Gry wideo przez wielu uważane są za kolejną gałąź przemysłu zabawkarskiego. Co więcej sporo ludzi twierdzi, iż jest to odmóżdżająca rozrywka dla niewyżytych nastolatków, szukających sposobu na rozładowanie agresji. Oczywiście część produkcji pokrywa się z tym według mnie mylnym pojmowaniem branży. Medal ma zawsze dwie strony, oprócz prostej rozrywki, w grach wideo doszukamy się między innymi pokładów wartości artystycznych. Klasycznym przykładem są dzieła Fumito Uedy stojącego na czele Team Ico. Po blisko dekadzie na sklepowe półki trafił następca Ico i Shadow of the Colossus. The Last Guardian, bo taki tytuł nosi rzeczona produkcja to niesamowita przygoda, która pozostawia jednak trochę do życzenia.

W trakcie przemierzania tajemniczych ruin, rozwiązywania zagadek i ucieczki przed zagrożeniami w The Last Guardian poznajemy historię bezimiennego chłopca i dzikiej, potężnej bestii zwanej Trico. Z każdym kolejnym etapem więź między małym bohaterem, a zachowującym się niczym szczenię stworzeniem zacieśnia się. Relacje przedstawione zostały w niezwykle wiarygodny sposób. Po zachowaniu i interakcji z otoczeniem z łatwością zauważamy, gdy Trico jest przestraszony, czy zdenerwowany, pełen wigoru i chętny do swawoli, czy ranny. Zachowuje się niczym prawdziwe zwierzę, widząc kałużę od razu zacznie się w niej tarzać, innym razem wyprzedzi nas w pogoni za czymś co tylko on zauważył. W produkcji Team Ico nie zabrakło przedstawienia pewnej luki w postrzeganiu otaczającego świata, która występuje między różnymi gatunkami. Trico może wystraszyć się zupełnie nieszkodliwych rzeczy, nie zawsze zrozumie nasze polecenia, a czasem kompletnie je zignoruje, gdyż zajmie się czymś o wiele ciekawszym niż słuchanie nas. To powoduje, że jego postać jest w pełni unikalna.

W trakcie gry zależność między naszym bohaterem, a przypominającym gryfa stworzeniem rośnie. Chłopiec potrafi rozwiązać proste zagadki, czy wspiąć się na platformę. Dodatkowym atutem jest nasz rozmiar – możemy przecisnąć się przez szczelinę aby otworzyć przejście od drugiej strony. Krzyżówkę psa, kota i ptaka cechują umiejętność walki, latania, czy przeskakiwania dużych obiektów. Co więcej para potrzebuje się wzajemnie. Trico potrzebuje by go uspokoić po walce, natomiast chłopak nie jeden raz zostaje uratowany przed upadkiem w przepaść. Przedstawiona w The Last Guardian współzależność zrealizowana została w naprawdę niezwykły sposób, dzięki czemu wywołuje u nas sentyment jakim darzymy nasze własne zwierzęta jak pies czy kot, a także myśl, iż nie możemy ich zawieść. Wielka szkoda, iż tak wspaniałą produkcję trapią zauważalne i czasem uciążliwe niedoróbki. Na rozgrywkę składa się odkrywanie majestatycznych ruin, wdrapywanie się na fragmenty budowli, interakcja z przedmiotami jak beczki z jedzeniem dla Trico, czy dźwigniami, a także wspinaczka po ciele naszego kompana i poleganie na jego pomocy. Niestety nieprecyzyjne sterowanie i momentami nieprzewidywalne zachowanie kamery. Niestety niektóre z bardziej frustrujących mechanik potrafiłyby zepsuć całą przyjemność płynącą z gry. Przykładem może być wspinaczka po ciele gryfiątka, gdy to jest w ruchu. Z drugiej strony znając wcześniejsze dzieła zespołu Uedy mogliśmy być pewni tego typu nieprzyjemności. Tak jak w Shadow of the Colossus natrafimy na sporo glitchy oraz spadki ilości wyświetlanych klatek na sekundę. Z niesmakiem przyznam, że większość śmierci spowodowana była skokiem w zupełnie przeciwną stronę, niż tą, w którą zamierzałem.

Pomiędzy koncepcją naturalnego zachowania się Trico, a problemami technicznymi (spowodowanymi w większości przez długi okres tworzenia The Last Guardian i liczne problemy z tytułem) znalazł się bardzo irytujący element. Jak wcześniej wspominałem, zamierzone nieposłuszeństwo Trico nadaje grze wiele uroku. Jednak kiedy już siedzimy na głowie stworzenia dobre kilkanaście minut wciskając komendę podejścia do skalnej półki (która jest jedyną możliwą drogą wydostania się z lokacji), a gryfiątko zwyczajnie nas olewa, ciężko docenić ”urok” sytuacji. Co więcej jeśli nie do końca jesteśmy pewni obranej ścieżki, nie wiemy czy jest to błąd gry, czy rzeczywiście to nie jest poprawna trasa. Na szczęście produkcja jest stale aktualizowana, dzięki czemu wierzę, że większość problemów zostanie wkrótce wyeliminowana. Tego typu problemy mogłyby pogrążyć nie jeden tytuł, jednak w przypadku The Last Guardian coś co ciężko określić sprawia, że pokochamy ten świat i tego głupiutkiego, sympatycznego stwora. Oprócz zwykłego uśmiechu wywołanego zachowaniem Trico, powoli rozwijana tajemnicza historia pomaga załagodzić niechęć wywołaną niedoróbkami. Czy te mechaniczne problemy okażą się wystarczające, aby pogrzebać nienagannie zrealizowaną, słodką, a zarazem wywołującą w nas wiele emocji grę zależy od indywidualnego podejścia. Dla mnie choć były dość denerwujące zostały całkowicie wynagrodzone. W tym roku pojawiło się naprawdę sporo dopracowanych perełek gwarantujących w pełni płynną rozgrywkę jednak przygoda z Trico zapadnie w mojej pamięci znacznie dłużej.

promocja