Film akcji nie może pretendować do miana przełomowego, jeżeli nie posiada czegoś więcej poza samymi scenami walk: powinien mieć stylistykę, barwnych bohaterów, zapierające dech w piersiach ujęcia oraz chociażby odrobinę ciekawej fabuły. Całe szczęście, nowy Mad Max ma to wszystko.

Tak, jak bywało to w przypadku poprzednich filmów, które sygnowano imieniem Maxa Rockatansky’ego, ciężko tak naprawdę stwierdzić, czy to rzeczywiście on jest ich bohaterem, czy może raczej otaczający go „mad world”. Na skalę odpowiednią dla czasów, w których tworzono wszystkie z czterech obrazów, za każdym razem serwowano nam starcie złamanego człowieka ze zdeprawowanym, otaczającym go środowiskiem. Mimo tego, że pierwszą część Mad Maxa oglądałem stosunkowo niedawno i jej archaiczność nie mogła zrobić na mnie dobrego wrażenia, łatwo mogłem sobie wyobrazić, jak początek przygód Maxa rozpalał wyobraźnię bardziej kreatywnych widzów w dniu premiery. Różnica między filmem sprzed 36 lat a tym, którym rozkoszowałem się dzisiaj jest taka, że przez ten czas wyeliminowano konieczność „uzupełniania” przez widza scenografii, czy efektów specjalnych we własnej głowie, bo w tym wyręczają nas efekty specjalne i ogromny budżet.

10353400_661462377292620_5650103949489993553_o

Tym jednak, którym nie było dane wybrać się na pustkowie i przejechać jednym wehikułem z Maxem Rockatansky’m trzeba powiedzieć, że jego historia nie należy raczej do tych sielskich. Koniec znanej nam cywilizacji i początek bezprawia oraz szaleństwa zbiegły się w jego życiu z utratą rodziny, co sprawiło, że były policjant stał się istotą skoncentrowaną na walce o własne przetrwanie. Nie ma on tak naprawdę żadnego konkretnego celu, który by jego ziemskiej tułaczce przyświecał, a że często jego drogi krzyżują się z różnymi szumowinami, Max chcąc nie chcąc, podejmuje walkę z nimi. Nie inaczej jest w przypadku „Na drodze gniewu„: Rockatansky nie jest człowiekiem poszukującym kłopotów, znajduje się on raczej w nieustannym strachu, starając się unikać różnych brutalnych grup, rządzących będącą mu domem pustynią. Na czele jednej z nich staje Wieczny Joe i armia jego służących, będących prawdziwą galerią dziwolągów i to w jego otoczeniu poznajemy Furiosę, mającą w tym całym chaosie swoją własną misję, a w rolę której wciela się fantastyczna Charlize Theron.

Czytając wywiady z twórcami gier, będących kamieniami milowymi w historii przedstawiania post-apokaliptycznego piekła, nie uniknie się nawiązań do Mad Maxa. Przez lata czerpano garściami z popularnej trylogii, oprawiając w nowe szczegóły schematy, wprowadzone niegdyś przez George’a Millera. Teraz jednak zatoczyliśmy koło i to Szalony Max zebrał plony, które sam niegdyś zasiał – nietrudno więc skojarzyć stylistykę filmu z 2015 roku z Borderlands, RAGE czy Falloutem. Nie jest to oczywiście nic złego, powiedziałbym wręcz, że nadało to Mad Maxowi dodatkowego wariactwa i charakteru, którego raczej nigdy serii nie brakowało. Pustynia jest więc jeszcze gorętsza niż zwykle, samochody pędzą po niej z niezwykłą prędkością, antagoniści mają w głowie więcej szalonych pomysłów, a ich wygląd pozwala kwestionować kondycję psychiczną scenografów i reżysera.

mad-max-fury-road-vehicles

Atmosfera filmu, stworzona zapewne poprzez dziesiątki filtrów, całą masę green-screenów i ogrom pracy komputerów (cóż, takie czasy) i ludzi, jest właściwie istotą Mad Maxa. Ten tytuł naprawdę niemal wyłącznie się ogląda, fabuła nie zmusza nas właściwie w żadnym momencie do zaprzestania bezrefleksyjnego chłonięcia tego, co dzieje się na ekranie po to by starać się zrozumieć zachowanie bohaterów. Filmy, które głównie koncentrują się na atmosferze są o tyle zdradliwe, że zazwyczaj należą do kategorii pod tytułem „pokochaj lub znienawidź”. W moim przypadku jednak jakaś wyższa siła zadecydowała, że wśród konwojów napędzanych muzyką gitary elektrycznej zionącej ogniem, na wpół ludzkich istot poruszających się między wehikułami na wahadłowych włóczniach i burz piaskowych gryzących w oczy niczym krwiożercza szarańcza, czułem się jak w domu.

Mad Max: Na drodze gniewu” zmusił mnie do ponownej próby rozwiązania zagwozdki, jaka mnie często nachodzi: czy jest jakieś uniwersum kina akcji, do którego Tom Hardy nie pasuje? Jego aparycja i mało delikatna twarz automatycznie postawiły go na pozycji pretendenta do tytułu mistrza filmów sensacyjnych, a on z każdym kolejnym udowadnia, że dobrze mu w tej roli. Hardy nie sięga po łatwe zadania, zamykające go w jakimś schemacie scenicznych zachowań, a na pewno do takich postaci nie należy Max Rockatansky (którego ponoć przyjdzie mu zagrać w co najmniej dwóch filmach, co jest świetną wiadomością, zwłaszcza, że w „Na drodze gniewu” wcale nie było go aż tak dużo): borykający się z psychicznymi problemami, zaszczuty, nieufny, ale jednak wciąż zachowujący resztki człowieczeństwa. Aktorów o takiej klasie chciałoby się ciągle oglądać na ekranie i liczę na to, że Brytyjczyk będzie zapraszał mnie do kin jeszcze częściej niż obecnie.

To, jak przyjęty zostanie przez Was najnowszy Mad Max zależy w dużej mierze od tego, czego po nim oczekujecie. Paradoksalnie, w pewien sposób nie jest to typowe kino akcji, bo koncentruje się głównie na ruchu i pościgach, nie np. na długich sekwencjach walki wręcz. Nie jest to oczywiście wada, bo w filmie nie brakuje pełnokrwistych i ekscytujących pogoni, gry klimatem oraz – z braku lepszego określenia – tego „kozactwa”, cechującego raptem kilku ikonicznych bohaterów kina akcji. Najlepiej wybrać się na seans, nie oczekując niczego szczególnego poza artystyczną orgią, skąpaną w barwach złota i rdzyzupełnie tak jak wyżej podpisany, którego reakcję doskonale podsumowuje powyższy gif.

promocja