Nigdy nie wierz kłamcy (a kiedy nie masz pomysłu na wstęp zacznij od banału – może nikogo nie zaskoczysz, ale przynajmniej też nie rozczarujesz). Loki i jego ferajna mieli już nie powrócić na półki księgarń, ale powstała gra karciana Kłamcianka Towarzyska (o której dokładnie opowiem w osobnym tekście) i wypadało dodać do niej jakiś gratis dla wiernych, zawsze spragnionych nowych przygód, fanów. Jako dodatek do gry dostaliśmy trzy niezwykle krótkie opowiadania, które spokojnie przerobimy w mniej zapracowany dzień. Nowe opowieści miały uzupełnić pewne luki w historii o cynglu aniołów w świecie, gdzie wykałaczka w zębach wywołuje paniczny (pamiętajcie – grecka mitologia to podstawa!) strach u wrogów i topnienie niewieścich serc.

Zebranie informacji i początek przygody

Pierwsze dwie historie przedstawione w Kłamcy 2,5 oscylują wokół wydarzeń z pierwszego tomu (nie ma jeszcze Kłamczucha, próżno też szukać tandemu Bachus/Eros), natomiast tytułowa Machinomachia zbliża się bardziej do przestrzeni między trzecim a czwartym tomem głównego cyklu. W Kłamcy 2,5 odnajdziemy charakterystyczne dla Ćwieka elementy nowego porządku świata po zniknięciu Boga: pomieszanie kultury wysokiej (z kilkoma mrugnięciami oka do czytelnika, aby w razie czego mógł się trochę dokształcić lub co nieco poznać, ale naprawdę, czy przy okazji każdego mordobicia trzeba wspominać o Fight Clubie?) z „niską” (która jak wieść gminna niesie musi z definicji być odrobinę tandetna, nierzadko kiczowata, nie obawiająca się mierności oraz upstrzona dosadnym językiem i humorem niskich lotów), szybki bieg zdarzeń, postawienie na kolejne zwroty akcji a nie na wybujałe opisy, nagromadzenie oraz połączenie wielu mitycznych opowieści, gdzie nawiązanie goni nawiązanie… czyli współczesny świat walczący orężem szczerości i cynizmu z pompatycznością tradycji. Dzięki temu bogactwu błyskotek, niekiedy nie pozbawionych przebłysków głębi (choć bardzo dobrze ukrytych przed chciwym okiem czytelników, poszukujących zawsze „czegoś więcej”), przygody Lokiego to lektura łatwa, miła i przyjemna. Idealna w połączeniu z colą, czipsami i sushi. Ale, ale! Czy taki bigos jest jeszcze strawny? Albo chociaż napełni nasze brzuchy błogą sytością?

Słuchanie i snucie opowieści

Pierwsza nowelka Handlarz snów jest zdecydowanie najsłabsza. Kilka stroniczek nie posiada żadnej interesującej warstwy fabularnej. Ot, podążamy za schematem przybyli, pogadali i wszystko poszło… ku niechybnemu końcowi. Niespodziewany twist? Intrygujące spojrzenie na osobowość znanych postaci? Zapomnijcie. Całość jest do bólu przewidywalna. Sam pomysł dorzucenia aspektu indiańskiej mitologii wygląda na strasznie niewykorzystany potencjał. Zdania mkną szybko i nic nie ma czasu się tu rozwinąć. Początek wywoła delikatny uśmiech, lecz jest to kolejny odgrzewany kotlet, bawiący już na weselu u Mieszka i Dobrawy. Jak zwykle u Ćwieka rozczarowuje zakończenie bez wyraźniej puenty. Loki jest sobą, anioły tak samo, a przypadkowy obserwator masakry nie ma nic do roboty poza byciem na miejscu. A wątek męskiego przyrodzenia można by z całą pewnością umieścić w almanachu gimnazjalnego humoru. Uzupełnia pewien szczególny rys drugiego opowiadania, ale wygląda na numer wymyślony na poczekaniu ku uciesze młodszych czytelników, mierzących się po raz pierwszy z takimi, he, he, tematami. Do przeczytania i zapomnienia.

Kolejne opowiadanie Swat na szczęście zaciera trochę złe pierwsze wrażenie. Ulubiona zabawa trickstera – podryw – przeradza się tutaj w w serię na początku fortunnych, a potem coraz bardziej niefortunnych zdarzeń. Zarysowanie mentalności nowego skrzydlatego kumpla jest tak sztampowe jak kolejny odcinek CSI, ale te mankamenty nadrabiają z nawiązką Diana, której przeszłość dobrze wpleciono w historię, oraz agencja MFT. Dialog tej ostatniej z Lokim jest naprawdę świetnie skrojony, a sama fabuła, choć rozwija się jak po sznurze, na pewno nas zadowoli. Pojawiło się nawet zakończenie, którego smaku nie będę wam zdradzać, aby nie zepsuć wam potencjalnej frajdy.

Na końcu czeka na nas tytułowa Machinomachia wraz z rozmachem, światem celebrytów, nielegalnymi aukcjami, grecką mitologią, Fidiaszem i japońskimi mechami. Wydarzenie goni wydarzenie, a całość mieści się tylko na 80 stronach, przez co pewne akcenty zostały niepotrzebnie przedłużone, podczas gdy inne potraktowano po macoszemu. Dodatkowo ujrzymy nieoczekiwany wątek miłosny oraz kolejną „przypadkową” wizytę archanioła Michała w łazience. Prawie każdy fragment treści został polany filmowym sosem, gdzie świetnie wypadają ironiczne komentarze do świata wielkiego i mniejszego ekranu. Miłośnicy kina pełnego wybuchów będą mieli sporo uciechy, zwłaszcza że te fragmenty idealnie komponują się z fabułą, a nie są tylko hasłem rzuconym przez autora tak jakby chciał się pochwalić swoją wiedzą. Pomieszanie z poplątaniem daje się jednak we znaki. Tu coś się rozwija, żeby za szybko się skończyć bez ładu i składu. Poza finalną rozmową między Lokim a Erosem raczej nic wielkiego nas nie zaskoczy. Mnóstwo tutaj olbrzymich oraz głośnych BUM BUM BUM, lecz niestety nie wynikają one z mistrzowskiej opowieści. Czyta się przyjemnie, ale Loki miewał już o wiele lepsze przygody. Przynajmniej humor jest znośny i daleko mu do poziomu…niskiego. Warto jeszcze zwrócić uwagę na tytuł, który miał być pewnym oczywistym nawiązaniem do naszego rodowitego XVIII-wiecznego śmieszka (i biskupa lubującego się w czwartkowych obiadkach). Szkoda, że to odwołanie opiera się tylko i wyłącznie na podobieństwie brzmienia, chyba że nie dostrzegam ukrytych niuansów między rzucającymi talerzami mnichami a robotami bojowymi.

Spojrzenie na fizyczność

Kilka słów o wydaniu, które nie odbiega znacząco od tego, do czego przywykliśmy w poprzednich książkach z cyklu Kłamca. Całkiem dużo tutaj ilustracji nie dbających należycie o pierwszy plan, nie mówiąc już o drugim. Ot, czymś trzeba było zapełnić strony, żeby nie straszyć jeszcze mniejszym formatem. Dzięki bogom (starym, nowym i jakimkolwiek, wypełniających literacki panteon) nie wystąpiły żadne redaktorskie i korektorskie zgrzyty. Ba, nie dostrzegłam więcej niż ze dwie literówki. Wszelakie niedostatki czytelniczego mięsa miała nam wynagrodzić wspomniana na początku gra karciana (na wrażenia jeszcze troszeczkę poczekacie, przez co możecie w tym nerwowym czasie oczekiwania albo uzbroić się w cierpliwość, albo porobić coś ciekawszego). Pozostaje pytaniem otwartym, czy książka była dodatkiem do gry, czy też na było na odwrót lub zupełnie inaczej (no dobra wstęp Ćwieka i ja podajemy pewną odpowiedź).

Kłamca 2,5 to pozycja przeznaczona dla najwytrwalszych fanów oszusta z wykałaczką, którzy nadal z nostalgią myślą o swym ukochanym bohaterze. Nie czuć tutaj jeszcze zmęczenia serią jak przy ostatnim tomie, ale daleko również do tego, za co czytelnicy pokochali Lokiego. Niemniej jednak sympatycy i tak do niej zajrzą, a pozostali niczego szczególnego nie stracą.

Książkę dostarczyło wydawnictwo SQN

promocja