Zacznę od dosyć odważnego stwierdzenia – jeśli jesteś fanem kina popularnego, powinieneś być wdzięczny za Deadpoola. Niezależnie od tego, czy serce zaczyna Ci bić szybciej na widok umięśnionych facetów ignorujących wszelkie dyrektywy odnośnie położenia bielizny względem reszty stroju, trudno będzie zaprzeczyć temu, że sukces tej wyjątkowej ekranizacji będącej efektem współpracy Tima Millera i Ryana Reynoldsa dał zielone światło wielu innym, co najmniej tak samo ciekawym projektom.

To nie tak, że Deadpool wydobył z czeluści zapomnienia kategorię wiekową „Rated R”, bo miała się ona dobrze w innych niszach niż ta superbohaterska, ale dzięki niemu termin „blockbuster” nie będzie się już kojarzył z ograniczaniem kreatywności twórców na potrzeby sukcesu finansowego. Najemnik z Niewyparzoną Gębą był dokładnie tym, czego oczekiwali od niego fani, wykręcając przy tym fantastyczne wyniki oglądalności, co skłoniło do myślenia innych gigantów filmowych – „a może ludzie pragną coś innego niż grzeczne, sterylne i kolorowe historie?”.

I przeciwieństwem tych trzech słów jest właśnie Logan: Wolverine, stanowiący drugi krok w stronę przebudowy wizerunku uniwersum komiksowych filmów ze stajni 20th Century Fox, do tej pory kojarzonej z serii Spiderman oraz X-Men, pod wieloma względami mocno zbliżonych do oferty Marvel Cinematic Universe. Trzeba przyznać, że Deadpool pojawił się dla Fox w idealnym momencie, bo ich główny koń pociągowy – marka X-Men – powoli zaczynała tracić impet, a ostatnia część nosząca podtytuł Apocalypse, jest przez wielu uznawana za najsłabszą od czasów rebootu. Dramatyczna historia przeniesienia na ekran Wade’a Wilsona zakończyła się happy-endem, którego konsekwencją jest zmiana strategii studia na skupiającą się na bardziej dojrzałym widzu. Logan odzwierciedla to chyba jeszcze lepiej niż jego poprzednik.

Wolverine w uniwersum X-Men nigdy nie był postacią kryształową, co dało się dostrzec również we wszystkich pozostałych filmach z tej serii, do jakich angażowano na przestrzeni ostatnich 17 lat Hugh Jackmana. Zawsze zgorzkniały i mrukliwy Logan powoli zaczynał kontrastować na tle pogodnej i coraz to młodszej gromady mutantów, z jaką przychodziło mu zewrzeć szyki w ostatnich filmach. Prawdziwy wizerunek Jamesa Howletta, podkreślony w głośnym komiksie sprzed prawie dziesięciu lat – Old Man Logan, został przez 20th Century Fox zatrzaśnięty w klatce ograniczeń wiekowych, której kłódkę otworzono dopiero teraz. W ramach sentymentalnego pożegnania z kultową postacią i docenieniem fantastycznego wyczynu Hugh Jackmana, od 2000 roku będącego symbolem kinematograficznej rewolucji z superbohaterami na czele, Loganowi pozwolono się wyszaleć. I skorzystał on z tej okazji doskonale.

Przed premierą filmu Logan: Wolverine na okrągło podkreślano, że to naprawdę będzie taka odsłona tego herosa, jaką każdy chciał od zawsze zobaczyć i nie było w tych obietnicach ani cienia przesady. Ja poczułem się nawet zaskoczony, że zdrowotną i psychiczną degradację Logana posunięto aż tak daleko – z niegdysiejszym symbolem wojownika jest teraz naprawdę źle. Adamantium zaczyna zbierać żniwo swojej obecności na kondycji Wolverine’a: jego rany nie cerują się już tak sprawnie jak kiedyś, szpony wysuwają się niechętnie, niczym zardzewiałe i nienaoliwione, a sam bohater zdecydowaną większość swojej diety przyjmuje w płynie, co z całą pewnością nie pomaga. Na tym etapie swojej superbohaterskiej kariery Logan skupienie osiąga tylko wtedy, gdy musi ujrzeć dno kolejnej butelki lub przewieźć zdegenerowanych pasażerów na drugi koniec miasta, bo tym się aktualnie zajmuje. Ostatnie, czego James Howlett aktualnie pragnie to zetknąć się z kimś, kto odwołuje się do zakurzonych pokładów dobra, jakie rzekomo gdzieś w nim zostały, prosząc go o wyjątkową przysługę. I, jak łatwo się domyślić, to właśnie ma miejsce.

Aby nie pozbawiać Was żadnej niespodzianki z odkrywania fabuły, która swoją drogą nie jest najmocniejszą stroną Logan: Wolverine, powiem tylko, że ścieżka głównego bohatera przecina się z tą, którą kroczy młoda dziewczynka o imieniu Laura, mająca z Loganem więcej wspólnego niż ten sam krwisty błysk w oku. Na przestrzeni całego filmu widz obserwuje jak ewoluują relacje między tą dwójką, a także Charlesem Xavierem, znanym w świecie X-Men jako Profesor X. On sam znajduje się w podobnym stanie do opiekującego się nim Logana – myślami jest już po drugiej stronie rzeki, jego zmysły i umiejętności szwankują, ale stanowi on ucieleśnienie resztek sumienia, z jakimi główny bohater musi zmagać się przy podejmowaniu kolejnych decyzji. Wprowadzenie kategorii wiekowej „dla dorosłych” dotyka także postać Charlesa i z pewnością nie pozostaniecie obojętni na pierwsze rzucone przez wcielającego się w niego Sir Patricka Stewarta „fuck off”. Już w pierwszej scenie filmu twórcy akcentują nam, jak drastyczną zmianę przyniosło przekonanie studia na klasyfikację „Rated R” i wielu rodziców pomyślało pewnie w jej trakcie „jak dobrze, że dzieci zostały w domu”.

Uważam jednak, że łatka „18+” miała zdecydowanie większe znaczenie dla fabuły i narracji, aniżeli samych scen akcji, do których odwołam się później. Gdzieś pod koniec seansu dotarło do mnie, że przez cały dotychczasowy czas jego trwania nie próbowano ani razu serwować mi nachalnych żartów, które przy obcowaniu z MCU często potrafiły wybić mnie z rytmu. Coraz bardziej jestem przekonany, że filmy takie jak Avengers rozjechały się z moimi oczekiwaniami i z całą pewnością nie jestem widzem, jakiego sympatię Marvel Studios pragnie sobie zaskarbić, dlatego też dobrze, że na rynku pojawił się Logan i Deadpool. Nie znaczy to, że na przygodach Rosomaka niemożliwym jest się uśmiechnąć, ale raczej wykluczony jest wesoły rechot, jakiego panowanie na sali kinowej zdaje się być obowiązkiem przy oglądaniu filmów z MCU. W końcu obserwujemy jak legendarni bohaterowie ledwo są w stanie o siebie zadbać, coraz częściej przebąkują coś o dobrowolnym pożegnaniu się ze światem, a gdzieś w tle twórcy starają nam się zarysować obraz nieokreślonej tragedii, która niczym permanentna czarna chmura zawiesiła się nad głowami Logana i Charlesa. Ciężko śmiać się przy takiej scenerii.

Uśmiech najprędzej zawita na twarzach tych, którzy ostrzyli sobie pazury na myśl o brutalnych scenach walki, bo choć tych nie jest nadmiernie dużo, spełniają wszystkie oczekiwania. Logan może nie być w najlepszej formie fizycznej, ale jego zmęczenie życiem i kipiąca w nim agresja czyni go może nawet jeszcze bardziej niebezpiecznym niż kilka dekad temu. Widać, że odsłona Wolverine’a z roku 2017 nie dba już o finezję czy utrzymanie swojego podkoszulka w nienagannej kolorystyce, ani nie słyszy błagań o litość. Włócząc za sobą nogą, z grymasem bólu na twarzy i przestrzelonym ramieniem, Logan z wytrzymałością i ruchliwością zombie skupia się jedynie na skutecznym rozpruwaniu tych, którzy postanowili wejść mu w drogę. W sukurs idzie mu przy tym Laura, która w niektórych scenach potrafi uczynić z Logana tego bardziej zrównoważonego i stroniącego od przemocy. A to mówi chyba wszystko, co musicie o niej wiedzieć.

No dobra, możecie również zainteresować się informacją, że Dafne Keen wcielenie się w tę postać niemal na pewno zagwarantowało fantastyczną karierę w Hollywood. Często przychodzi nam zachwycać się występami dzieci, od których scenariusz wymaga bycia smutnym czy pociesznym, ale rzadko kiedy w jakimkolwiek z filmów AAA wcielają się one w maszyny do zabijania i robią to z taką wiarygodnością jak ta dwunastolatka. Doskonale z uniwersum X-Men żegnają się Hugh Jackman (niewątpliwie najlepsza kreacja w całym jego życiu) oraz Patrick Stewart, a na oklaski zasługują również (moim zdaniem niesprawiedliwie krytykowany za serial Narcos) Boyd Holbrook oraz Stephen Merchant jako Caliban. Od strony technicznej, pochwały należą się w końcu reżyserowi Jamesowi Mangoldowi, który oddał postaci Logana hołd w skali, na jaką nie udało mu się tego zrobić cztery lata temu przy premierze „Wolverine”.

I aż przykro się robi, że w taki sposób księga z napisem „Wolverine – Hugh Jackman” została zamknięta, a nie otworzona. Logan jest jedną z najbardziej rzetelnych, bezkompromisowych oraz odważnych ekranizacji, jakie powstały ostatnio w Hollywood i jedyne pocieszenie, jakie dostrzegam w tym, że więcej nie przyjdzie mi już ujrzeć Australijczyka wysuwającego ostrza ze swoich knykci, jest takie, że wespół z Ryanem Reynoldsem wzniósł on nowy sztandar kina superbohaterów. Oby powiewał on na odpowiedniej wysokości, coby dostrzegli go włodarze DC Universe oraz Marvel Cinematic Universe, dostosowując swoje nadchodzące filmy chociaż w minimalnym stopniu do najwyższych standardów, wyznaczonych przez Logan: Wolverine.

promocja