Polska cyberpunkiem stoi. Ciekawe tytuły atakują zewsząd; wszakże pamiętamy bardzo udanego Hardreset, a także z wytchnieniem oczekujemy Cyberpunk 2077. Niewielkie studio Reikon Games także postanowiło spróbować swoich sił w tym temacie. Efekt, czyli gra Ruiner, przeszedł najśmielsze oczekiwania.

To jedna z tych chwil, gdzie nie mam ochoty się rozpisywać. Nie dlatego, że mamy do czynienia z gniotem. Wręcz przeciwnie, bowiem Ruiner jest tak dobry, iż z powodzeniem może leczyć raka. Mogę jedynie powiedzieć, aby w te pędy każdy z Was, niezależnie o platformy, sięgnął po Ruiner. Koniec, kropka, tyle mam do powiedzenia.

Indyczy Renesans

Skoro jednak dotrwaliście do drugiego akapitu, zapewne wypada, abym uzasadnił swoje stanowisko. Wymaga tego również naczelny redakcji, bo kto to słyszał, by pisać recenzję na dwa akapity?

Ruiner to niezbity dowód na ostatnimi czasy zdrową tendencję odnośnie gier indie, czyli tak zwanych indyków. Niezależni twórcy pochowani po piwnicach, klepiący niezliczone linijki kodów, poprzez termin „niezależni” uważali siebie za hipsterów branży. Nową falę niosącą płomień postępu, pod postacią odważnych pomysłów z dala od korporacyjnej zgnilizny.

Fabuła w Ruiner jest wyłącznie usprawiedliwieniem rozwałki – chęć zemsty i uratowania brata napędza nami. Niemniej pod koniec gra serwuje solidny plot twist!

Do rewolucji droga jednak daleka, a sam segment „indyków” powoli uległ daleko idącej komercjalizacji – każdy chciał ugryźć kawałek tortu, a zbiórki internetowe (tzw. crowdfunding) tylko pogarszały sytuację, bo były najlepszym sposobem na: jak zarobić bez wydania czegokolwiek.

Obecnie jednak, dzięki takim studiom, jak Ultra Ultra, Bloober Team czy Rreikon Games człowiek odzyskuje wiarę w ludzi. Są to małe studia złożone z profesjonalistów, pracujących dzięki wsparciu wydawców mających jaja puścić w obieg produkcje oryginalne, nieskierowane do masowego odbiorcy. Nastąpił prawdziwy renesans indyczego pokolenia, które poszło w kierunku większej profesjonalizacji, odcinając cwaniaków od głównego nurtu.

Made in Polska

Polska grami stoi. To fakt niezbity, i daleko szukać nie musimy. Na ustach wszystkich, mimo dwóch lat od premiery, wciąż jest Wiedźmin 3. Wraz z rozpoczęciem boomu na elektroniczną rozrywkę pod postacią ósmej generacji konsol po gry sięga coraz więcej osób. Tym samym, każdy twórca z ambicjami chce spróbować swoich sił na własną rękę.

Poza „zwykłymi misjami” eksplorujemy jeszcze ulice miasta Heaven w poszukiwaniu zadań pobocznych. Mimo że diabelnie klimatyczny, ten fragment gry nie został w pełni wykorzystany, pozostawiając niedosyt.

Tak było w przypadku Reinkon Games, gdzie członkowie tego małego zespołu pochodzą z drużyn pokroju CD Project RED, Farm 51, Flying Wild Hog – a więc pierwszoligowych wyjadaczy. Mając w CV nazwę któregoś z wymienionych studiów, a także solidny pomysł na grę nie trzeba długo czekać za wydawcą. W tym przypadku w projekt postanowił zainwestować Devolver Digital.

Cyberpunk pisany na nowo

Dobre rzeczy zdarzają się często niespodziewanie. Tak było w przypadku Ruiner, o którym dowiedziałem się szerzej podczas wakacji. Nie śledzę z wytchnieniem wszystkich nowinek branżowych więc musicie mi wybaczyć. Czym ostatecznie projekt mnie kupił, to ogólny klimat – zwiastuny w sieci, strona internetowa, a także finalny odbiór gry można określić jako spójny i przemyślany przekaz. Całość czerpie z klasyki gatunku, to też w kreacji świata Ruiner widzimy stylistykę i przywiązanie do detali z jakiej był znany choćby Katsuhiro Ōtomo. Ponadto dostrzeżemy elementy z przykładowo filmu Johnny Mnemonic, Strange Days i innych zapomnianych klasyków gatunku cyberpunk.

Wizualnie gra napędzana silnikiem Unreal 4 prezentuje się znakomicie, niczym film anime z lat 80. lub 90. To samo tyczy się komiksowej kreacji postaci głównego bohatera i osób jakie spotykamy na naszej drodze – od sojuszników, po wrogów. Całości dopełniają przerywniki stylizowane na animowany komiks (szybko zmieniające się sekwencje stycznych obrazów współgrających z cyfrową reprezentacją otoczenia gry), czasami przywodząc na myśl cyberpunkowe komiksy amerykańskiego wydawcy Image z tytułami Cyberforce na czele.

Gdy „odbębnimy swoje” w dalszych etapach walka przynosi masę satysfakcji i adrenaliny!

Do tego dochodzi jeszcze jeden argument współgrający z obrazem – muzyka. Idealnie pasuje do akcji rozgrywanej na monitorze, podkreślając dodatkowo klimat, dosłownie urywając głowę u nasady naszych czterech liter. Tak soczystej kombinacji elektro-popu, synth popu i ostrych ambientowo-minimalistycznych brzmień dawano nie słyszałem.

Dark Souls w wersji polskiej

Ruiner pokazuje rozgrywkę z rzutu izometrycznego, tzn. widzimy postać z góry. Sterowanie obywa się za pośrednictwem klawiatury i myszy. W grę wchodzi jeszcze gamepad, bo tytuł dostępny jest na PS4 i XOne, ale tej wersji nie próbowałem.

W swoim założeniu Ruiner cofa się do klasyki gatunku akcji, serwując masę akcji, jaką znamy z strzelanek pokroju Doom, Quake, czy Painkiller. Słowem: My kontra reszta świata, pod postacią hord wrogów. Chciałoby się rzec, że podobnie jak w Painkiller i tu bohater „zła się nie ulęknie krocząc doliną cienia, bowiem on jest największym skur@x#^&…”. Po części jest to prawda, bo nasz milczący protagonista w półśrodki się nie bawi, lecz śmierć w Ruiner przychodzi nagle i niespodziewanie. Gra na średnim poziomie trudności sprawa ogromne problemy, a na najwyższym poziomie niektórych doprowadzi do krwotoku wewnętrznego.

Mimo tego, brniemy w zaparte. Nie wiem, czy to stylistyka świata, a może muzyka powodująca wyższe tętno, a może słodka rozwałka pchała mną do przodu mimo setek zgonów na jednym poziomie? Ruiner również, jak żadna inna nagradza nas za nasze trudy, i gwarantuję że po skończeniu każdego poziomu będziecie czuć się jak półbogowie. Ponadto, podobnie jak Hotline Miami, do którego jest nieustannie porównywane, nie zdradza wszystkiego graczowi odnośnie swojego świata pozostawiając sporo przestrzeni dla wyobraźni.

Zgrzytów nie da się uniknąć

Ruiner doskonałym tytułem nie jest, bądźcie tego świadomi. Przykładowo, na samym początku gry, gdzieś tak do połowy kampanii nasz bohater ma ograniczone możliwości bitewne. Gdy odblokujemy większą ilość zdolności, dających tym samym szanse w zwarciu i powodujących uśmiech na twarzy, mamy dużą część gry za sobą. To wtedy Ruiner daje największe pokłady zadowolenia, ale trzeba najpierw do tego dotrwać. Nie każdy może mieć tyle cierpliwości. Rzecz jasna, grę można przejść ponownie z już odblokowanymi zdolnościami, co stanowczo polecam.

Innym problemem, dość istotniejszym, jest sterowanie – czasem kłopotliwe, i system otrzymywania obrażeń – pogmatwany całkowicie. Podczas ostrych potyczek otrzymujemy obrażenia w najmniej spodziewanym miejscu, nawet jeśli uda nam się dokonać uniku. Regeneracji zdrowia, czyli apteczek tu jak na lekarstwo, dlatego tym bardziej rośnie frustracja. Walkę z jednym bossem powtarzałem wielokrotnie, właśnie poprzez dziwnie zadawane obrażenia powodując wrażenie bezsensu potyczki w zwarciu.

Werdykt?

Za wyjątkiem kilku problemów z mechaniką rozgrywki, czas spędzony z Ruiner, czyli jakieś 4-5h uważam za dobrze spędzony. Jedyne, co mogę mieć za złe, to poczucie lekkiego niedosytu – kreacja świata posiada znacznie większy potencjał, niż nam się wydaje. Mimo tego, to pierwszy tytuł od kilku miesięcy, którym miałem faktycznie ochotę skończyć od dechy, do dechy. Zaś poziom satysfakcji temu towarzyszący był nie do opisania.

Za udostępnienie gry dziękujemy zespołowi GoG.com

promocja