Komiks o Gotham bez postaci Batmana wydaje się dość dziwnym pomysłem. W końcu czytamy superbohaterskie opowieści, by poznawać losy ulubionych herosów. Jednakże czy aby na pewno nie da się opowiedzieć historii z uniwersum DC bez ani jednego wielkiego nazwiska? Scenarzyści Ed Brubaker i Greg Rucka pokazali, że jest to możliwe. Trzeba tylko chcieć.

Komiksy o Batmanie to medialny mikser, do którego kolejni autorzy po trochu wrzucili różne treści z zakresu literatury, filmu i komiksu. Bill Finger wraz z Bobem Kane’m – twórcy postaci Mrocznego Rycerza – przyznali, że ogromny wpływ na ich twórczość miała nie tylko literatura z gatunku powieści detektywistycznych, takich jak przygody Sherlocka Holmesa, ale także czerpali pełnymi garściami z kina akcji, nawiązując choćby do filmu Znak Zorro z 1920 r, tudzież amerykańskiej twórczości komiksowej wczesnych lat trzydziestych, przede wszystkim wzorując się na The Shadow autorstwa Waltera B. Gibsona.

Symbolem rozumianym niezależnie od długości i szerokości geograficznej, jest miasto pozostające pod opieką Batmana. Pierwotni twórcy przygód człowieka nietoperza długo spierali się nad wyborem metropolii, w której osadzą akcję. Początkowo wszystko wskazywało, że wybór padnie na ich rodzinne miasto – Nowy Jork, ale ostatecznie zgodzili się, co do tego, iż warto nadać komiksowi charakter uniwersalny.

Nazwa Gotham pojawiła się przypadkowo podczas przeglądania książki telefonicznej, gdy Bill Finger natknął się na nią przy okazji adresów zakładów jubilerskich. Gotham już od wczesnych lat XIX w. funkcjonowało, jako alternatywna nazwa Nowego Jorku, w szczególności wyspy Manhattan. W późniejszych latach koleni autorzy dosypywali nowe wątki, szczególnie gdy szło o architekturę czerpiąc pomysły z wielkich metropolii USA, Europy, a także dalekiej Azji.

Scenarzyści Ed Brubaker i Greg Rucka doszli do wniosku, że Gotham może pełnić rolę bohatera samego w sobie, ze wszystkimi swoimi mrocznymi tajemnicami, rozgrywkami politycznymi, a także półświatkiem. Natomiast do walki rusza jednak nie Batman, a ci pozostający w cieniu nietoperza, czyli funkcjonariusze GCPD. Żeby było ciekawiej na pierwszą linię ognia nie idą zwykli mundurowi, a policjanci z WPP – Wydział Poważnych Przestępstw. Jest to jednostka uformowana przez emerytowanego już komisarza Jima Gordona, choć w przeciwieństwie do swojego dawnego chlebodawcy nie pałają sympatią do Batmana. Ich głównym zadaniem jest walka z najbardziej niebezpiecznymi przestępcami terroryzującymi miasto.

Dla wielu z nich obrońca Gotham to dziwoląg tego samego kalibru, jak złoczyńcy, na których poluje. Jednak jak wiecie Mister Freeze, Two-Face, Firebug lub Joker to kompletnie inna liga niż zwykli kryminaliści, czy nawet stara dobra mafia. Można ich nazwać socjopatami najwyższego sortu, dlatego zwykli funkcjonariusze na samą myśl o konfrontacji z nimi bledną ze strachu. Dla WPP, to dzień, jak co dzień. Jednakże, mimo jako elita służb mundurowych także miewają kłopoty z niektórymi sprawami, choć nawet przyduszeni do muru niechętnie sięgają po pomoc Batmana.

Jeśli oglądacie serial Gotham, opowiadający o czasach za nim w mieście zawitał Batman, zapewne zauważycie wiele podobieństw – i słusznie, choć w komiksie nawet Bruce Wayne nie pojawia się w ogóle, co uznać można za dobry manewr fabularny, oddalający czytelnika od „klasycznego” postrzegania miasta Gotham. Tom pierwszy, zatytułowany Na służbie, podobnie zresztą jak kolejne książki będące w przygotowaniu, to zbiór dłuższych opowiadań sensacyjnych, gdzie detektywi starają się rozwikłać trudne zagadki kryminalne, bez pomocy sami wiecie, kogo. Z początku podszedłem z dużą dozą rezerwy do komiksu, ale niesłusznie, bowiem już po dwóch rozdziałach zweryfikowałem swoje zdanie. Recenzowany tomik czyta się lepiej niż nie jedną historię dotyczącą Batmana. Całość utrzymana w klimatach Noir, za sprawą kreski Michaela Larka, przypomina nieco wydany w Polsce komiks Fatale, do którego scenariusz pisał nie, kto inny jak Ed Brubaker. Nie obawiajcie się jednak, że opowieść nieustannie otacza odbiorcę ciężką i mroczną narracją – scenariusz jest całkiem zręcznie poprowadzony, pokazując zarówno te mniej motywujące, jak i lepsze aspekty pracy gliniarzy z wielkiej metropolii.

Jeśli byliście na bakier z opowieściami o Batmanie, zasadniczo po Gotham Central możecie spokojnie sięgnąć. Nie licząc pojawiających się łotrów oraz sporadycznych występów wspomnianego Mrocznego Rycerza, w nasze ręce trafia historia inna aniżeli te, za które DC zyskało rozgłos na całym w świecie. Można powiedzieć, że pokazują nam w ten sposób zupełnie innych bohaterów, bardziej namacalnych, których często po prostu mijamy na ulicy. Natomiast dla fanów uniwersum to znakomite uzupełnienie większego obrazka – obejrzenie miasta z zupełnie innej perspektywy, aniżeli dachy Gotham oraz intryg, z jakimi borykał się człowiek nietoperz.