Czy istnieją osoby, które nie lubią niespodzianek? Z pewnością tak, ale ich procent musi być naprawdę niewielki, zwłaszcza jeśli mamy na uwadze branżę gier wideo. Prey dla mnie jest właśnie takim zaskoczeniem, bo o samym tytule wiedziałem przed premierą niewiele. Jedynie miałem w głębi serca ciche nadzieje, że twórcy genialnego Dishonored – Arkane Studios są w stanie przygotować nieco odmienne dla dzisiejszych czasów doświadczenie. I tak, czyn ten Francuzom się udał, bo przygotowali BioShocka na miarę 2017 roku.

Prey to jak na razie jeden z mocniejszych pretendentów do mojego prywatnego tytułu „gry roku 2017”. Mówię to z absolutnym przekonaniem i to już w praktycznie połowie roku. Tytuł ten wypełnia bowiem lukę po takich hitach jak pierwszy oraz drugi BioShock czy Half-Life, choć z oryginału z 2006 roku pozostało tu… cóż, praktycznie nic.

Głównym bohaterem opowieści jest w zależności od naszego wyboru kobieta lub mężczyzna, choć imię pozostaje niezmienione – Morgan Yu. Nasza postać jest pracownikiem firmy TranStar – potężnej korporacji zajmującej się rozwojem technologii oraz badaniami nad tajemniczą rasą obcych, czyli Tyfonów. Akcja toczy się zaś na stacji kosmicznej Talos I, gdzie oczywiście eksperymenty nie mogły przejść pomyślnie. Coś wymyka się spod kontroli i w wyniku tajemniczych wydarzeń, większość ekipy badawczej zostaje zamordowana przez kosmitów, po czym ci przejmują cały kompleks. Nasza postać nie pamięta tych wydarzeń, głównie przez to, iż usunięto jej z głowy specjalne wszczepy – neuromody, które wraz z opuszczeniem ciała użytkownika, wycinają wspomnienia po ich instalacji. Głównym celem jest przede wszystkim przetrwanie w tym niezbyt przyjemnym środowisku, a przy okazji zniszczenie całego Talos I, żeby przebywające tam Tyfony nie przedostały się na Ziemię.

Tak w skrócie prezentuje się fabuła, choć starałem się streścić jej zarys najmocniej jak się da, unikając przy tym większych spoilerów. A uwierzcie mi, bylibyście na mnie okropnie źli, gdybym ujawnił Wam pewne szczegóły, bo opowieść w Prey jest wprost świetna, ale równie dobry jest też jej sposób prowadzenia. Nasza postać, podobnie jak my jest zagubiona w otaczającym nas, nieprzyjaznym świecie. Od samego początku mamy mnóstwo pytań, na które odpowiedzi nie zawsze przychodzą w prosty, oczywisty sposób przy pchaniu głównego wątku. Sekrety te są jednak na tyle interesujące, że twórcy bez większego problemu trzymali mnie w napięciu przed monitorem. Tak, historia w nowym tworze Arkane Studios jest naprawdę świetna.

Talos I skrywa wiele tajemnic i żeby je poznać, będziemy musieli uważnie przestudiować pozostawione po załodze dzienniki, e-maile oraz inne notatki. Uniwersum Prey jest niezwykle bogate, a niektóre opisane w tekstach historie są naprawdę interesujące. Dlatego też cały czas starałem się przeglądać nawet najciemniejsze zakątki, żeby znaleźć trochę informacji o osobach, które jeszcze niedawno pracowały na pokładzie samej stacji.

Prey jednak samą fabułą nie stoi. To co wyróżnia tę grę spośród wielu innych to gęsty, nieco specyficzny klimat. Z jednej strony czujemy potężną samotność, bo oprócz kilku ocalałych, jesteśmy jedyną żyjącą na pokładzie osobą, która w dodatku musi stawić czoła całej masie obcych. Do tego mamy samego Talos I, cudowną wręcz konstrukcję, która podobnie jak Rapture w BioShock obrócona została w dużej części w ruinę. Przemierzając jednak jego zakamarki musimy stać cały czas w pełnej gotowości, bo cały świat jest przeciwko nam… i to dosłownie. W grze występuje specyficzny rodzaj oponenta, nazwanego tutaj mimem. To nic innego jak niewielki pająk, który może zamieniać się w większość przedmiotów w grze. Jest to o tyle ciekawa koncepcja, że wchodząc do z pozoru pustego pomieszczenia, nigdy nie wiemy, czy jest aby ono na pewno w 100% osamotnione. W akcie desperacji uderzamy więc bardziej podejrzane elementy, ale mimy nawet przy zachowaniu szczególnej ostrożności potrafią nas zaskoczyć. Spora niepewność to w zasadzie główny motyw przewodni całej gry.

Warto jednak pamiętać, że Morgan Yu to nie jest zawodowy żołnierz czy mistrz sztuk walki pokroju Bruce’a Lee. To zwykły naukowiec, który nie przyjmie na siebie potężnych obrażeń, co jeszcze bardziej potęguje atmosferę grozy oraz wątpliwości. Prey przeszedłem na wysokim poziomie trudności i choć często starałem się uzupełniać zapasy, a także korzystać z nich w miarę rozsądnie, to często dochodziło do sytuacji, że np. brakowało mi amunicji w niektórych starciach, przez co gra wymuszała na mnie sporą improwizację. Rzadko kiedy rozsądnym wyjściem okazuje się bezpośrednia walka z obcymi, bo choć mimy są średnio niebezpieczne, tak ich więksi koledzy potrafią w zasadzie zdmuchnąć nas kilkoma mocniejszymi uderzeniami. Często zatem szukałem alternatywnych ścieżek, żeby unikać starć, zdarzało mi się też czasem uciekać lub próbować wytłuc moich oponentów w mniej hałaśliwy sposób. Sporo ścieżek otwiera nam bardzo ciekawa broń w postaci działka LEPIK, które wystrzeliwuje szybko gęstniejącą piankę. Możemy tworzyć przy jego pomocy prowizoryczne schody czy ostrzeliwać przeciwników, żeby tymczasowo ich spowolnić lub unieruchomić. Twórcy dają nam sporo świetnych narzędzi, które wykorzystamy w różny sposób, w zależności od naszej wyobraźni, a także bieżącej sytuacji. Walka wymaga zatem ciągłego myślenia oraz sporej dozy kombinowania, co na tle masy militarnych shooterów jest ciekawym powiewem świeżości.

Oprócz arsenału w postaci broni Morgan Yu może dysponować także ulepszeniami pozyskiwanymi przy pomocy neuromodów oraz w późniejszych etapach mocami obcych. Neuromody to nic innego jak swoiste punkty umiejętności. Tych może nie zdobywamy wbijając kolejne poziomy doświadczenia, ale znajdujemy je w bardziej strzeżonych czy lepiej ukrytych miejscach, choć możemy je też własnoręcznie wytworzyć. Pozwalają nam one dokonywać lepszych modyfikacji broni, nosić ze sobą więcej rzeczy czy też hakować niektóre urządzenia, choć oczywiście gałęzi rozwoju jest o wiele więcej. Arkane Studio zaplanowało jednak drzewka umiejętności w taki sposób, że nie będziemy mogli zdobyć wszystkich ulepszeń, ale każde z nich jest godne uwagi i z pewnością okazałoby się przydatne w takim czy innym scenariuszu. Warto zatem rozsądnie inwestować neuromody.

Talos I ma konstrukcję wyjętą rodem z gatunku Metroidvanii. Świat jest stosunkowo otwarty, ale do niektórych miejsc nie dostaniemy się bez kilku nowych przedmiotów czy zdolności. Dlatego też czasem warto wracać do zwiedzonych już miejsc, żeby odkrywać ich sekrety na nowo. Oczywiście w późniejszym stadium fabuły backtracking zaczyna być bardziej nagminny, jednakże ponowne bieganie akurat po tak dobrze skonstruowanych lokacjach nie stanowiło dla mnie jakiegoś większego problemu.

Prey działa już nie na Void Engine, a na CryEngine 3. Nadal jednak grze towarzyszy bardziej rysowana niż fotorealistyczna otoczka. Tytuł ten nie jest jakoś może spektakularnie piękny czy zaawansowany technologicznie, ale nadrabia to stosunkowo niezłą optymalizacją na PC oraz (przynajmniej w moim przypadku) dobrą stroną techniczną. Większych bugów w trakcie rozgrywki nie uświadczyłem, ale warto mieć tu na uwadze, że grę przechodziłem po kilku łatkach, więc twórcy zdążyli w tym czasie załatać kilka rzeczy.

Czy w nowego Prey’a warto zagrać? Ależ oczywiście! Absolutnie polecam ten tytuł praktycznie wszystkim miłośnikom pierwszych BioShocków (nie, Infinite uważam za klapę) oraz Half-Life’ów. To kawał naprawdę świetnego kodu i mam nadzieję, że takich tytułów w 2017 roku trafi nam się jeszcze więcej!