Ruiner to strzelanka typu top-down autorstwa warszawskiego studia Reikon Games. Gra zabiera nas do futurystycznego, brudnego i kipiącego cyberpunkiem świata, gdzie jako protagonista w dziwną maskę ubrany, stłuczemy parę korporacyjnych gęb, pokonamy kilku bossów, czy zhakujemy trochę kotów. Tak, kotów. To wszystko ubrane w rytm muzyki elektronicznej, która przyjemnie „waląc” nas po głowie, zachęci do zagłębienia się w zakamarki cyberpunkowego świata, żyjącego w cieniu hiperkorporacji „Heaven” . 

Zabij Bossa! – od pierwszych chwil gry, rozkazuje nam tajemniczy głos. Zniewoleni i z twarzą ukrytą pod dziwaczną, ledową maską wyświetlającą różne ciekawe obrazki, ruszamy naprzód by zgodnie z rozkazem siać śmierć i zniszczenie. W miarę przebijania się przez liczne stalowe korytarze i zastępy wrogów, z czasem okazuje się, że zhakowano nam mózg i właściwie to porwano też brata – od tej chwili musimy go odszukać i uwolnić. Fabuła to typowy w tego typu produkcjach zapychacz. Prosta, liniowa, i niespecjalnie wciągająca– ot jakieś usprawiedliwienie dla poczynań protagonisty. Jednak jest aspektem tak marginalnym, że Ruiner w żaden sposób nie traci z powodu jej prostoty.

Ruiner – zachowanie pędu to podstawa

Pierwszą rzeczą ważniejszą od fabuły, jest mechanika rozgrywki. Bajecznie prosta i przywodząca na myśl takie tytuły jak Hotline Miami, szybko wchodzi w krew i pozwala utonąć w cyberpunkowym klimacie gry. Poruszając się klawiszami WSAD i celując myszką, wykonujemy swoisty taniec między wrogami. Rozgrywka narzuca bardzo dużą dynamikę, toteż nawet na najniższym poziomie trudności, do zachowania życia, niezbędne jest stałe pozostanie w ruchu i „manewrowanie” między wrogami. Pomocne także jest korzystanie ze specjalnych umiejętności takich jak szybki doskok w dowolne miejsce, energetyczna tarcza powstrzymująca wrogie pociski, czy spowolnienie czasu pozwalające lepiej rozplanować kolejny ruch.

 

Korzystanie z umiejętności kosztować nas będzie energię, którą w razie znacznego deficytu możemy podładować w specjalnych punktach. Podobnie ma się sprawa z punktami życia – jeśli oberwiemy po głowie zbyt wiele razy, konieczne będzie ich „naładowanie” w specjalnym punkcie. Funkcję doświadczenia w grze Ruiner, pełnią kredyty. Zdobywamy je z rozsianych po lokacjach skrzynek lub „sprzątaczy” (urządzeń pojawiających się po pokonaniu wrogów w danej lokacji), które po zebraniu upuszczonych przez nieprzyjaciół broni, zaopatrzą nas w znaczną ilość kredytów. W miarę ich zdobywania, a co za tym idzie, zdobywania także kolejnych poziomów doświadczenia, zyskamy możliwość rozwoju już posiadanych, jak i tych nowych umiejętności.

Mimo prostej i przyjemnej mechaniki, to nie sam sposób rozgrywki czyni Ruiner-a czymś wartym zapamiętania. To oprawa audiowizualna sprawia, że produkcja studia Reikon Games jest czymś więcej niż tylko dobrą grą, których obecnie mamy na pęczki. Po  pierwsze grafika – niby taka prosta, oddalona, z widokiem z góry. Niby bez wodotrysków, a jednak cieszy oko niebywale. Niektóre lokacje wyglądają wręcz artystycznie, a po dodaniu wszelkich filtrów obrazu, na przykład podczas aktywnego spowolnienia czasu, wychodzi wizualny majstersztyk. Mogę brzmieć jakbym przesadzał, ale Ruiner naprawdę wygląda fenomenalnie. Aż chce się uchwycić odpowiedni moment, zrobić zrzut ekranu i ustawić na tapetę.

„Ja? gangster od 2 roku życia! Mamusia dała się złapać na przemycie prochów w moim brzuszku, stąd te blizny.”

Gdy do grafiki dodamy zaserwowaną nam przez twórców ścieżkę dźwiękową, wykonaną między innymi przez takich artystów jak Jake Lee (odpowiedzialny za projekt Sidewalks and Skeletons), wychodzi nam połączenie genialne. Gęsty jak smoła, wciągający klimat cyberpunku otoczony wyśmienitą oprawą graficzną i ścieżką dźwiękową – raz rytmicznie zagrzewającą do śmiercionośnego tańca między wrogami, by zaraz jedna ambientową nutką skusić do przechadzki po ponurych zakamarkach futurystycznego miasta. Miasta pełnego osobowości – ludzi spełnionych i wyniszczonych, żyjących w samym cieniu hiperkorporacji.

Ruiner to dzieło pełne i kompletne. Nawet mimo tego, że fabuła to nienadzwyczajny „zapychacz”, czas spędzony z tytułem to czysta przyjemność.  Gra tym bardziej robi wrażenie, gdy weźmiemy pod uwagę, że została zrobiona przez młode warszawskie studio Reikon Games. Samemu ciężko mi uwierzyć, że tak genialna produkcja, może być debiutem. W tak trudnej sztuce, jak produkcja gier.

promocja