Sonic, czyli seria z niebieskim jeżem w roli głównej, to dla wielu marka legendarna. Superszybki główny bohater wystartował już w 1991 roku i był twarzą kultowej konsoli — SEGA Mega Drive. Niestety czas nie działa na naszą korzyść. Przez lata zmieniała się forma gry, by sprostać oczekiwaniom graczy. Ostatnie kilka odsłon pokazuje, iż SEGA obrała najgorszy możliwy kierunek. Sprawdźmy, więc jak wypada Sonic Forces, czy raczej Sonic farsa.

Sonic Forces zapowiadał się całkiem nieźle. Produkcja przypominała jedną z bardziej udanych ostatnich odsłon, czyli Sonic Generations. Niestety już pierwsze chwile spędzone z pokazują, jak bardzo można się mylić. To, że nowa gra Segi jest najzwyczajniej słaba, poczuć możemy dosłownie po kilku minutach spędzonych w trybie fabularnym. Płytką fabułę rozpoczyna triumfalne zwycięstwo najczarniejszego charakteru uniwersum — doktora Eggmana. Nasz bohater zostaje w końcu pokonany. Oczywiście zło światem rządzić nie może i wkrótce formuje się ruch oporu przeciw dyktatorowi. My wcielamy się w młodego rekruta, a doświadczeniem mają się z nami podzielić dwa wcielenia Sonica — współczesne i retro. Choć zapowiada się nieźle, dalszy wątek historii jest kompletnie niespójny, a czasami wręcz pozbawiony jakiegokolwiek sensu. Dodatkowo zaserwowany przez twórców humor jest nieśmieszny lub zwyczajnie irytujący.

Sonic Forces

Cóż, gdyby wyciąć fabułę dla niewymagających dzieciaków na rzecz zawartości, otrzymalibyśmy przeciętnego platformera. Niestety długość kampanii jest kolejnym żartem. Czas gry w stosunku do sugerowanej ceny to istny skandal. Czeka na nas trzydzieści poziomów, których ukończenie zajmuje mniej więcej dwie godziny. Oczywiście etapy podzielić możemy na dłuższe i krótsze jednak większość nie zajmuje dłużej niż trzy minuty z hakiem. Co więcej, sama rozgrywka jest mocno zautomatyzowana. Przypomina smartfonowe produkcje z dopiskiem RUN, gdzie postać ślepo biegnie przed siebie, a nasza kontrola sprowadza się do trzymania wychylonej gałki analogowej i sporadycznego wciskania przycisku skoku w odpowiednim momencie. Uproszczeń w Sonic Forces nie ma końca, przez co gra nawet na poziomie trudnym nie jest wyzwaniem, dla kogoś, kto od czasu do czasu włączy dowolną platformówkę. Jeśli udało się Wam ukończyć Cuphead, to z pewnością zaliczycie każdy etap z najwyższą możliwą rangą.

Można jednak znaleźć pozytywy w Sonic Forces. Największym jest nasz bohater, którym kierujemy zamiennie z niebieskim jeżem. Przy pomocy kreatora stworzymy naszego awatara od zera, zaczynając od rasy, a na ubiorze kończąc. Ukończenie każdego poziomu dostarcza kolejnych opcji personalizacji. Oczywiście stworzona przez nas postać nie jest tak szybka, jak tytułowy Sonic, może za to korzystać ze specjalnych broni nazwanych tu Wisponami. Z pomocą tych przedmiotów znaleźć możemy ukryte obiekty, bądź skróty na planszach. Pomysł w założeniach dobry, lecz co z tego, jeśli został kompletnie zmarginalizowany i zasadniczo w obecnej formie jest to tylko kosmetyka.

Sonic Forces

Odniosłem wrażenie, że zanim gra trafiła na sklepowe półki, ktoś z twórców w nią zagrał i zauważył kompletny brak zawartości. Dzięki temu na szybko wciśnięto nieprzemyślane zapychacze w postaci zadań dziennych i misji SOS. Te pierwsze to kolejny tragiczny żart. Najczęściej polegają po prostu na ukończeniu wyznaczonego etapu lub UWAGA, UWAGA zmianie stroju stworzonego przez nas bohatera. Te drugie wnoszą na szczęście odrobinę więcej sensu. Tutaj pomagamy innym graczom, między innymi wypożyczając naszego awatara. Dzięki temu uprościć możemy jeszcze bardziej poszczególne etapy, mając dostęp do dwóch Wisponów jednocześnie.

Pod względem oprawy Sonic Forces wypada dobrze. Jest schludnie i kolorowo. Wizualnie gra cieszy oko, choć na wodotryski nie ma co liczyć. Ścieżka dźwiękowa dobrze uzupełnia to, co zobaczymy na ekranie, jednak i tu nie trafimy na melodie, które zapadłyby w pamięć. Uwag co do działania produkcji nie mam — jest płynnie i bez zgrzytów.

Sonic Forces

Sonic Forces jest kolejnym przykładem gry, która zwyczajnie żeruje na fanach marki. Lata świetności Sonica już dawno minęły, a eksperymentowanie z jego formą, by stworzyć produkcję odpowiednią na dzisiejsze standardy, kończy się najczęściej katastrofą. Niebieski jeż wypada najlepiej w formie dwuwymiarowej platformówki. Potwierdza to nawet kilka zawartych w grze etapów stylizowanych na retro. Niezależnie od obranego stylu największymi bolączkami nowego Sonica są jednak zerowy poziom trudności, a także śmieszna długość gry.

promocja