Jeśli wskazać album roku ubiegłego, który wywołał największe wrażenie, bez dłuższego zastanowienia należy wymienić Intruder autorstwa duetu Sexy Suicide.

Najlepsze odkrycia muzyczne spadają na nas nieoczekiwanie. Kiedyś, późnym popołudniem postanowiłem odwiedzić pub o nazwie Pad Club, należący do przyjaciela z dawnej redakcji. Zaraz przed otwarciem, w trakcie przerzucania kolejnych skrzynek piwa zaprezentował mi z dumą nowe brzmienie znalezione w czeluściach YouTube. Wtedy usłyszałem pierwszy raz utwór „Shame of Device” – mieszankę synth popu i industrialu. To było jak miłość od pierwszego usłyszenia, dlatego później pozostały czas do czerwcowej premiery albumu Intruder był odliczany z niecierpliwością.

Lata 80. atakują raz jeszcze

Retro jest zawsze w modzie, szczególnie jeśli idzie o klimat szalonych lat 80. Wiosną 2012 dwóch muzyków z Sosnowca – Michał Kapuściński i Bartłomiej Salamon – postanawiają cofnąć się w czasie o prawie trzy dekady, do okresu, gdy światem trząsł duet Regan-Thatcher, a mur berliński miał dopiero runąć. „Od zawsze inspirowała mnie muzyka lat osiemdziesiątych. Jeszcze z Michałem postanowiliśmy, że warto byłoby samemu grać. Na początku były to covery grup z tego okresu. Potem pojawiło się pierwsze demo…” – komentuje Bartłomiej Salamon.

Same syntezatory i covery muzyków z zamierzchłej przeszłości nie wystarczą, by porwać publikę. Potrzebna jest osoba użyczająca wokalu, który zapadnie każdemu w pamięć. Tak po dłuższych przygodach na pokład trafiła Marika Tomczyk. Marika to wokalistka z aktorskim rodowodem – role serialach oraz filmach – i prócz wyjątkowej urody posiada wręcz elektryzujący głos.

Cała trójka założyła grupę Neon Romance, a ich debiutancki album Midnight Stories z 2014 zdobył szerokie uznanie. Własnymi siłami wydali fizyczny krążek, który można było zamówić m.in. przez fan page grupy, lub ewentualnie jego cyfrową wersję. Niestety wkrótce po tym zespół opuszcza Michał Kapuściński, ale to nie oznacza końca muzycznego retro…

Sexy Suicide: Intruder

Uszczuplony skład przemianowuje się na Sexy Suicide. Bartłomiej bierze na swoje barki syntezatory, a Marika dostarcza teksty, użyczając jednocześnie swojego głosu. Później mamy krótki epizod w programie Must Be the Music. W końcu, po wielu przebojach ukazuje się pełnoprawny album wydany przez Fonografikę latem ubiegłego roku.

Muzyka zamknięta na kompakcie jest mocno osadzona w stylistyce lat 80. Krążek aż ocieka nostalgią do klimatów dawno minionej epoki. Całość łączy w sobie ducha klasycznego, zimno falowego electro, mocne industrialne brzmienia i taneczną noworomantyczną melancholię. Słowem autorzy serwują nam grubaśny synth-pop, cieszący się ostatnio coraz większym zainteresowaniem. Niemniej przez większość czasu Intruder zmierza ku bardziej mrocznym, czasem wręcz gotyckim klimatom spod znaku wczesnego Depeche Mode. Owych inspiracji naturalnie artyści nie ukrywają, bo i po co?

Cały album to solidny przekładaniec. Wręcz kronika muzyczna lat 80. Usłyszymy utwory wyraziste i dynamiczne – „Shame Of Device”, „Never Forget”, „Purple Killer”, kompozycje ocierające się o romantyczny klimat – „Diary Of Moon”, „Evelyn”, a także solidne industrialne uderzenie o synth-popowym rodowodzie – „Stand Alone”, „Dangerproof”. W tym szaleństwie jest jednak metoda, bowiem mimo tak szerokiego rozgałęzienia krążek pozostaje muzycznie spójny, wprowadzając nas w odpowiedni nastrój. Opisywany album jawi się wszakże, jako pewien pastisz, ale odważnie szuka własnej ścieżki wpisując się w dzisiejsze niszowe brzemienia – reinkarnację new wave. Z jednej strony niektóre utworzy należy brać z przymrużeniem oka, zaś inne niosą ze sobą konkretny przekaz. Dzięki temu widać jak na dłoni próby eksperymentowania i przeniesienia dawnej stylistyki muzycznej na nasze czasy.

Krążek udało się nabyć w cenie 34 zł, co jak na polskie standardy można uznać za grosze. Płytkę wydano w zwyczajnym opakowaniu CD, zamieszczając w środku grubszą książeczkę – solidnie wydrukowaną, zawierającą słowa poszczególnych piosenek. Same zdjęcia duetu zamieszczone w niej wprowadzają odpowiedni klimat. Na niektórych Marika wygląda jakby przed chwilą wróciła z planu zdjęciowego Łowcy Androidów, co jeszcze bardziej cieszyć będzie duszę każdego retro-słuchacza.

Reasumując album Intruder nie jest dla każdego, i to paradoksalnie jego największa zaleta. W dobie zalewu bezpłciowej muzyki, bezwstydnie klepanej niczym masowy produkt importowy, mamy nareszcie styczność z czymś świeżym, ciekawym… innym. W dodatku album zrodził się na ziemi Polskiej, co napawa jeszcze do większej dumy. Dla mnie osobiście, wychowanka lat 90. i rówieśnika wokalistki, otoczka odwołująca się do „mitu” dekady wcześniejszej jest czymś, co dosłownie łapię z miejsca i bez popity :) Dlatego pozostaje czekać na więcej, bo dla Sexy Suicide to bardzo dobry start w muzycznym świecie.

Źródło cytatu: dziennikzachodni.pl

promocja