Jeden pierd, by rządzić wszystkimi innymi… tak bym napisał, gdyby przyszło mi pisać recenzję South Park: The Stick of Truth. Wprowadziłbym Was wszystkich w klimat fantasy, skąd biegle postarałbym się opowiedzieć nieco o tym tytule. Tak jednak nie będzie. Dzieciaki z miasteczka stwierdziły, że zabawa w elfy jest bardzo lamerska i jest o kilka dni za stara. Dlatego też od teraz bawimy się w superbohaterów w South Park: The Fractured But Whole.

Słowem wstępu

Prawdę mówiąc nie mogę nazwać siebie osobą specjalnie kompetentną do zagrania w The Fractured But Whole. Fanem South Parka nie jestem, a w dodatku nie grałem w poprzedniczkę – The Stick of Truth. Nie obejrzałem dużej ilości odcinków tego serialu, a dosłownie kilka, które w danym czasie były popularne lub które wydawały mi się tematycznie powiązane z moim okresem życia (dla przykładu Make Love, Not Warcraft, kiedy miałem ogromne parcia na World of Warcraft). Można jednak powiedzieć, że utożsamiam się z humorem zaprezentowanym w tej kreskówce, dlatego przy pierwszej lepszej okazji z chęcią sięgnąłem po grę z uniwersum niecodziennego miasteczka. Czy bawiłem się przy tym dobrze? Ależ oczywiście, że tak!

Era superbohaterów

Przyznam szczerze, że zaprezentowana tu fabuła pozytywnie mnie zaskoczyła, choć koncepcja na nią jest naprawdę prosta. Dzieciaki z miasteczka South Park po niedługim czasie nudzą się zabawą w fantasy i przesiadają się na epickie opowieści z superbohaterami w roli głównej. Ich głównym celem nie jest jednak chęć ratowania niewinnych obywateli przed złem, a odnalezienie zaginionego kota za którego wyznaczono sowitą nagrodę. Tę następnie przeznaczy się na serię filmów ze wszystkimi członkami „pseudo-Avengers”, na której Cartman i spółka zarobi całe miliony. Brzmi banalnie? Z początku tak i miałem zresztą bardzo podobne wrażenie. Z czasem jednak opowieść znacznie się komplikuje. Pojawia się coraz więcej postaci, następują nagłe zwroty akcji i koniec końców wychodzi na to, że prosta historia zamienia się we wciągającą przygodę, choć oprawioną kilkoma niedorzecznościami.

Niedorzeczność to zresztą główne słowo towarzyszące całej zabawie we Fractured But Whole. Nie jest to jednak coś z czym fani kreskówki nie są zaznajomieni. Wszystko co znajduje się w grze kipi po brzegi humorem i to niekoniecznie smacznym. Choć niektóre smaczki wyciągną jedynie miłośnicy serialu oraz komiksów, to gra jest przesiąknięta wręcz żartami z jakich śmiać się będą osoby niedzielnie idące na kino Marvela. South Park: The Fractured But Whole absolutnie jedzie po wielu stereotypach i w odpowiedni sposób je koloryzuje. Jest Morgan Freeman będący naszym mentorem. Jest scena w której walczymy z księżmi-pedofilami, którzy chcą nas zgwałcić. Jest design chłopca ze sparaliżowanymi nogami, chodzącym o kulach, który pozoruje swoją wymyśloną postać na Flasha. Znajdzie się też cała masa absolutnie prostego humoru w stylu pierdzenia czy żartów o seksie. Mam jednak wrażenie, że Ubisoft San Fransisco nieco bało się cenzury i nie pojechało tak bardzo po bandzie jak twórcy serialu w niektórych epizodach czy chociażby Obsidian Entertainment przy okazji The Stick of Truth. The Fractured But Whole nadal bawi, choć nie tak pikantnie jak było do tej pory.

Śmierdząca rozgrywka

Sam gameplay również musiał się pozmieniać w stosunku do poprzedniej odsłony. Tak też nadal pozostaliśmy przy turowym systemie walki, ale nie tym w stylu jRPG. Choć i tutaj musimy odczekać swoją kolej do uderzenia, to dodano znacznie więcej dynamiki oraz zmysłu taktycznego. Tym razem zainspirowano się nieco serią Final Fantasy Tactics czy też modelem bitew z Heroes of Might and Magic. W The Fractured But Whole lądujemy na planszy podzielonej na kwadraty. Każda postać ma swój zasięg obejmujący jej ruch oraz ataki, podobnie zresztą jak przeciwnicy. Nie liczy się zatem wyłącznie rzucenie odpowiedniego czaru jak w The Stick of Truth, a odpowiednie rozmieszczenie swoich bohaterów na polu walki tak, żeby uniknęli znacznej części obrażeń od ataków obszarowych, ale też by sami mogli je wyprowadzić. Zabawa zaczyna być ciekawsza na wyższych poziomach trudności (który zależy od wyboru naszego koloru skóry przy starcie nowej gry) i polecam zacząć od bardziej skomplikowanych trybów, bo rozgrywka nabiera wówczas całej masy rumieńców. Tam nawet prosta potyczka z szóstoklasistami potrafi dać w kość, o ile dobrze nie rozdysponujemy zasobami naszej drużyny. The Fractured But Whole stanowiło szczególne wyzwanie w trakcie potyczek z bossami (mniejszymi czy większymi), które nie dość, że zrealizowane zostały naprawdę pomysłowo, to w dodatku wymuszają na graczu ciągłe kombinowanie. Fanatycy gier taktycznych pewnie i tak wciągną rzucane im tu wyzwania nosem, ale jako przeciętnie zaznajomiony z tym gatunkiem osobnik, uważam tę produkcję za stosunkowo trudną (o ile oczywiście na to pozwolimy).

Czy ten tyłek faktycznie jest pęknięty?

Strasznie spłycony został jednak system rozwoju postaci. Nie ma tu inwestycji w żadne statystyki, a zdobywanie kolejnego poziomu doświadczenia jakoś specjalnie nie cieszy. Naszym źródłem mocy są jedynie zbierane w trakcie rozgrywki artefakty oraz zdolności odblokowywane wraz ze zdobyciem odpowiedniej klasy. Z kolei stroje, które znajdujemy w trakcie zabawy są tylko po to, by pieścić nasze poczucie estetyki, nie dając przy tym żadnego bonusu. Nie jest to dla mnie zbyt dobra wiadomość, bo fanem „odpicowywania” swojej postaci bez idących za tym bonusów nie jestem. Może i grinding jest spłycony do absolutnego zera, ale poza samą historią (która jest głównym koniem napędowym) nic za bardzo nie motywuje do dalszego działania.

Po kilku godzinach doszedłem też do wniosku, że eksploracja w The Fractured But Whole jest absolutnie bezużyteczna, czego winowajcą jest po części system rozwoju postaci. Rzadko kiedy wchodząc do jakiegoś budynku, czy po zagadaniu, inicjowałem ciekawe zadanie poboczne. Większość dodatkowych aktywności pojawia się przy okazji sukcesywnego pchania głównego wątku. Myślę, że można było lepiej to rozwiązać, bo choć South Park jest stosunkowo małym miasteczkiem, to wypchanie go masą absurdalnych questów wydaje się nad wyraz wskazane. Grę skończyłem w niecałe 15 godzin, ale odczuwałem jeszcze lekki niedosyt po obejrzeniu napisów końcowych. DLC jest już gdzieś na horyzoncie, ale tej podstawowej zawartości mogłoby być zdecydowanie więcej.

To gra czy serial?

Gdyby wyłączyć cały interfejs i spojrzeć na grę, mogłoby się wydawać, że mamy do czynienia z serialem. Dlatego też choć nie ma co się spodziewać jakichś graficznych fajerwerków, to The Fractured But Whole wygląda świetnie, wręcz mógłbym powiedzieć ponadczasowo. Twórcy podobnie jak przy okazji The Stick of Truth postarali się o to, żeby jak najwierniej oddać klimat South Park i chwała im za to. Karykaturalne modele postaci i ich komiczne animacje, do bólu proste lokacje – wszystko jest tu na miejscu i (powtórzę się raz jeszcze) ma się wrażenie jakby sterowano nie grą a serialem.

W tak niewielkiej produkcji zdziwiła mnie jednak spora ilość niedoróbek technicznych. Wielokrotnie zdarzało mi się, że dialogi czy tury przechodziły bo sobie bardzo niepłynnie. Miałem też do czynienia z bugiem znacznie utrudniającym mi widoczność w trakcie potyczki, gdzie na planszy widniał model wroga, który tak naprawdę fizycznie nie istniał. Nadal jednak żaden z tych błędów nie utrudnił mi zabawy na tyle, żebym nie mógł ukończyć jakiejś sekcji rozgrywki. To zwykłe glitche, ale warto byłoby je poprawić.

Mocno denerwowało mnie też sterowanie. W The Fractured But Whole granie kombinacją mysz + klawiatura jest niemożliwe i sprowadza się do kierowania postaciami przy pomocy wyłącznie tego drugiego urządzenia. W większości przypadków nie jest to specjalnie upierdliwe, bo w końcu sporo czasu biegamy po planszy lub walczymy używając prostych poleceń. Są jednak sekcje, gdzie trzeba klawiaturą celować i tutaj zaczynają się schody. Nieraz zdarzało mi się, że nakierowanie celownika na jakiś obiekt zajmowało znacznie dłużej niż powinno. Ubisoft San Fransisco potrzebowałoby jedynie zwiększyć użyteczność myszy i problem by zniknął samoistnie. Do poprawy przy następnej okazji.

Podsumowanie

South Park: The Fractured But Whole to moim zdaniem kawał naprawdę porządnej gry, przy której dobrze będą bawić się nie tylko fani serialu. Ciężko jakoś skrzętnie ubrać w słowa moje pozytywne wrażenia związane z produkcją Ubisoft San Fransisco. Mogę jedynie powiedzieć, że w The Fractured But Whole bawiłem się równie dobrze, co przy oglądaniu tego kultowego serialu… a nawet jeszcze lepiej! Owszem, parę braków można znaleźć, ale nie są one na tyle znaczące, żeby odejść od sesji z tym tytułem jako zawiedziona wydatkiem osoba. Zdecydowanie polecam!

Egzemplarz South Park: The Fractured But Whole udostępnił nam Ubisoft Polska. Dziękujemy!

Gra testowana była przy użyciu karty graficznej ASUS GeForce GTX 1080 ROG STRIX OC 8GB. Dziękujemy firmie ASUS za udostępnienie egzemplarza!