, kazała mi odsunąć na bok emocjonalne przywiązanie do serii, raczej skłaniając się ku chłodnym szacunkom tego, jaką grą Andromeda mogła się okazać. Niestety, najwidoczniej ciągle jestem uczniakiem w temacie gier wideo, więc logika gdzieś mi się po drodze zapodziała.

Z tego więc powodu do Mass Effect: Andromeda podchodziłem niezdrowo podekscytowany, mimo tego, że wszystkie znaki na niebie i ziemi kazały mi przygotować się na rozczarowanie. Przygody Sheparda zapamiętałem jako jedne z najprzyjemniejszych doświadczeń w historii mojego obcowania z cyfrową rozrywką, a do sylwetek bohaterów w myślach wracałem jeszcze wiele lat po ich ukończeniu. Wiecie już zatem, co było jednym z najbardziej cenionych przeze mnie elementów, które sprawiły, że trylogia Mass Effect jest jedną z moich ulubionych. Dorzućcie do tego świetną fabułę, niezwykle głęboki i wielowarstwowy świat, podszycie elementami RPG i macie pełną gamę moich oczekiwań wobec Andromedy.

Czy te udało się spełnić? Nie trzymając Was w niepewności ujawnię, że niestety tylko częściowo. Niektórzy mogą się poczuć tym stwierdzeniem nieco zaskoczeni, bo jest ono stosunkowo łagodne w odniesieniu do tego, co na temat Mass Effect: Andromeda powiedział już Internet. Ten jednak w przypadku najnowszej produkcji BioWare okazał się bardzo nieobiektywny i mówię to z pełną świadomością tego, że Andromeda to prawdopodobnie najgorsza gra, na jakiej studio to kiedykolwiek złożyło podpis. Nie mogłem jednak oprzeć się wrażeniu, że jeszcze przed premierą Andromedy każdy po prostu chciał, aby BioWare się nie powiodło. Wielokrotnie byłem świadkiem kuriozalnych sytuacji, kiedy to gracze, których jedynym fundamentem do posiadania zdania na temat ME:A były wtedy tylko recenzje, przekonywali się nawzajem, że wycieczka do naszej sąsiedniej galaktyki to zły pomysł na spędzenie wiosennych popołudni.

Świat widział przecież niejednokrotnie rozstrzał między tym, jak dane dobro kultury postrzegali „eksperci”, a jak podchodzili do niego sami konsumenci. Każdy jednak postanowił zapomnieć o rozsądku przed premierą Andromedy, wczytując protokół szyderstwa napędzanego przez całą masę prześmiewczych filmów publikowanych hurtowo w sieci. I to nie tak, że żarty te były zupełnie niezasłużone – ja również parskałem nad nimi, w duchu zaś opłakując zniżkę formy ukochanego BioWare. Nie przeszkodziło mi to jednak, aby z rodziną Ryderów się zwyczajnie dobrze bawić.

To właśnie ich drzewo genealogiczne przyjdzie nam zgłębiać – kluczową postacią dla całej Inicjatywy Andromeda, mającej na celu znalezienie kosmicznym cywilizacjom domu w nowej galaktyce, jest Alec Ryder. Nosi on tytuł Pioniera, stojącego na czele arki należącej do rasy ludzkiej – Hyperiona. Gracz przejmuje kontrolę nad jednym z dwójki jego dzieci, domyślnie nazwanych Sara lub Scott w momencie, w którym po ponad 600 latach podróży międzygwiezdnym eksploratorom przyjdzie zbadać każdy z siedmiu „złotych światów”, czyli potencjalnych domów dla ludzi.

Nie jest to rzecz jasna jedyny wątek, jaki toczy się przez trwającą około 20 godzin główną oś fabularną. Głównemu bohaterowi przyjdzie borykać się z nawiązaniem pierwszych relacji z nową rasą, angarami, pojawi się również kwestia symbiozy ludzkości ze sztuczną inteligencją, a także walki z głównymi złymi – kettami. W czasie rozwiązywania każdego z tych problemów będzie towarzyszyć nam załoga statku Tempest, na którą – moim zdaniem – składa się stanowczo zbyt mało osób. Niezależnie od tego, czy ich kreacje Wam się spodobają czy nie, ciężko będzie uargumentować stwierdzenie, że zostały one potraktowane po macoszemu. BioWare w swoim stylu postarało się o nakreślenie ich motywacji, przez którą dołączyli do inicjatywy Andromeda, prywatnych celów, a także cech charakteru i problemów, uwypuklanych w misjach lojalnościowych.

To bohaterowie oraz żyjący świat są dla mnie podstawowymi budulcami tożsamości serii Mass Effect i to chyba właśnie z tego powodu czuję się zobowiązany nieco Andromedę bronić. Po przegraniu pierwszych kilku godzin nie ma się wątpliwości, że to ciągle ta sama seria gier, przyprawiona dodatkowym aspektem eksploracyjnym, wynikającym z głównego wątku fabularnego. Poczucie, że pewne szlaki przemierza się jako pierwszy w historii ludzkości czy wręcz całego wszechświata, jest w Andromedzie akcentowane bardzo silnie i twórcy robią wszystko, aby nie pozwolić nam zapomnieć o inności świata, po którym przychodzi nam stąpać.

Możliwe, że w mojej głowie pozostało jakieś wyidealizowane przeświadczenie o tym, jaka była pierwotna trylogia, ale nie mogę pozbyć się wrażenia, że Andromeda w stosunku do niej jest emocjonalnie stonowana. Odpowiednim wydaje się tu porównanie, że pierwsze trzy części Mass Effect są raczej poważne i ponure, jak Star Wars IV-VI, Andromeda zaś to coś na wzór SW I-III – dzieło skierowane raczej do młodszych odbiorców. Przez to raptem kilka razy jesteśmy zupełnie wciągnięci w podniosłość obserwowanych wydarzeń, gdyż przez większość czasu atmosfera jaka im towarzyszy jest zwyczajnie luźniejsza. Podobne obserwacje można wynieść z analizy sylwetki głównego bohatera, mimo tego, że naszymi decyzjami wpływami przecież na jego postawę. Na samym początku rozgrywki, przy wykorzystaniu kreatora, gracz dostaje swobodę w kwestii przemeblowania facjaty swojego zbawcy rasy ludzkiej. Aby się nadmiernie nie denerwować, warto założyć, że BioWare postanowiło i w tej kwestii postawić na budzenie sympatii, bo mimo moich usilnych prób nie udało mi się stworzyć twardziela, którego twarzą matki straszyłyby swoje pociechy od Kadary po Eos. Nasz podopieczny jest typem raczej skłonnym do żartów, wyluzowanym, mimo tego, że piastuje przecież bardzo poważną pozycję.

Więcej luzu doświadczamy również w samej walce, ale to akurat bezwzględnie dobra cecha. O ile jestem skłonny zgodzić się z większością wad, jakie są wymieniane w filmach czy recenzjach krytykujących Andromedę, o tyle wjazd na rozgrywkę i chwalenie tej, jaką uraczono nas w starej trylogii, są dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Nie wiem, czy pięć lat wystarczyło, aby obraz pierwszych trzech Mass Effectów kompletnie się zamglił, ale to przecież właśnie wymiany ognia były w niej uznawane za najbardziej skostniałe. Andromeda wprowadza pod tym względem co najmniej dwie poważne nowości, kompletnie wywracające do góry nogami jej dynamikę – plecak odrzutowy oraz profile. Pierwszy sprawia, że teraz walki toczą się na więcej niż jednej płaszczyźnie (ktoś pamięta jeszcze o Dark Void?), drugi zaś pozwala nam na żonglowanie umiejętnościami i predyspozycjami naszego herosa, dostosowując je do aktualnej sytuacji na polu bitwy. Zaboleć może fakt, że znacząco zredukowano możliwości naszego wpływu na zachowanie towarzyszy, ale na pocieszenie powiem, że w walce raczej nie przynoszą oni wstydu.

Internet kazał mi myśleć, że wstyd przynoszą za to z całą pewnością animacje, będące obiektem żartów nawet wśród osób, które nigdy nie interesowały się grami wideo. Prawdą jest, że w swojej kampanii, w której co prawda niewielką rolę odgrywała Sara Ryder (a to ponoć z nią były największe problemy), jedynie na początku dostrzegałem jakiekolwiek usterki pod tym względem. Jeśli już przebywałem w otoczeniu postaci innych ras niż ludzka (i innej płci niż kobieca), mimika twarzy wskakiwała na przyzwoity poziom, który w dodatku został poprawiony przez ostatnią aktualizację. YouTuber VideoGameDunkey (i zapewne wielu innych graczy) w przypadku najnowszej odsłony serii Mass Effect posunął się nawet do krytyki voice-actingu, podając za przykład źle dobranych aktorów za mało męski głos… żeńskiej kroganki. Może był to jakiś rodzaj żartu, problem w tym, że zdadzą sobie z tego sprawę jedynie osoby, które w grę grały, inne zaś jedynie utwierdzą się w syntetycznym przekonaniu, że BioWare to studio, które zasługuje na kurację genofagium.

Bez wstrzymywania się mogę ponarzekać za to na interfejs, który nie ułatwiał rozeznania się w możliwościach mojego Rydera, a także w orientacji w terenie. Ikonki miejsc, do których planowałem się wybrać potrafiły zmieniać swoją lokalizację jak w kalejdoskopie, a same menusy gwarantowały sentymentalną podróż do siermiężnych czasów sprzed dekady. Nie podoba mi się również to, jak w Andromedzie zbagatelizowana została rola muzyki. Soundtracku z poprzednich odsłon serii zdarza mi się słuchać po dziś dzień, a w najnowszym Efekcie Masy nie było żadnej kompozycji, która zapadłaby mi w pamięć. Oprawa wizualna za to, pomimo animacji, za które BioWare oberwało się z każdej możliwej strony, stoi na porządnym poziomie i niejednokrotnie przychodzi nam rozmarzyć się, oglądając przedziwne krajobrazy na zupełnie obcych planetach, które ludzie chcieliby nazwać kiedyś domem.

BioWare ponownie zdecydowało się na umieszczenie w swojej grze trybu multiplayer, który przy okazji Mass Effect 3 pozbawił mnie ilości czasu, której nie jestem w stanie racjonalnie wytłumaczyć. Tym razem jednak pozbyłem się chęci odblokowywania kolejnych postaci, kiedy tylko upewniłem się, że trzon rozgrywki pozostaje dokładnie taki, jak w pięcioletniej „trójce”. W czteroosobowych drużynach bronimy się więc przed nadchodzącymi falami wrogów, w międzyczasie wypełniając nieskomplikowane zadania, takie jak hakowanie komputera czy obrona pozycji. Za udział w meczach awansujemy oraz zdobywamy wewnętrzną walutę, którą możemy wydać na skrzynki, wypełnione postaciami, broniami czy dodatkami do nich. Klasyka, przy której zapewne można miło spędzić kilka(naście) godzin, ale dla trybu dla wielu graczy nikt nie kupuje przedstawicieli serii Mass Effect i Andromeda nic pod tym względem nie zmieniła.

Mam z całościową oceną Mass Effect: Andromeda gigantyczny problem, bo choć przebrnąłem przez nią bez większych uniesień, w większości przypadków zgadzając się z aspektami, za jakie gra zbiera cęgi od konsumentów, jest w niej coś, co każe mi ją bronić. Myślę, że z powodu miłości do tego świata ciągle jestem skłonny dać Mass Effectowi kredyt zaufania, bo nie powinniśmy mieć wątpliwości, że Andromeda to zaledwie początek nowego rozdziału w historii serii. Dzieło BioWare Montreal traktuję więc z rezerwą, jako pełen potencjału framework, na podstawie którego w przyszłości zostanie zbudowana historia, może nawet nieprzynosząca wstydu takim majstersztykom jak Dragon Age, Star Wars: Knights of the Old Republic czy Baldur’s Gate. Póki co jednak, BioWare nie przystoi wydawanie gier takiej próby jak Mass Effect: Andromeda i nie dziwi mnie, że większość graczy straciła zaufanie do tej firmy.