Unikatowa okazja, aby dowiedzieć się, jak najnowszy film Marvela jest postrzegany przez recenzenta o pamięci tej mitycznej złotej rybki, zapominającego dlaczego właściwie miał już nie oglądać reprezentantów z MCU. 

Od pewnego czasu obiecuję sobie bojkot filmów Marvela za to, jak ich twórcy bezpiecznie stąpają po artystycznej ścieżce, pełnej przecież rozwidleń w stronę ryzyk, których podjęcie mogłoby odświeżyć doskonale już wszystkim znaną formułę filmów superbohaterskich. Zdaję sobie jednak sprawę, że gdyby Disney był skłonny na chwilę popuścić wodze fantazji, efektem mogłoby być głośno przeze mnie oklaskiwane, odważniejsze dzieło, ale moja euforia byłaby niczym w stosunku do grona potencjalnie niezadowolonych odbiorców, którzy mają wobec Avengers zupełnie inne oczekiwania. Pozostawiło mi więc manifestowanie swojego niezadowolenia przy pomocy najpotężniejszego narzędzia konsumenta – portfela, ale udana kampania reklamowa i obietnica otrzymania czegoś świeżego zaciągnęły mnie do kina, jak zwykle ośmieszając moje płonne próby buntu.

Argumenty malkontenta

Jakimś uzasadnieniem jest to, że podczas seansów z Marvelem zasadniczo dobrze się bawię, ale towarzyszy temu przeświadczenie, że projekt ten mógłby zdecydowanie bardziej trafiać w moje gusta, gdyby tylko pozbawiono go kilku cech, które z czasem stały się jego motywem przewodnim. Cóż to są za cechy, to ujawnię w dalszej części tej recenzji, teraz przyjdzie mi się już skupić na samym Thorze. Ragnarok to trzecia odsłona serii filmów o jednym z najbardziej popularnych superbohaterów w arsenale Marvela – wzorowanym na nordyckiej mitologii asgardzkim bogu piorunów, Thorze Odinsonie. Postać ta, świetnie sportretowana przez Chrisa Hemswortha, stała się fundamentem MCU i taki stan rzeczy utrzymuje się już od sześciu lat, w trakcie których blond-włosy wiking otrzymał trzy solowe filmy. Najnowszy z nich – Thor: Ragnarok – opowiada o nadejściu tytułowej zagłady, mającej dotknąć ojczystą krainę głównego bohatera – Asgard. Ten jednak na samym początku filmu trafia na zupełnie inną planetę, gdzie jego losy krzyżują się ze starym znajomym – Hulkiem.

Thor i Hulk w jednym stali domu

I to relacja między tymi dwoma postaciami jest bodajże największym plusem Thor: Ragnarok. Interakcje pomiędzy Zielonym Olbrzymem i Gromowładnym prawie zawsze gwarantują uśmiech na twarzach widzów, pomimo tego, że niepotrzebnie wiele z nich zdradzono w zwiastunach. Dodatkową dynamikę i wartość rozrywkową do tego towarzystwa dorzuca obecność Walkirii, granej przez Tessę Thompson w hołdzie dla typowych wartości przyświecających żeńskim postaciom komiksowym. Mamy więc twardą, wszędobylską i potrafiącą sobie poradzić w każdych bojowych okolicznościach wojowniczkę, poprawiającą humor głównym bohaterom tak często, jak zdarza się jej go psuć. Bardzo klarowna jest pod tym względem postać Heli, reprezentującej apokalipsę, jaka ma dotknąć Asgard. W żadnym wypadku nie kwalifikuje się ona jako postać ambiwalentna – jej cel i motywacja są jasne, a efektem ich spełnienia ma być z całą pewnością świat pozbawiony królewskiego rodzeństwa superbohaterów.

Rodzina w komplecie

Zwiastuje to, że w Thor: Ragnarok znalazło się miejsce także dla Lokiego, ale nie jest on jedyną powracającą postacią drugoplanową – można śmiało rzec, że ktokolwiek przeżył ostatnie zawirowania w nordyckim królestwie, będąc jednocześnie względnie istotną postacią, dostanie swoje przysłowiowe pięć minut w trzeciej części przygód asgardzkiego boga. Jego brata należy jednak zaliczyć do tych postaci, którym oddano do dyspozycji najwięcej czasu antenowego, choć nie mogę pozbyć się wrażenia, że jego potencjał nie został do końca wykorzystany. Podobne odczucia mam co do samej antagonistki, która pojawiała się na ekranie sporadycznie, przekonując w trakcie tych krótkich epizodów, że mogłaby zostać wykreowana na znacznie bardziej złowrogą, gdyby nie nachalny humor wyciekający z każdej możliwej sceny Thor: Ragnarok. To miałem na myśli mówiąc o moich tajemniczych zarzutach pod adresem MCU i o ile trzecia odsłona przygód Thora była reklamowana jako lekka i mocno żartobliwa, od kilku filmów Marvel poważnie mnie tym irytuje. Zdaję sobie sprawę, że są to oskarżenia dosyć niepoważne – bo jakże to, chciałbym, aby kino familijne było mniej familijne i dowcipne? Zauważam jednak, że humorystyczna plaga zaczyna dosięgać nawet filmy, które jawiły się jako potencjalnie poważniejsze (Doktor Strange), czy co gorsza – sceny, w których powinno się należycie budować napięcie i powagę sytuacji. Bardzo trudno jest mi się emocjonalnie zaangażować w oglądanie czegokolwiek, jeśli moja koncentracja jest raz po raz burzona przez żarty, bez których film z całą pewnością nic by nie stracił, a może nawet i zyskał. Mogę być wyjątkowym przypadkiem, ale przy ostatnich dziełach Marvela czułem się kompletnie pozbawiony chęci kibicowania komukolwiek, bo zagrożenie depczące po piętach protagonistom ani przez moment nie wydawało się realne.

Nie znaczy to jednak, że Thor: Ragnarok to film zły lub nieśmieszny – nic z tych rzeczy. Nie zaskakuje on raczej niczym, ale i nie spada poniżej poziomu, do którego Marvel zdążył nas przyzwyczaić. Taika Waititi, czyli reżyser trzeciej odsłony przygód Thora, wsławił się w Hollywood jako autor obrazów, których najmocniejszą stroną był humor („Dzikie Łowy”, „Co robimy w ukryciu”) i nic dziwnego, że to właśnie jemu powierzono nakręcenie Ragnarok. Jeśli ktoś jednak spodziewał się ujrzeć na marvelowskiej kurze znoszącej złote jaja stempel kina niezależnego, ten trafił pod zły adres. Thor: Ragnarok to blockbuster pełną piersią i nawet delikatna stylizacja na hołd dla atmosfery retrowave, szczególnie widoczna w warstwie muzycznej, nie pozwala o tym zapomnieć. Jeśli więc po poprzednich seansach spędzonych w towarzystwie bohaterów Marvela wychodziliście z kina zadowoleni, nie inaczej będzie tym razem. Jeśli jednak naiwnie liczycie, że Marvel zaczął dłubać przy konwencji swoich kinematograficznych dzieł, kolejną szansę na spełnienie marzeń będziecie mieli przy premierze Black Panther na początku przyszłego roku.