Czwarty tom serii o superbohaterach DC wystawi na ciężką próbę drużynę obrońców naszej planety – Amerykańską Ligę Sprawiedliwości (JLA). Bohaterowie mierzyli się już z niezliczonymi zagrożeniami i za każdym razem zwyciężali. Co się jednak stanie, gdy nadciągnie Mageddon, czyli broń ostatecznej zagłady Starych Bogów?

JLA Tom 4, to opasła książka licząca niemal 250 stron, na kartach, której zamieszczono dwie historie. Pierwszą, zajmującą większą część tomu, opublikowano pierwotnie w zeszytach JLA #34, 36-41, drugą zaś w JLA Classified #1-3. Po pełnym dramaturgii wstępie do recenzji można się domyślić, iż pierwsze skrzypce zagra opowieść, jak herosi musieli stawić czoła Mageddonowi – kosmicznej broni masowego rażenia.

Starzy wrogowie, nowe sojusze

Opowieść pisana ręką Granta Morrisona (The Invisibles, All-Star Superman, New X-Men), a rozrysowana przez Howarda Portera (Fantastyczna Czwórka, Flash) rozgrywa się na dwóch polach. Z jednej strony w cieniu formuje szeregi nowy Gang Niesprawiedliwości, dowodzony twardą ręką Lexa Luthora, mającego wsparcie w osobie Prometeusza. Skład niegodziwej drużyny jak pewnie się domyślacie jest dość różnorodny, a wszystkich łączy wyłącznie jedna ambicja – pozbyć się bohaterów.

Skoro za sznurki pociąga Lex, nie pójdą oni na zwyczajną rzeź, a swoje działania planują miesiącami, śledząc i ucząc się nawyków Ligi Sprawiedliwości. Gdy nadchodzi odpowiedni moment uderzają z pełnym impetem, przede wszystkim przenosząc do przeszłości księżycową bezę JLA. Czy to jedyne zmartwienia herosów na tę chwilę? Nie do końca, albowiem gdy toczy się bitwa, w której ci dobrzy dostają ewidentny łomot, na Ziemi jeden po drugim wybuchają konflikty zbrojne między państwami. Co ciekawe działania zbroje toczą się nawet między dawnymi sojusznikami. Świat pochłania Trzecia Wojna Światowa.

Za masowy rozlew krwi nie odpowiada Gang Niesprawiedliwości, a prastara broń o nazwie Mageddon. Przemierza kosmos niosąc za sobą jedynie chaos i zniszczenie. Jej moc w skrócie polega na manipulacji istotami żywymi, tak że te bez większego namysłu stają naprzeciw siebie walcząc do upadłego. Im bliżej Mageddon znajduje się Ziemi, tym zjawisko nabiera na sile. Liga Sprawiedliwości jest w bardziej niż niekorzystnym położeniu, bowiem stawiając czoła zaciekłym antagonistom, będąc w totalnej rozsypce musi jednocześnie powstrzymać dalszy globalny konflikt, a także kosmiczną broń odpowiedzialną za cały raban.

Na dokładkę otrzymujemy jeszcze JLA Classified, gdzie scenariusz również napisał Grant Morrison. Rysunki jednak tym razem powstają dzięki Ed’owi McGuinnessowi. Większość polskich czytelników powinna kojarzyć jego sylwetkę dzięki zeszytom Batman-Superman ukazującym się na łamach Dobrego Komiksu. Na pierwszy plan wychodzi Międzynarodowy Korpus Ultrażołnierzy – odpowiednik Ligi, tyle, że mocno w stylu retro. Reagują oni na tak terrorystyczny w jednym z afrykańskich miast, za który odpowiedzialność ponoszą… goryle.

Oczywiście głównym złym jest Grodd – goryl o nadprzeciętnym intelekcie i jeszcze większej mani wielości, a także apetycie. Korpusowi akcja nie wypada najlepiej, a Liga Sprawiedliwości jest niestety niedysponowana, bo akurat zajmuje się ratowaniem innego wszechświata. Na posterunku został wyłącznie Batman, i to on zorganizuje skuteczny kontratak wymierzony w stronę niesfornego naczelnego.

Więcej nie znaczy lepiej

Liga Sprawiedliwości miała swoje dni chwały, a także okres, gdy nie generowała należytego zainteresowania. Już w połowie lat 80. wydawało się, iż formuła DC Comis na drużynę największych herosów uległa wyczerpaniu. Z biegiem czasu słupki sprzedaży pikowały w dół, widmo zamknięcia przygód JLA wisiało w powietrzu, aż markę ostatecznie oddano pod opiekę Granta Morrisona.

Pierwszy tom JLA, jaki pojawił się na polskiej ziemi dzięki Egmont, to tak naprawdę klasyka. Dla wielu czytelników była to wyczekiwana premiera. Okazja do sięgnięcia za komiks, gdy superbohaterzy DC byli rysowani z przytupem, a historie miały odpowiedni rozmach, wartką akcję i dobry humor. Słowem, gdy komiks miał przede wszystkim bawić.

Recenzowany album zawiera opowieści, które ukazały się już po 2000 roku, a wiec nieco świeższy materiał. Mimo tego po lekturze czwartego tomu nie mogę podzielić tak daleko idącego entuzjazmu. Już podczas recenzowania niedawno opublikowanej Anihilacji od Marvela, podkreślałem, iż wielkie wydarzenia na skalę kosmiczną, mające porwać czytelnika, a jednocześnie wstrząsnąć nieco uniwersum są aż nazbyt nadużywane. Ponadto w tomie czwartym dzieje się zwyczajnie zbyt dużo, by sensownie poukładać sobie w głowie cały ciąg przyczynowo-skutkowy.

Akcja pędzi jak na złamanie karku, bitwy rosną do wręcz niebotycznych rozmiarów, przy paradoksalnie znikomych stratach po stronie tych dobry. Na horyzoncie zaś czai się wielka kosmiczna głowa, wielkości niemal układu słonecznego w postaci Mageddona i wystarczy żeby kichnęła, a życie na naszej planecie skończy się natychmiast. Zasadniczo ani skala, a tym bardziej „powaga” zagrożenia nie budzi w czytelniku już dreszczyku – zbyt często Liga walczy na taką skalę, by kolejny kosmiczny byt zrobił większą różnicę.

Na szczęście są i pozytywy. Jednym dużym plusem na rzecz czwartego tomu jest JLA Classified. Opowieść zrobiona z faktycznym przytupem, choć momentami autor płynie może nawet aż nazbyt, ale wydaje się bardziej spójna, poukładana… ciekawsza. Czytało się tą opowieść znacznie lepiej, dziwiąc się jak ogromna przepaść dzieli oba wątki, napisane przecież ręką tego samego scenarzysty.  Dodatkowym atutem, o jakim należy wspomnieć, jest jeszcze jakość wydania: solidna zszywana oprawa w twardej okładce, plus należyty poziom druku.

Słowem podsumowania

Chyba powoli, jako czytelnik komiksów robię się trochę za stary na „klasyczne” opowieści spod szyldu DC Comics. Z dzieciństwa, które przypadło właśnie na lata 90., trochę inaczej zapamiętałem komiksy właśnie tej marki. Oddawałem się przeważnie lekturze Batmana i Green Lanterna, głównie ze względu na poziom narracji, ale i pewną charyzmę postaci. Natomiast inni herosi z tego uniwersum, choćby w postaci Supermana wydawali mało przekonujący (za wyjątkiem sagi o Doomsday’u).

Niemniej współczesny młody czytelnik do lektury JLA przysiądzie z marszu i będzie się prawdopodobnie nawet dobrze bawić. To komiks tak pokręcony, że nie wymaga większego wysiłku intelektualnego. Zwyczajnie śledząc następne kadry podążamy ścieżką totalnej rozróby, choć generalnie finał z Mageddonem pozostawia spory niedosyt. Starsi wyjadacze mogą poczuć niestety pewne rozczarowanie przez pierwszą część tomu, szczególnie jeśli poszukują przemyślanej narracji, jak również nietuzinkowego podejścia do wręcz ikonicznych bohaterów.

Za udostępnienie komiksu do recenzji dziękujemy wydawnictwu Egmont