Wielu producentów stara się stworzyć produkty dla praktycznie wszystkich. Za przykład weźmy choćby smartwatche, które zwykle służą nam za dodatek do smartfonów, ale jednak producenci wypuszczają ich sportowe wersje, żeby nakłonić kilku fanów fitnessu do zakupu. Wsparcie dla fit osób kończy się jednak zwykle na kilku średnio dopieszczonych aplikacjach, które i tak nie mają powalającej ilości opcji. A co gdyby tak stworzyć smartwatch od fanów fitnessu dla fanów fitnessu… albo początkujących chcących po prostu o siebie zadbać? Efektem tej myśli jest zegarek Blaze od Fitbit.

Poproszę 10 cheeseburgerów, 3x duże frytki… i dietetyczną colę

Zacznijmy wpierw od tego, że testowanie smartwatcha dla aktywnych przez osobę, która się do tej grupy nie zalicza, jest pewnym wyzwaniem. Przez ostatni czas nieco mi się przytyło, a i ochota na uprawianie aktywności fizycznej jakoś zanikła po części przez lenistwo, a po części również przez brak czasu (albo jego organizacji). Nie poczułem się zatem jako ktoś kompetentny do testowania, ale przyjąłem to za swojego rodzaju wyzwanie. Założę zegarek, postaram się żyć lepiej i przeżyję przemianę, jaką będę mógł potem wrzucić na Instagrama z dopiskiem „to ja sprzed 2 tygodni (zdjęcie grubaska), a to ja teraz (drugi Dwayne „Rock” Johnson)”.

Dobra, może nie rozkręcajmy się aż zanadto. Jeśli myślicie, że ten niewielki gadżet całkowicie odmienił moje życie, cóż… muszę Was srodze zawieść. Nie mniej, Fitbit Blaze przetestować się udało na swój mało sportowy i mało kompetentny sposób. O dziwo jakoś udało mi się ten proces również przeżyć, co uważam za swojego rodzaju cud.

Fit z klasą?

Zanim jednak przejdę do sedna, oceńmy książkę po okładce. Bądźmy ze sobą od razu szczerzy i powiedzmy to wprost – Blaze nie wygląda jak smartwatch, jaki można pożądać po rzuceniu na niego okiem. To zwykła, prostokątna „kasetka”, która ze standardowym, gumowym paskiem w czarnej wersji kolorystycznej wygląda po prostu przeciętnie. Czy ktoś patrzy na swój zegarek w trakcie wykonywania ćwiczeń? Dobre pytanie, ale ten produkt nie ma się nadawać wyłącznie do zabierania na siłownię. Ma to w końcu być nasz codzienny partner w drodze przez fit drogę życia. Blaze pasuje do większości kreacji, ale też w ogóle nie przykuwa czyjejś uwagi, czyli jest zwyczajnie neutralny.

Fitbit Blaze nie jest też smartwatchem wodoodpornym. Tak, jest on odporny na proste zachlapania czy pot, ale branie w nim prysznica już odpada. Odpowiednia certyfikacja jest moim zdaniem wielce wskazana w tej kategorii urządzeń. To ma być w końcu gadżet, którzy zatwardziali miłośnicy fitnessu noszą ze sobą codziennie, a oni nie idą na kompromisy. Przypadkowe zanurzenie spowoduje śmierć tego zegarka, o co pewnie ciężko nie będzie, a to z pewnością najbardziej odczuje nasz portfel.

Fit serce

Specyfikacja zadowoli miłośników fitnessu. Zaimplementowano tu bowiem 3-osiowy akcelerometr, wysokościomierz oraz optyczny czujnik pomiaru tętna. Najbardziej zainteresował mnie ten trzeci, który mierzy szybkość bicia naszego serca praktycznie przez cały czas, kiedy Blaze znajduje się na naszej dłoni. Pomiary są wiarygodne i nieznacznie mylą się od faktycznych wyników (sprawdzone). Możemy zatem na bieżąco monitorować nasze tętno w trakcie pracy, po zjedzeniu słodyczy czy w trakcie treningu – dobra rzecz.

Zdecydowanie w specyfikacji zabrakło jednak samego czujnika GPS. Zatem jeśli udajemy się na jakiś trening, albo zwyczajnie pobiegać na miasto, musimy liczyć się z tym, że trzeba zabrać też ze sobą smartfona. Bez niego zegarek nie będzie w stanie przekazać przebytej drogi do aplikacji.

Ekranik w zegarku ma powierzchnię 1,2 cala i jest to zwykły, dotykowy LCD. Gdybym miał wskazać jeden z gorszych elementów tego zegarka to byłby nim właśnie wyświetlacz, który w ogóle nie imponuje ilością kolorów czy detali. Również dotyk jest mało responsywny. Fitbit Blaze źle wykrywał proste przesunięcia palcem, a kliknięcia w przycisk pojawiający się na ekranie wymaga dłuższego i mocniejszego przytrzymania, żeby dotyk w ogóle załapał. Niektórzy pomyślą, że to działa w przemyślany sposób, czyli tak żeby uniknąć nieprzemyślanych kliknięć. Otóż nie, bo często Blaze łapał „maźnięcia paluchem” w nieoczekiwany sposób, co bardzo mi przeszkadzało zwłaszcza podczas ćwiczeń.

Można powiedzieć, że słaba jakość ekranu działa no korzyść baterii. Ta bowiem ładuje się niezupełnie dwie godziny i w zamyśle zegarek powinien na niej trzymać około 5 dni. Ja zwykle wykręcałem nieco niższe wyniki, zamykając się w okolicach tych 2-3 dni, czasem 4. Wynika to z faktu, iż smartwatch często zdarza mi się wybudzać, a poza tym przeglądam na nim powiadomienia, żeby niepotrzebnie nie sięgać po telefon. Myślę, że przy odpowiedniej konfiguracji akumulator mógłby wytrzymać nieco dłużej… ale jak się bawić to się bawić, prawda?

Fit możliwości

Czy Fitbit Blaze można naprawdę nazwać „mądrym” zegarkiem? Cóż, nie ma on Android Weara, a autorski system Fitbit, który od razu mocno ogranicza go we wsparciu przez producentów zewnętrznych aplikacji. Blaze jednak nie wynagradza tego niczym szczególnym. Ot, wyświetla powiadomienia, można na nim przełączać muzykę, ustawić stoper lub alarm. Na tym jego cudowne możliwości się kończą i pod tym względem urządzenie mocno nie domaga.

Producent nie bez przyczyny nazwał ten zegarek „smart fitness watch”, bo wraz z aplikacją w smartfonie sprzęt przemienia się wręcz w małego, osobistego trenera. Na samym zegarku możemy zobaczyć nasz dzienny progres, aktywować tryb ćwiczeń (np. biegania czy jazdy na rowerze), odprężyć się przy pomocy specjalnej sesji z oddychaniem lub skorzystać z opcji 7-minutowych ćwiczeń, które dadzą w kość lub posłużą co niektórym za rozgrzewkę.

Jednak Blaze nie ma się co bronić samymi możliwościami zegarka. Fitbit opracował cały ekosystem, który mieści się w prostej aplikacji na smartfona. Powiedzmy, że z pozoru jest to nasza baza informacji o zdobytym postępie w naszych ćwiczeniach czy ilości spalonych kalorii. Są też funkcje, które pomogą nam w utrzymywaniu informacji o tym co jemy w trakcie dnia, ile wody zdołaliśmy wypić czy ile schudliśmy w przeciągu ostatnich tygodni. Nasza „encyklopedia jedzenia” nie jest jednak dostępna w języku polskim, stąd wielu naszych potraw raczej tam nie znajdziemy i przyjdzie nam je wprowadzać manualnie. Strasznie psuje to całą zabawę.

Mi najbardziej spodobała się jednak możliwość pomiaru swojego snu. Wystarczy mieć założony zegarek, kiedy idziemy spać i przestawić aplikację w odpowiedni tryb, żeby mogła ona przez czujnik tętna obserwować sen. Po obudzeniu się, wystarczy wyłączyć opcję i zobaczyć wykres, w którym czarno na biało zobaczymy momenty przejścia w odpowiednie fazy snu lub wyjścia z nich. Świetna rzecz, bo w świecie gdzie jesteśmy przytłoczeni obowiązkami, długość odpoczynku dla naszego organizmu spychana jest na poboczny plan, co może się na nas później odbić. Funkcja ma oczywiście swoje wady i tak aplikacja potrafiła od tak nie zapisać naszego „loga snu” po jego odbyciu, nawet jeśli jesteśmy podłączeni do sieci. Późniejsze przywrócenie nie jest już możliwe, stąd nasz progres potrafi się po prostu zagubić.

Aplikacja Fitbit przypomina nam o ruchu, a przy okazji stawia przed nami wyzwania i motywuje do dalszych działań prostymi osiągnięciami. Mała „gratyfikacja” nigdy nie zaszkodzi. Warto jednak zaznaczyć, że konfiguracja wstępna jest bardzo przejrzysta oraz prosta, bo zawiera się wyłącznie w kilku krokach. To szczególnie ważna rzecz dla mnie, bo wiecznie zmieniam smartfony, ale myślę, że inni też docenią ten element.

Fit czy kit?

Fitbit Blaze ciężko nazwać smartwatchem z krwi i kości, bo jakby nie patrzeć ma on niewiele funkcji charakterystycznych dla tych urządzeń. Określenie „smart fitness watch” pasuje jednak do niego idealnie, ponieważ jest on asystentem osób żyjących zdrowo lub tych, którzy próbują lepiej o siebie zadbać. Czy to jednak wystarcza, żeby uzasadnić wydatek rzędu blisko 800 złotych? Miłośnicy fitnessu mogą jeszcze uzasadnić taki wydatek, ale ludzie szukający po prostu smartwatcha mogą być zawiedzeni po zakupie. Nazwa „smart fitness watch” mówi sama za siebie.

Blaze próbuje wypchnąć firmę Fitbit poza kategorię urządzeń z metką „fit” i tak też jest w części materiałów marketingowych promowany. Czy to mu się udaje? Niezupełnie, ale jest to krok w dobrym kierunku. Bosko bowiem spisuje się w swoich zadaniach związanych ze zdrowym trybem życia, ale poza tym oferuje naprawdę niewiele. Nadal jest to specyficzny sprzęt dla specyficznego użytkownika i mam nadzieję, że wkrótce Fitbit to poprawi.