To zdecydowanie jedna z najbardziej oczekiwanych premier tej jesieni. Flying Wild Hog nie mają jednak łatwego zadania, gdyż tuż za rogiem czai się nowy CoD, Battlefield oraz Gears of War, choć ciepłe przyjęcie pierwowzoru powinno ułatwić zadanie sequelowi. Sprawdzamy, zatem jak wypada w praniu Shadow Warrior 2.

Przyznam się, że jest to dla mnie jedna z najgorętszych premier, gdzie na możliwość ogrania nowego dziecka warszawskiego studia czekałem niczym głodny student na kebab po całonocnych wojażach. Apetyt rósł w miarę czekania, już od pierwszej zapowiedzi. Jako jeden ze szczęśliwców miałem okazję w zeszłym roku podczas PGA wziąć udział w zamkniętym pokazie, gdzie zaprezentowano grywalny kod. Wrażenia były niesamowite, a tym samym moje oczekiwania wzrosły aż po sam sufit gamingowego hype’u, co z reguły nie zdarza mi się często. Zanim jednak przejdziemy do wrażeń czerpanych z rozgrywki, najpierw słów parę czym jest Shadow Warrior 2.

Powrót legendy

Aby zrozumieć czym jest nowy Shadow Warrior należy cofnąć się do końca złotych lat 90., gdy branża rozrywki elektronicznej rozwijała się dynamicznie, bez większych obostrzeń ze strony opinii publicznej czy mediów – słowem autorom niemal wszystko uchodziło na sucho. Tak powstał m.in. seksistowski Duke Nukem 3D, brutalny ponad miarę mroczny Blood, a także groteskowy i pełen stereotypów Shadow Warrior, czyli wraz z przełomowym Quake’em legendy świata strzelanin pierwszoosobowych, które wyznaczyły pewien kanon na wiele lat do przodu.

Shadow Warrior powstał na tym samym silniku graficznym, na jakim hulał Duke i może jak na końcówkę roku 1997 technicznie głowy nie urywał (po drodze mieliśmy wszakże Quake 2), to bogaty w elementy interaktywne świat, przepełniony ogromną ilością humoru z jednoczesną krwawą rozwałką przemówił do wyobraźni wielu graczy. Główny bohater Lo Wang, jak samo imię wskazuje pochodzenia azjatyckiego, uzbrojony w miecz i tonę broni palnej siał spustoszenie głównie wśród demonów dziarsko poczynających w świecie ludzi.

shadowwarrior2_07

Niemal szesnaście lat później, polskie studio Flying Wild Hog, które zaistniało na szerszej scenie dzięki produkcji Hard Reset, postanowiło na nowo odkryć przed graczami „Wojownika Cienia”, wyciągając z niego unikalną esencję humoru, groteski oraz nieskrępowanej rozwałki, by później sprzedać ją w opakowaniu na miarę naszych czasów. Dlatego studio nie skupiło się wyłącznie na dostarczeniu zwykłego remastera, zamiast tego tworząc remake pełną gębą. Pozostawili jedynie kręgosłup gry w postaci głównego bohatera, niektórych antagonistów, a także ogólnego założenia rozgrywki, natomiast reszta, to już całkowicie nowy produkt, który podbił serca graczy na całym świecie.

Shadow Warrior „made in Poland” nie tylko momentami rozśmieszał do łez, ale przede wszystkim starą formułę klasycznych shooterów oprawił w rozbudowaną, dynamiczną i intuicyjną mechanikę rozgrywki. Już samo machanie mieczem i późniejsze możliwości rozwoju umiejętności specjalnych oraz korzystania z nich było znacznie bardziej dopracowane, a także przyjemniejsze w użyciu, aniżeli w przypadku niejednego PRG-a!

Czas na zmiany

Część druga poniekąd jest kontynuacją poprzednich przygód mordercy do wynajęcia. Tak, nie ukrywajmy, iż Lo Wang nie należy do najświętszych i pod pewnymi względami przydomek „antybohater” pasuje nawet lepiej. Dotychczas naszemu wesołkowi udało się pokonać władców tzw. strefy cienia, czyli miejsca narodzin demonów, a także skopać tyłek dawnemu pracodawcy (kto by tak nie chciał!), niejakiemu panu Zilla.

Idea jest nadal ta sama, czyli dynamiczny i krwawy shooter stawiający na refleks oraz wytrzymałość w powalaniu setek przeciwników w nieustannych falach. Zmieniła się jednak forma, z czym mam spore problemy określić jednoznacznie: na dobre, czy może na złe? Według najnowszych trendów świata elektronicznej rozrywki teoretycznie zwykły single player jest stanowczo passé. Dlatego twórcy zdecydowali się na dostarczenie kampanii z możliwością przejścia online wraz z przyjaciółmi, ewentualnie bliżej nam nieznanymi osobami, ale dzielącymi identyczne zamiłowanie do machania mieczem z prawa na lewo. Tym sposobem zabawa w Shadow Warrior 2 przypomina nieco rozgrywkę w Destiny albo The Devision. Otrzymujemy rozległy świat, oferujący wiele różniących się od siebie map, na których czekają hordy przeciwników i masę przedmiotów do zdobycia. To, co wyskoczy z truchła pokonanego adwersarza, możemy wykorzystać m.in. do usprawnienia ekwipunku nadając unikatowych cech każdej broni, a jest ich zaprawdę, powiadam sporo.

shadowwarrior2_04

Jeśli idzie o sam arsenał, to rozpoznacie sporo żelastwa z poprzedniej odsłony, ale znajdziemy także mnóstwo nowego oręża. Łącznie lista obejmuje jakieś 70 pozycji. Cieszyć powinna w szczególności szersza lista broni białej w postaci różnych odmian mieczy i ostrzy, o bardzo przeróżnych właściwościach. Aby tego było mało nasza postać, podobnie jak w rasowym RPG, zdobywa kolejne poziomy doświadczenia, co skutkuje przyznawaniem punktów pożytkowanych na wykup różnych umiejętności w postaci kart. Naszą talię kart umiejętności uzupełniamy o nowe wraz zaliczaniem kolejnych misji, lub wydawaniem gotówki w pobliskim sklepie dla najemników.

Jeśli mam być szczery system rozwoju bohatera z pierwszej odsłony, czyli tej z 2013 roku, wydawał się znacznie bardziej przejrzysty, dający możliwość stworzenia zabijaki gotowego nawet na najgorsze potyczki. Jednak gdy spojrzymy pod kątem rozgrywki online, nowy system zyskuje sens. Przykładowo kiedy ogarniamy scenariusz gry w trzy postacie, to algorytm dobierze odpowiednio poziom trudności w ilości przeciwników, ich umiejętnościach i odporności na konkretne ataki. Dlatego jeśli jesteśmy wystarczająco zgranym zespołem, dobierzemy wspólnie tak skille, aby wzajemnie się uzupełniały, bowiem sami nie stworzymy wojownika samowystarczalnego. Im większy poziom trudności, tym więcej mięsa do wybicia, a w nagrodę więcej przedmiotów do usprawnienia postaci, co ostatecznie sprowadza się do tradycyjnego „farmienia”, ale za to, jak przyjemnego!

Oczywiście jest kampania i wątek przewodni, ale rozpływa się on w gąszczu przeciwników, a także ewentualnych misji pobocznych potrzebnych do podwyższenia poziomu postaci oraz wyszlifowania jej umiejętności, zanim ruszymy w dalszą niebezpieczną podróż. Zabawnym jest, iż w trakcie rozgrywki online postęp gry obserwujemy z perspektywy Lo Wanga, jak każdy inny, ale nawzajem współgracze widzą siebie jako bezimiennych ninja, pełniących funkcję pomagiera dla głównego bohatera. Łącznie kampanię może męczyć czterech zabijaków jednocześnie.

Gdy już bierzemy paczkę, wspólnie penetrujemy kolejne mapy, które dla potrzeb każdej misji są generowane losowo. Skutkuje to dość widocznymi kontrastem, pomiędzy poziomem od góry założony, tzn. stałym dal przebiegu gry, a misjami losowo tworzonymi. Gra sama w sobie wygląda nadzwyczaj dobrze, ale gdy nasze oczy molestuje powtarzalność jakichś tekstur tudzież całych modeli otoczenia, to można dostać oczopląsu. Poziomy odbywające się w lokacjach uderzających stylistyką w małe miasteczka, tradycyjną japońską zabudowę, wiejskie krajobrazy i naturę dają radę – po nich niemal nie widać sytemu losowego generowania przestrzeni, przypominając, to co oferował pierwszy Shadow Warrior. Niestety miasta stylizowane na cyberpunkowy klimat najbardziej uwidaczniają słabość zaoferowanego systemu. Wysoka powtarzalność poszczególnych schematów w miejskiej dżungli jest aż nazbyt uderzająca.

Werdykt ostateczny

Technicznie druga osłona przygód Lo Wanga to podręcznikowy przykład jak tworzyć dobrze zoptymalizowaną grę na PeCeta. Tytuł testowaliśmy na niekręconym procesorze i5-4460, 8GB Ram DDR3 i wysłużonej karcie Asus Striker GTX 760 ciesząc się maksymalnymi ustawieniami graficznymi w rozdzielczości 1080p i sześćdziesięciu klatkach na sekundą. Glorious pc master race pełną gębą!

Sama gra wygląda bardzo dobrze, by nie powiedzieć wyśmienicie, szczególnie gdy idzie o elementy otoczenia. I nie zapomnijmy o modelu zniszczeń, obracając całą mapę w totalną pierzynę w kilka chwil. Modele broni nie odstają od wyznaczonego standardu, ciesząc szczegółowością tekstur, ale niestety modele kluczowych postaci wyglądają jak z poprzedniej epoki, tracąc myszką niezmiernie. Przeciwnicy, jeśli zdążycie się przyjrzeć, wizualnie również głowy nie urywają, choć jednocześnie nie jest to poziom, na który mógłbym narzekać. Zresztą kto by się tym przejmował, jeśli dość szybko przeistaczają się w stos bezkształtnego mięsa? Na największy plus zasługuje jednak ogólna mechanika rozgrywka, plus motoryka postaci, znacznie agresywniejsza i płynniejsza niż miało to miejsce w poprzedniej odsłonie. Innymi słowy walka potrafi sprawiać jeszcze więcej frajdy.

Reasumując osobiście odczułem pewien drobny niedosyt po zabawie w Shadow Warrior 2. Wynika to głównie ze dwóch względów. Pierwszy to chęć otrzymania identycznej produkcji, jak pierwowzór z 2013 roku, którą cenię sobie niezmiernie. Drugi zaś może wydawać się dość trywialny, ale forma hybrydy single player i trybu sieciowego na modłę Destiny ewentualnie The Devision jest mi całkowicie obca, względnie trudna do przetrawienia. Innymi słowy, jeśli oczekujecie niemal identycznych przygód Lo Wanga, jak trzy lata temu, to pewnie zawiedziecie się. Nie zrozumcie mnie jednak źle, zdecydowanie nie jest gorzej, ale po prostu inaczej i pod wieloma względami lepiej – więcej uzbrojenia, zabawy z umiejętnościami itd. W moim odczuciu mamy do czynienia z dwiema różnymi produkcjami. Jednak jeśli jesteście graczami przyzwyczajonymi już do trendów propagowanych przez nową generację konsol, to recenzowany tytuł przemówi do waszej wyobraźni. Tak, czy inaczej, to jedna z najlepszych premier dla PC tej jesieni. Polecam!