Blazkowicz w pełni dumy oraz chwały powraca bardziej opancerzony, by wybijać całe szeregi Nazistów. Czy robi to jednak skutecznie i z odpowiednią dozą gracji w swojej brutalności?

Bethesda jako wydawca świetnie wykorzystuje swoje stare marki. Choć mam spory problem z kilkoma decyzjami oraz zachowaniami tejże firmy (Skyrim na kalkulatorze, płatne mody, przez jakiś czas wstrzymanie recenzji przed premierą), to ich ostatnie „odświeżenia” DOOM-a, Wolfensteina oraz Prey okazały się nadzwyczaj udane. Zwłaszcza DOOM stał się dla mnie jedną z najlepszych produkcji wypuszczonych w przeciągu kilku lat i tak jak Wolfenstein jest wybornym powiewem świeżości pośród skostniałego gatunku pierwszoosobowych strzelanek. Nic więc dziwnego, że na The New Colossus czekałem z wypiekami na twarzy i coś mi podpowiadało, że na tym tytule nie zawiodę się w 2017 roku. Teraz, po spędzeniu z produkcją Machine Games 9 godzin tylko potwierdziłem swoje przypuszczenia. Moc w Blazkowiczu jest naprawdę silna!

Nazi Ameryka

W świecie opanowanym przez gry z (pustymi) otwartymi światami, które wypchane są całą masą (zwykle sztucznej) zawartości, niektórych może zdziwić to, że The New Colossus można skończyć w nieco więcej niż jeden wieczór. Jest to jednak produkcja wierna starym zasadom, która nie stara się upychać niepotrzebnego contentu, by sztucznie nabić licznik godzin. To stosunkowo liniowa, intensywna i naszprycowana akcją przygoda „na raz”. Przyznam szczerze, że tęskniłem za takim schematem w 2017 roku i cieszę się, że po tych 9 godzinach mogłem odejść od monitora usatysfakcjonowany, a nie zmęczony. Ani razu nie czułem, że brakuje dziełu Machine Games ekstra zawartości czy na siłę dodanego trybu multiplayer. Jeśli ktoś chce, może pobawić się w kolekcjonera, albo rzucić sobie wyzwanie i ukończyć „Nowego Kolosa” na najwyższym poziomie trudności. Mi jednak w zupełności wystarczyło to co dostałem.

Wolfenstein II: The New Colossus jest absolutnie zwariowanym tytułem i widać to już po fabule. Kontynuacja rozpoczyna się tuż po akcji z The New Order, gdzie wysadzamy w powietrze placówkę oraz samego Wilhelma Strasse. Nasz bohater również mocno obrywa, przez co zapada w śpiączkę. Oczywiście udaje mu się z niej wybudzić, ale jest w zasadzie wrakiem człowieka. Nie przeszkadza to mu jednak w wyżynaniu Nazistów. I tak w pierwszym etapie gry strzelamy do przeciwników, poruszając się na… wózku inwalidzkim! Stąd historia popycha nas dalej do zapoznania się z naszą nową antagonistką, czyli generał Irene Engel. Dalej wszystko toczy się standardowym torem – chęcią zemsty oraz niesienia pomocy ruchowi oporu. Sama historia jest nieco oklepana, ale jej otoczka oraz sposób prowadzenia to już najwyższa światowa klasa… szaleństwa. Nie mniej jednak cutscenki oraz całą opowieść ogląda się po prostu jak dobry film akcji. Wiecie, taki pełny durnot, klisz i kiczu, ale nie odciągający nas specjalnie od ekranu.

Projekt wszystkich postaci jest bardzo barwny – mają one mocno wyraziste charaktery, których podstawa nakreślona została przez ich mocno skomplikowaną przeszłość. Ze wszystkimi bohaterami opowieści idzie się zżyć i ich polubić, a napisane dialogi oraz scenki pomiędzy misjami to istny majstersztyk. Wszystkie konwersacje napchane są jednocześnie wulgaryzmami, dużą ilością brutalności, patosu oraz humoru. The New Colossus przypomina od razu Bękarty Wojny, choć dzieło Machine Games wydaje się być jeszcze bardziej szalone niż to co przedstawił Quentin Tarantino. Wielokrotnie wydarzenia wydawały mi się absurdalne lub też absurdalnie zabawne, ale taka jest konwencja całej gry i naprawdę przypadła mi ona do gustu. Wystarczy sobie wyobrazić sceny, gdzie dwie postacie ostro wymieniają poglądy polityczne przy alkoholu, gdy ktoś w tle wesoło gra na flecie, zaś cała baza ostrzeliwana jest hucznie przez Nazistów. Mało szalone? To co powiecie na fragment, gdzie naga, ciężarna kobieta, skąpana we krwi wysadza i ostrzeliwuje oddziały nazistów, trzymając dwa karabiny szturmowe w ręce? Takie akcje tylko w Wolfensteinie!

Nowy Kolos

DOOM był swoistym tchnięciem nowego życia w stare strzelanki. Rozgrywka stawiała na ciągły ruch i wymianę ognia, a także dostosowywanie taktyki pod dany typ oponenta w biegu. Było to jednak serwowane z taką gracją, że choć ogólny zamysł przypominał stare DOOM-y, Quake’i czy Unreale, to wykonanie znacznie się od nich różniło. The New Colossus idzie jednak w zupełnie innym kierunku. To nie jest hołd dla dawnych tytułów, a mieszanka „starej szkoły” z „nową”. Gdybyśmy wzięli takie Call of Duty i wrzucili tam trochę DOOM-a oraz Quake’a to dostalibyśmy właśnie produkcję Machine Games.

Nasz bohater nie jest specjalnie wytrzymały (przynajmniej na wyższych poziomach trudności) i gdy nie sprintuje, nie należy do najszybszych. Nasze zdrowie nie regeneruje się automatycznie, stąd naszym ratunkiem są apteczki oraz zbierany pancerz. Musimy również liczyć się z tym, że wróg ma sporą przewagę, dlatego otwarta wymiana ognia bez korzystania z osłon może skończyć się dla nas tragicznie. Musimy się stale przemieszczać pomiędzy zasłonami, nie przerywając ognia, bo oponenci mogą nas zwyczajnie okrążyć i załatwić porządną serią z karabinu. Stanie w miejscu się tu kompletnie nie opłaca, tak samo jak bezmyślne wpadanie w chmarę Nazistów. Twórcy wymuszają na graczu ciągły, acz przemyślany ruch, a przynajmniej jeśli uczestniczymy w otwartym konflikcie, co czyni cały gameplay niezwykle dynamicznym oraz satysfakcjonującym. Możliwość złapania oddechu przychodzi dopiero po opróżnieniu pomieszczenia. B.J. Blazkowicz może też zachowywać się niczym łowca i po wejściu do pomieszczenia, postarać się o ciche eliminowanie swoich adwersarzy bez wszczynania alarmu. Sam system skradania uważam jednak za średnio udany, ale lubiłem w ten sposób rozpoczynać masakrę Nazistów, by po wykryciu przejść do kompletnej, szalonej rozwałki.

Rozgrywkę uzupełniają projekty poziomów, które również imponują. Machine Games w zasadzie przerzuca gracza pomiędzy stosunkowo sporymi arenami, będącymi mieszanką większych przestrzeni oraz ciasnych korytarzy. Często zdarza się też, że miejscówki są wielopoziomowe oraz wzbogacone całą masą szybów wentylacyjnych lub alternatywnych przejść. Wszystko to zostało sprytnie ze sobą splecione i już po wejściu do jakiegoś pomieszczenia, pokazuje się multum opcji, które pozwolą nam odpowiednio podejść czy też oflankować Nazistów. Wraz z pchaniem głównego wątku, dostajemy też parę nowych umiejętności, które otwierają przed nami kolejne przejścia. Te dają jeszcze więcej urozmaicenia w postaci kolejnych możliwości taktycznych. Spore brawa dla projektantów.

Muszę jednak nieco ponarzekać na giwery, bo tak naprawdę większość gry przebiegłem z karabinem szturmowym lub shotgunem. Pistolet maszynowy wyciągałem tylko gdy zabrakło mi w wymienionych spluwach amunicji (czyli rzadko). Do dość ciekawego granatnika naboi w grze jest jak na lekarstwo, a i czasem zdarzyło mi się podnosić po większych wrogach ciężkie bronie. Te są piekielnie mocne, ale znacznie ograniczają mobilność, choć i tak zdołałem nimi zwykle wyczyścić większość największego zagrożenia, zanim moje powolne ruchy zaczynały mieć jakiekolwiek znaczenie. Nic nie zrobiło na mnie większego wrażenia, albo nie okazywało się tak skuteczne jak dwa shotguny w rękach, którymi wybijałem Nazistów w mgnieniu oka. Pod tym kątem Machine Games zdecydowanie powinno bardziej poeksperymentować.

Piękno destrukcji

Wolfenstein II: The New Colossus wygląda świetnie. Nie jest to może jakaś graficzna rewolucja, ale otoczenia, modele postaci oraz efekty cząsteczkowe zdecydowanie robią wrażenie. Przedstawione graczowi krajobrazy często powalają na kolana i cieszą oko, a przy okazji są mocno nasiąknięte klimatem. Dane jest nam zobaczyć zniszczony Nowy Jork, zalany przez bagna Nowy Orlean czy opanowane przez nazistów miasteczko Roswell, wypchane wręcz jaskrawymi barwami. Zdecydowanie jest na czym zawiesić oko.

Grę testowałem na zestawie GTX 1080, 8 GB RAM oraz procesorze Intel i5 z generacji Haswell Refresh (bez K) i w rozdzielczości 1440p. Ustawienia graficzne wywindowałem oczywiście najbardziej jak się dało. Rezultat? Stałe 60 klatek na sekundę bez jakichkolwiek większych spadków. Wymagania sprzętowe gry mogą nieco straszyć, ale id Tech działa bardzo stabilnie i powinien zapewnić zadowalającą płynność nawet na nieco gorszym sprzęcie. Nic od czasów DOOM-a zatem się nie zmieniło.

Warto?

Wolfenstein II: The New Colossus to istna jazda bez trzymanki. Kawał dobrej strzelanki i jeden z moich typów do miana gry roku. Czy mogę polecić jej zakup? Ależ oczywiście! Miejcie jednak na uwadze to, że cena gry powinna stosunkowo szybko słabnąć, a dzieło Machine Games nie zapewni Wam rozrywki na kilkadziesiąt godzin. To niesamowita, satysfakcjonująca i dobrze stonowana przygoda, ale fani siedzenia przy jednym tytule 200 godzin nie mają tu czego szukać. Czy coś więcej mogę dodać? Ach tak – mam teraz tylko nadzieję, że część trzecia oraz DLC okażą się równie świetne!

Gra testowana była na komputerze osobistym, a kod do recenzji dostarczył jej oficjalny dystrybutor – Cenega. Serdecznie dziękujemy!

Gra testowana była przy użyciu karty graficznej ASUS GeForce GTX 1080 ROG STRIX OC 8GB. Dziękujemy firmie ASUS za udostępnienie egzemplarza! 

promocja