Żyjemy w erze dojenia każdej generującej pieniądze franczyzy do stopnia, w którym nawet sporej części fanów nadmiar zawartości zaczyna wychodzić bokiem. Jest całkiem prawdopodobnym, że uniwersum Gwiezdnych Wojen jest największym ze wszystkich funkcjonujących w kulturze masowej, lecz paradoksalnie nie otrzymywaliśmy z niego przez ostatnie czterdzieści lat tak dużej ilości filmów, do jakiej przyzwyczaiły nas standardy współczesnego kina. Możemy więc dosyć bezpiecznie powiedzieć, że Star Wars zaczyna w końcu osiągać swój pełen potencjał – zgromadzono wokół marki całą masę kreatywnych, sprawdzonych ludzi, gigantyczne pieniądze, nowe pomysły splecione z sentymentalnym puszczaniem oczek do fanów. Chciałbym, aby mój entuzjazm do tego nowego etapu w historii legendarnej serii nie gasł proporcjonalnie do liczby wypuszczanych filmów, a był stale podsycany inwencją, odwagą i warsztatem producentów.

Jedyny obecny tu spoiler, jaki zaznaczyłem na czarno w treści tej recenzji, jest bardzo niewielki i dotyczy on obecności dwóch postaci, o czym można było przeczytać grubo przed premierą Rogue One. Jeżeli oglądaliście wszystkie zwiastuny, ten spoiler nie powinien być Wam straszny.

Istotą myśli zawartej przeze mnie w powyższym akapicie jest to, że twórcy Gwiezdnych Wojen będą musieli się mocno postarać, aby ta kosmiczna saga prędko nie zjadła własnego ogona. Takie obawy pojawiły się już w zeszłym roku, przy premierze VII części, w której niektórzy zauważali zbyt wiele nawiązań czy zapożyczeń z poprzednich odsłon, sugerując, że nawet w tak gigantycznym uniwersum może zacząć brakować pomysłów lub śmiałości, by je wprowadzać. Mam więc nadzieję, że uznacie za usprawiedliwione, iż przede wszystkim obawiałem się o to, czy Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie (nie wierzę, że jest w Polsce ktoś, kto potrafiłby bez zająknięcia wyrecytować ten tytuł z pamięci) wniesie coś nowego do jednego z moich ulubionych, fikcyjnych światów, którego filmowa fabuła zdaje się od wielu lat koncentrować na tych samych elementach. Mimo tego, że główny wątek fabularny nie spełnia tego założenia – w końcu ponownie pochylimy się nad tematem Gwiazdy Śmierci – sam film zdecydowanie jest powiewem świeżości.

Rogue One reżyserowany przez Garetha Edwardsa, a więc ojca sukcesu (czy powinienem wziąć to słowo w cudzysłów?) Godzilli sprzed dwóch lat, skupia się na historii wyjątkowo buntowniczych rebeliantów, którzy nie mogą znieść wszechobecnego widoku flag Imperium. Frakcja ta stoi aktualnie w bardzo komfortowej pozycji, bowiem na ukończeniu jest już budowa kultowej Gwiazdy Śmierci, zdolnej do spopielenia całych planet w przeciągu kilkunastu minut. To właśnie wokół tej broni masowej destrukcji będą toczyć się działania grupy bohaterów śledzonych przez fabułę, do których z powodów prywatnych dołącza Jyn Erso – protagonistka grana przez Felicity Jones. Pierwszy akt filmu przyniósł mi na myśl charakterystyczny dla heist movies zabieg zbierania ekipy, potrzebnej do wykonania danej misji. Oczywiście, oś fabularna i charakterystyka Gwiezdnych Wojen wykluczyła ton znany choćby z Ocean’s Eleven, ale mogliśmy zaobserwować jak przyszli towarzysze na placu boju natrafiają na siebie, a także zaczynają zyskiwać wzajemne zaufanie.

I właśnie tutaj pojawił się mój pierwszy i właściwie najpoważniejszy zarzut wobec Rogue One – bohaterom tego filmu brakuje głębi. Wykluczając Jyn, którą jako główną bohaterkę nie można było potraktować po macoszemu, nie dostajemy prawie żadnej sceny tłumaczącej dlaczego ten pan trzyma sztamę z tym panem, dlaczego dany jegomość w ogóle dołączył do rebelii, gdzie korzenie ma ich temperament, motywacja, umiejętności. Przez cały film nie dowiadujemy się o bohaterach pobocznych właściwie nic i jest to konsekwencją tego, że Łotr 1 nie jest kanonicznym filmem spod znaku Gwiezdnych Wojen. Cokolwiek nie powiemy o Przebudzeniu Mocy, z racji tego, że wokół Finna, Rey i Poe będzie kręcić się prawdopodobnie cała nowożytna trylogia, scenarzyści dostarczyli nam powody do kibicowania im w postaci backstory. Wiemy, o co walczy każdy z nich, dlaczego to robi i jakie ma predyspozycje – Łotr 1 nie martwi się o takie rzeczy, bo i nie szykuje się żadne wykorzystanie bohaterów wprowadzonych w tym filmie na łamach innej, kinowej historii.

Nie poczułem się również całkowicie przekonany przez głównego złego – Orsona Krennica, nadzorcy budowy Gwiazdy Śmierci, sportretowanego przez Bena Mendelsohna. Zdawał się on być nieco bardziej porywczą wersją jednego z kluczowych dla Starej Trylogii bohaterów – dowódcy Tarkina, pojawiającego się zresztą w filmie dzięki CGI. Całe szczęście, wszelkie wątpliwości wobec siły Ciemnej Strony Mocy rozwiewają krótkie sceny z Darth Vaderem, które robią odpowiednio świetne i kolosalne wrażenie (bo są raptem dwie). Nie powiedziałbym jednak, że Imperium było reprezentowane biednie, bo to cały Łotr 1 koncentrował się raczej na czynach, aniżeli samych postaciach. W akcji nie można dziełu Edwardsa zarzucić niczemu – pokuszę się o stwierdzenie, że jest to najlepiej wyglądający film w historii Gwiezdnych Wojen, a już z całą pewnością najbardziej efektowny pod kątem batalistycznym. Po 39 latach od premiery chronologicznie pierwszej części dostajemy pełnowymiarową – powietrzną, lądową, ręczną – wojnę i można się w niej zakochać. Wielu ekspertów nazywało już Garetha Edwardsa specjalistą od kadrów, na których poprzez perspektywę doskonale prezentuje się ogrom danego obiektu – w Rogue One osiąga on w tym absolutne mistrzostwo. 

Nie ma co spodziewać się tutaj brutalnego kina w stylu Przełęczy Ocalonych, na co delikatnie mogły wskazywać doniesienia z pokazów przedpremierowych, ale Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie podejmuje decyzje, na które z całą pewnością nie zdecydowaliby się producenci innych blockbusterów tego kalibru (na przykład ci z Marvela). Kolorystyczny ton filmu różni się za to diametralnie od dosyć sterylnej, przejrzystej części VII – teraz potrafi być szaro-buro, ziarniście i ponuro. Nie idzie się jednak tym znudzić, bo twórcy dobrze kontrastują tę atmosferę z bujną paletą barw, kiedy akcja na czas bitwy lądowej przenosi się na rejony (niedosłownie) łączące plaże z planetą Endor, dając nam coś w stylu Iwo Jimy (inspiracji kinem wojennym nie sposób zresztą nie wychwycić). Swoje oczy możemy nacieszyć również samymi aktorami, którzy, jak wspominałem, nie dostali co prawda złożonych psychologicznie kreacji do przedstawienia, ale rzadko kiedy schodzili poniżej przyzwoitego poziomu. Na szczególne wyróżnienie zasługuje Alan Tudyk, wcielający się w droida K-2SO, zgodnie z odwieczną tradycją Gwiezdnych Wojen kradnącego każdą scenę, w jakiej się pojawia.

Na koniec warto również pochwalić twórców Łotra 1 za umiejętne wkomponowanie elementów ze Starej Trylogii do swojego dzieła. Było to zadanie dosyć wymagające – chce się przecież uniknąć zarzutów o zbyt sentymentalne podejście do momentów, kiedy oś fabularna splata się delikatnie z częścią czwartą, jednocześnie zadowalając fanów oczekujących subtelnych nawiązań do klasyki. Moim zdaniem udało się to osiągnąć znakomicie, tworząc płynną nić powiązań, uzasadniającą dlaczego w ogóle powstał taki film jak Rogue One.

W kilku słowach podsumowania – Łotr 1. Gwiezdne wojny – historie to film spełniający zdecydowaną większość wymogów, jakie stawiało się przed tym niezwykle ważnym, pierwszym kinowym spin-offem w historii Gwiezdnych Wojen, wprowadzając przy tym świeżość, a także zachwycając wizualnie oraz (nieco rzadziej) dźwiękowo. W pozytywnym postrzeganiu historii rebeliantów nie przeszkadza fakt, że w tydzień od premiery Rogue One większość fanów będzie pamiętała jedynie imię i nazwisko głównej bohaterki, choć ja osobiście nie obraziłbym się, gdyby dodatkowe piętnaście minut poświęcono na odpowiednie wprowadzenie postaci buntowników do uniwersum Star Wars.

Zdjęcia: collider.com