Temat zombie jest, hmm, wiecznie żywy. Umarlaki pojawiają się w grach wideo, filmach, komiksach oraz, oczywiście, książkach. Na polskiej scenie brakowało jednak autora, który stworzyłby pełnokrwistą powieść z ożywionymi trupami w roli głównej. Do czasu, ponieważ niedawno na sklepowe półki trafiły „Szczury Wrocławia”.

Wrocław, sierpień 1963 roku. Miasto opanowała epidemia czarnej ospy, więc władze stworzyły izolatoria, w których przetrzymywani są wszyscy zarażeni. Wydaje się, że wszystko jest pod kontrolą, jednak Milicjanci pilnujący placówki na Psim Polu stają w obliczu nowego zagrożenia: zmarli pacjenci wracają do żywych jako krwiożercze bestie, atakujące wszystko, co znajdzie się w ich zasięgu. Wybucha panika, a nowa zaraza rozprzestrzenia się w zastraszającym tempie. Do Komendy Wojewódzkiej z wszystkich dzielnic miasta napływają raporty informujące o podobnych incydentach. Sytuacja szybko wymyka się spod kontroli, a kolejne działania nie przynoszą pożądanych efektów. Do akcji wkraczają oddziały ZOMO i KBW, mające siłą rozwiązać problem. Jednak nawet wozy bojowe nie są w stanie nic zdziałać przeciwko wrogowi niemożliwemu do zabicia.

Robert J. Szmidt, którego powinieneś kojarzyć przede wszystkim z czasopisma „PlayStation Plus”, wydawanego w latach 1998 – 2005 (z dwuletnią przerwą), wpadł na niecodzienny pomysł, jeśli chodzi o bohaterów występujących w książce. Pojawiają się w niej bowiem nazwiska prawdziwych osób, które zgłosiły się do udziału w projekcie. Problem w tym, że w „Szczurach” brakuje konkretnego bohatera, wokół którego kręci się cała historia. Autor przedstawia wydarzenia dziejące się w różnych częściach miasta, opisuje losy pojedynczych jednostek, które starają się przetrwać koszmar nocy z 9 na 10 sierpnia 1963 roku, co z kolei sprawia, że dość ciężko się z nimi zżyć.

szczury wroclawia recenzja whatnext
Szmidtowi udało się w doskonały sposób wykreować prawdziwą apokalipsę zombie. Trup ściele się gęsto, a każda ofiara dołącza po chwili do odrażającej armii, pochłaniającej Wrocław. Książka ma formę swoistego raportu wydarzeń z poszczególnych dzielnic miasta. Wydarzenia przeplatają się tworząc spójną całość, choć biorący w nich udział bohaterowie często nie mają ze sobą nic wspólnego. Nie brakuje kilku twistów fabularnych, powodujących konkretne zaskoczenie. Szczególnie spodobała mi się końcówka, która zdecydowanie odbiega od sztampy, kojarzącej mi się z umarlakami. Czarny humor w niektórych momentach powalał mnie skuteczniej niż zombie czy zomowiec z „blondyną”, za co kłaniam się autorowi w pas. Podejrzewam, że rodowici wrocławianie wyciągną z lektury jeszcze więcej niż czytelnicy z innych rejonów Polski, ponieważ wyraźnie widać, że Szmidt zgłębił wiedzę o mieście z czasów PRL-u. W tym miejscu warto wspomnieć, że „Szczury Wrocławia” to przysłowiowa „cegła”. Ponad 520 stron, wypełnionych drobnym drukiem, to spore wyzwanie, szczególnie dla czytelników lubiących „szybką” lekturę. Sam łapałem się na tym, że przez niektóre rozdziały brnąłem niczym zombie przez zasieki wokół Psiego Pola.

Insignis, którego nakładem ukazała się książka, jak zwykle stanęło na wysokości zadania, jeśli chodzi o jakość wydania rzeczonej pozycji. Okładka jest matowa, dzięki czemu dobrze leży w dłoni, a strony są na tyle grube, że nie ma obawy o ich wytrzymałość. Jedynie grzbiet po skończonej lekturze ma wyraźne ślady „marszczenia”, jednak biorąc pod uwagę grubość książki, jest to zupełnie normalne.

„Szczury Wrocławia”, mają podtytuł „Chaos”, idealnie oddający to, co dzieje się w stolicy dolnego śląska. Jest to zarazem pierwszy tom cyklu. Umieszczenie zombie w końcówce lat 60. było mistrzowskim posunięciem. Z jednej strony mamy niezwykle ciężki, śmierdzący trupem klimat, a z drugiej sentymentalny powrót do czasów PRL-u. Jest to pozycja absolutnie obowiązkowa, nie tylko dla miłośników truposzy. Trafi w serca zarówno młodszych odbiorców, szukających przede wszystkim konkretnie przedstawionej akcji, jak i tych dobrze po czterdziestce, dla których liczy się raczej klimat, niż mięso. Balans między gore a dobrze opowiedzianą historią jest tu idealnie zachowany.